[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 4 sierpnia 2006


EWA BERBERYUSZ

Kartki
ze skażonej strefy

"Główne postacie z PRL nie są już najbardziej interesujące dla ideologów IV RP. Teraz chodzi o zejście w dół, pokazanie podłości obywateli, o to, jak WTEDY nie potrafili być obywatelami. Jak bardzo różnią się od Jarosława Kaczyńskiego".

Nic nie poradzę, ale słowa autorstwa prof. Wiesława Władyki i Mariusza Janickiego, dziennikarza, brzmią tak, jakby wyjęli mi je z ust.

Rzecz w tym, że prawo ma kłopoty ze skazaniem gen. gen. Jaruzelskiego i Kiszczaka, więc trzeba szukać wroga niżej. I szuka się, szuka pilnie... Bo wróg być musi, żeby usprawiedliwić dążenie do absolutnej władzy monopartii.

W prywatnym liście do zamieszkałego w Stanach Zjednoczonych przyjaciela napisałam: "...W Polsce dzieją się rzeczy straszne. Idziemy ku dyktaturze...". Nie są to strachy na lachy. Rzeczywiście tak myślę. Od niedawna.

Gdy Donald Tusk, przywódca opozycji, mówił, że braciom Kaczyńskim chodzi o władzę i li tylko o władzę, trochę wierzyłam, a trochę nie. Co prawda wiedziałam, że Prawo i Sprawiedliwość nie ma kompetentnej kadry, a Bracia Bliźniacy mają raczej skłonności destrukcyjne niż budujące; ubolewałam nad tym. Ale w najgorszych przypuszczeniach nie przewidziałam, że uda im się zawłaszczyć władzę nie tylko parlamentarną, wykonawczą i sądowniczą, ale i samorządową. Tymczasem są na najlepszej drodze do tego. I wtedy będą mieć rzeczywiście wszystko.

Za stalinizmu krążyło z cicha wypowiadane powiedzonko: "Urna to tajemnicza szkatułka, wkładasz głos na Mikołajczyka, wyskakuje Gomułka".

Otóż PiS dąży do takiego zblokowania głosów podległych sobie koalicjantów, żeby mieć większość w samorządzie, w którym miała go dotychczas Platforma Obywatelska. Jeżeli ustawa taka przejdzie, PiS - powtarzam - rzeczywiście będzie miał wszystko.

Obecnie następują gwałtowne rugi tych, którzy PiS-em nie pachną. W ich miejsce wchodzą ludzie nieprzygotowani, karierowicze, oszołomy. Trudno inaczej nazwać osobę z Senatu, która na serio i z przekonaniem twierdzi, że Donald Tusk chce tworzyć autonomiczną republikę kaszubską z własną walutą i wojskiem. I że są na to dokumenty (sic!).

Antoni Macierewicz został powołany na wiceministra obrony ze specjalnym zadaniem likwidacji WSI (Wojskowych Służb Informacyjnych) i powołaniem w to miejsce nowych służb wywiadu i kontrwywiadu wojskowego. Spodziewano się, że w tej sytuacji minister Radosław Sikorski, który ponosi konstytucyjną odpowiedzialność za te służby, poda się do dymisji. Ale nie, zostaje na stanowisku, stwierdziwszy jedynie dowcipnie, że współpraca z takim zastępcą to sport ekstremalny.

Ma rację. Macierewicz skompromitował się przed laty podczas tzw. nocy teczek. Nie wahał się oskarżyć o współpracę z Urzędem Bezpieczeństwa nawet Wiesława Chrzanowskiego (nawiasem mówiąc, ówczesnego przywódcę partii, do której Macierewicz należał - Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego). Wiesław Chrzanowski nie tylko nie był agentem, ale wieloletnim więźniem politycznym i do końca przez ubecję nękanym. Niestety, na skutek oskarżenia Macierewicza musiał przejść ciężki proces lustracyjny. Dwa lata ciążyło na nim podejrzenie pracy z ubecją, zanim sąd go od niego uwolnił. Dwa lata oficjalnej politycznej infamii.

Na szczęście wtedy Macierewicz się nie ostał. Przepadł z kretesem wraz ze swymi pretorianami, pociągając za sobą niefortunny rząd Jana Olszewskiego. Nie bacząc na szkody, premier Kaczyński znów po niego sięgnął. Nie dziwię się. Z jego punktu widzenia Macierewicz, owładnięty spiskową teorią dziejów, wszystkich podejrzewający o niecne czyny - bardzo premierowi odpowiada. Ale gdy zacznie czystkę w resorcie, uczyni bezrobotnymi ludzi mających najtajniejszą wiedzę. Bardzo ryzykowne dla państwa.

Takich wyborów premiera Kaczyńskiego się boję. Mniej razi mnie aparycja Bliźniaków i potknięcia, zwłaszcza prezydenta, w polityce zagranicznej. Mniej razi mnie ich uraźliwość i histeryczna reakcja na satyrę. Nie bacząc na to, że wystawiają na pośmiewisko nie tylko siebie, ale i kraj, który przecież reprezentują, pozwali do sądu niemiecką Tageszeitung, która miała czelność porównać Lecha Kaczyńskiego do kartofla. Mój Boże, porównać nie do drania, ale do zacnego warzywa, którym przecież żywi się ich ukochany Naród!

Jest to jednak drobnostka w porównaniu z wolą Braci panowania nad wszystkim i wszystkimi. Za wszelką cenę. Nawet za cenę zlikwidowania budującej się z trudem w administracji państwowej służby cywilnej (wybór kandydatów z ogólnie dostępnych konkursów). Stanowiska mają być obsadzone wyłącznie swoimi. Bez merytorycznej weryfikacji, kompetencji, a nawet z pominięciem formalnego wykształcenia. W Polsce chodzi dowcip: "W PRL rząd był na emigracji, a naród w kraju. Dziś - naród na emigracji (masowe wyjazdy do krajów Unii), ale rządzący w kraju". Oczywiście, gdzież mieliby lepiej?!

Susza. Chłopi modlą się do Nieba o deszcz i do Unii o pomoc. Do tej samej Unii Europejskiej, na której psy wieszali, długo broniąc się przed wstąpieniem Polski w jej szeregi. Taka jest niestety nasza mentalność. Snuje się za nami swoisty mesjanizm, przesłaniając rozsądek.

Nie wychodzi mi z głowy ksiądz Michał Czajkowski. Zdrajca i pokutnik. Znałam go dobrze. Robiłam z nim wywiady, byłam w jego skromnym mieszkanku w slumsowych drapaczach Za Żelazną Bramą. Odbyłam z nim samochodem wypad na ekumeniczne spotkanie do Kodnia nad Bugiem, rzeką graniczną z ówczesnym ZSRR. Zapamiętałam niezwykle szybki nurt rzeki płynącej po płaskim przecież terenie...

Katolicy rzymscy spotkali się tam z grekokatolikami z pobliskich Kostomłotów. Studenci prawosławni, z pięknej cerkwi w Jabłecznej, też się chcieli spotkać; kilkoro z nas pojechało do nich, ale ich władze zwierzchnie nie dopuściły do swobodnej rozmowy.

Duszą imprezy był ksiądz Czajkowski. W drodze powrotnej opowiadał mi o największym swoim przeżyciu. Było to uczestnictwo w soborze watykańskim II. Osoba Jana XXIII...

Dopóki nie przeczytałam raportu w katolickim miesięczniku Więź, gdzie przez lata był duszpasterzem, nie wierzyłam w jego winę. Raport opublikowany za jego zgodą mówi o 24-letniej współpracy ks. Czajkowskiego z resortem bezpieczeństwa. Zerwał współpracę po mordzie dokonanym na księdzu Jerzym Popiełuszce. "Jest to zbrodnia kainowa, dokonana na moim współbracie w kapłaństwie - powiedział. - Wszyscy jesteście tacy sami zbrodniarze". Były to takie czasy, iż słowa te mogły być dlań niebezpieczne.

Któż przeniknie duszę księdza Michała? Gdzie zło pomieszane jest z dobrem, odwaga z tchórzostwem? Na pewno było w tym wszystkim wiele ciemności - diabeł machnął tu ogonem...

Ksiądz Czajkowski po zerwaniu z UB stał się w dwójnasób czynny; znany i podziwiany. Wielu ludziom pomógł. Dążył do katolicyzmu otwartego, narażając się hierarchii.

Nie jest w swoim upadku bynajmniej jedynym człowiekiem, który się sprzeniewierzył. Ale o tym mają pojęcie tylko ci, którzy przez kilkadziesiąt lat poddawani byli presji upodlenia. Jego przypadek jest co prawda wyjątkowy - to wieloletnie trwanie w źle - ale kto z nas jest całkiem bez winy, kto nigdy nie poszedł nawet na najmniejszy kompromis, nie poprosił o coś władzy; kto się umiał całkowicie oddzielić - niech pierwszy rzuci kamieniem. Ja nie rzucę.

Warszawa, 25 lipca 2006 r.


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wysłać e-mail