[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 7 lipca 2006


Marek Kusiba

Żabką przez Atlantyk

Stadiony pełne ciszy

W naszym krótkim pobycie na tym rajskim łez padole są dni, które przestawiają nasze życie na zupełnie nowe tory. W skrajnych przypadkach dochodzi do wykolejenia, ale zazwyczaj wstrząs przynosi niezauważalne zrazu, a potem niedające się odwrócić następstwa. Ważne jest też miejsce, w którym dokonuje się ta cicha zmiana. Dla mnie jednym z takich "zwrotniczych" dni był poniedziałek 28 czerwca 1976 r., a miejscem - tak ważny dziś dla wszystkich stadion.

Choć minęło 30 lat, dokładnie pamiętam ten dzień. Akurat wyszedłem z redakcji miesięcznika literatury faktu Kontrasty, by kupić Nowy Wyraz - miesięcznik literacki młodych - gdy natknąłem się na milczący tłum o surowych, kamiennych twarzach, niosący transparenty i szturmówki. W kondukcie pogrzebowym - jak się później okazało - PRL-u. Tłum doszedł do stadionu. Ludzie stanęli na płycie niczym skazańcy podczas publicznych egzekucji, transmitowanych przez chińską telewizję. Przypominało to reportaż Ryszarda Kapuścińskiego "Victoriano Gomez przed kamerami TV" - o publicznej egzekucji salwadorskiego partyzanta. Ale Gomez był sam naprzeciw trybun i kamer, a na płycie stadionu w Białymstoku stał zbiorowy skazaniec - robotnicy. Na trybunach zasiadł zbiorowy prokurator: partyjni notable i tłuszcza, czyli tzw. aktyw. Powietrze było ciężkie jak ołów, ale zamiast strzałów padły z głośników salwy słów, potępiające "warchołów i chuliganów", a wynoszące śląskiego kacyka pod niebiosa. A niebiosa tego dnia promieniały wczesnoletnim słoneczkiem i mało je obchodziło, co się działo w sercach tych tysięcy pod specjalnym nadzorem milicji, esbecji i zomowców.

Chodziłem pomiędzy ludźmi stojącymi jak kamienne posągi. Czegoś podobnego nie widziałem ani przedtem, tuż po Grudniu '70, ani potem, w okresie Solidarności. Tych twarzy nigdy nie zapomnę, podobnie jak twarzy rodziców pomordowanych stoczniowców, zgromadzonych na tajnej konferencji w dniu odsłonięcia pomnika w Gdyni-Stoczni. Wyrażały mniej więcej to samo: cierpienie spowodowane upokorzeniem. Pod maskami trudno skrywanej obojętności czuło się pęczniejący bunt. Tych ludzi spędzono na stadion jak bydło na pastwisko i kazano im trzymać transparenty z hasłami-obelgami: "Tow. Gierek naszym wzorem!", "Młodzież wierna partii!", "Niech żyje KC PZPR!", etc. Na tym stadionie czuło się powiew stalinizmu w czystej postaci, a wrażenie potęgowała bliskość sowieckiej granicy, jak i śpiewny akcent przemawiających towarzyszy. To wtedy, na podobnych wiecach w całym kraju, jak i podczas "ścieżek zdrowia", przesłuchań i aresztowań zaczęła się rodzić Solidarność.

Pamiętam, że tego dnia coś we mnie pękło i czułem, jak odpada, niczym ułamany sopel lodu. To była tamta Polska. Z jej paranoją, głupotą, skundleniem. Z jej dożynkami, pochodami, talonami, kolejkami. To było obrzydzenie, a jakby powiedział Zbigniew Herbert - kwestia smaku. Chodziłem pomiędzy ludźmi obdzieranymi z godności i wydawało mi się, że jestem na jakiejś surrealistycznej inscenizacji Folwarku zwierzęcego Orwella. Była druga połowa lat 70., zdążyłem wyjechać dwa razy na Zachód, czułem się pełną gębą Europejczykiem i powoli zapominałem, gdzie mieszkam. Czerwiec '76 obudził mnie z letargu. A razem ze mną całe pokolenie. Zorganizowała się opozycja, powstał KOR, a potem poszło już bardzo szybko: te same tłumy, lżone nie tak dawno przez politruków o sowieckim rodowodzie usłyszały od polskiego Papieża zachętę: "Nie lękajcie się!". Ale myślę, że ludzie przestali się bać już wcześniej - właśnie tego gorącego lata 1976 r.

Ze śmietnika historii wróćmy do poezji. Jak wspomniałem, wyszedłem po czerwcowy, "amerykański" numer Nowego Wyrazu - z Supermanem na okładce. Otwierało go siedem moich wierszy. Po trzech dekadach widzę, że te gniewne, nowofalowe teksty niechcący dopowiadały komentarz do tego buntu. Były w nich kolejki, kamery, mięso, przesłuchania, a nawet "Polacy mieszkający stale poza granicami" - jakbym sobie wykrakał własny los. Krzysztof Karasek włożył teksty do numeru wiedziony chyba jakimś przeczuciem. Trzy miesiące wcześniej wszedłem do warszawskiej redakcji i wręczyłem mu plik wierszy. Nigdy wcześniej ani później nie rozmawialiśmy, jakoś tak wyszło. Dopiero dziś, zza oceanu, dziękuję mu za druk - i to w jakim towarzystwie: Carl Sandburg, Allen Ginsberg, Bob Dylan, a także, a jakże - Ryszard Bugajski i Edward Zyman, których poznałem już w Toronto.

Wracałem z białostockiego stadionu zdruzgotany, ale i radosny. Nie doznałem wcześniej podobnego uczucia. Z jednej strony uczucia pogardy i obrzydzenia, a z drugiej - wyzwolenia i radości. Czułem, że w moim życiu nastąpiła nieodwracalna zmiana. Fizycznie znajdowałem się jeszcze na "ścianie wschodniej", ale duchowo byłem już wśród młodych Amerykanów z Nowego Wyrazu... Tym niemniej, gdyby mi ktoś wtedy powiedział, że w osiem lat później będę już w tej mitycznej wtedy Ameryce mieszkał i publikował - uznałbym go pewnie za prowokatora i warchoła...

 

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wysłać e-mail