Marek Kusiba
Żabką przez Atlantyk
Drętwienie kości ogonowej
Pana Cogito
Tygodnikowi felietoniści żartują, że wykonują pracę Pana Boga stwarzającego świat, z tą różnicą, że przykuci jak łańcuchem do swej rubryki, siódmego dnia nie odpoczywają. Szarpią ich ciało krytyczne sępy i kruki, a oni muszą dziobać już w klawiaturę następny kawałek. Doprawdy nikt, kto nie ma stałej rubryki w gazecie, nie zna tego bólu. No, może poza redaktorem, przeczesującym nerwowo busz komputera w poszukiwaniu biletu do wieczności, czyli kolejnego felietonu, który ma dzisiaj trafić do drukarni, a nie trafił jeszcze nawet do jego (jej!) poczty.
Na Pęksowym Brzysku w Zakopanem znajdują się groby kilkunastu autorów i redaktorów, którym z powyższych powodów serca odmówiły współpracy. Leży tam też poeta Tomasz Gluziński - a przede mną kilka jego książek. Najnowsza - pięknie wydany przez Krzysztofa Karaska w Bibliotece "Więzi" wybór Wielkie pastwisko - dotarła do mnie w 20-lecie przedwczesnej śmierci poety i jak wszystkie poprzednie spowodowała reakcję opisaną w liście do Janusza Szubera przez przyjaciela Szubera i Gluzińskiego - Zbigniewa Herberta: w czasie lektury tych wierszy "kość ma ogonowa drętwiała wielokrotnie".
Rówieśnik i kolega Herberta ze szkolnej ławy, w odróżnieniu od autora Pana Cogito został w Polsce niemal zupełnie zapomniany. Niezasłużenie, bo wielkim i mądrym poetą był. Zaszył się jednak w Zakopanem i zamiast śmigać między stolikami Czytelnika, śmigał między tyczkami slalomu, nauczając narciarstwa alpejskiego. Nie Krakowskie Przedmieście, a Kasprowy Wierch był tłem jego życiowych wyzwań. Nie nosy wścibskiego "środowiska", a Nosal i środowisko Zakopanego - tak niepodobne do warszawskiego, jeśli wyłączyć bary na Krupówkach, okupowane zimą przez warszawkę. Gluziński miał tę nad nią przewagę, że z wiosną nie wracał na salony, a na - slalomy. Nie ma nic lepszego nad wiosenne narty w ciepłym, choć nadal śnieżnym Kotle Gąsienicowym.
Spotkaliśmy się tam kiedyś. Wyłożyłem się na przedostatniej bramce slalomu - i było po zawodach. Potem przy góralskiej herbacie w Murowańcu rozmawialiśmy o nartach, Lwowie, Herbercie, poezji. Ale nade wszystko o nartach. Gluziński przyjaźnił się z moim ojcem, podobnie jak on instruktorem-wykładowcą Polskiego Związku Narciarskiego. Łączyła ich wspólnota pokoleniowa, wschodnia Galicja i Armia Krajowa, umiłowanie nart i Tatr. Obaj wybrali życie na prowincji z potrzeby obcowania z górami i zachowania wierności sobie, wynikającej z wrodzonego wstrętu do wielkomiejskiej pogoni za "dudkami".
System wartości Tomasza Gluzińskiego składał się "z kilku zaledwie elementów. Pierwszy to obcość nienawiści, która jest niewolą najokrutniejszą. Drugim jest rozbrat z zazdrością, tą uzurpacją wyłącznego posiadania. Trzecim niezależność myślenia, lub jeśli kto woli odporność na zniewalające, a niekiedy trujące prądy filozofii ostatnich stuleci. Reszta atrybutów nie zasługuje na to, by o nich wspominać, jeśli nie chce się skrzeczeć jak byle papuga w byle jakiej drucianej klateczce".
Powyższy akapit jest przepisanym prozą wierszem zakopiańskiego poety o tytule Niezależność, wyjętym z tomu System wartości. Tak spreparowane wiersze Gluzińskiego mogłyby wypełnić kilka kolejnych wydań Przeglądu Polskiego, mogłyby też z powodzeniem zastąpić kilkanaście kolejnych "Żabek". Posiadają moc pisarskiej prawdy, zniewalają szczerością, są czyste jak minione tatrzańskie śniegi, po których już nie śmiga ten równie znakomity narciarz co poeta.
"Może i przegraliśmy, ale nie żyliśmy na kolanach, a to przecież najważniejsze"
- napisał Zbigniew Herbert do Tomasza Gluzińskiego 8 II 1983 r. W innej części
tego samego listu Herbert wyznawał przyjacielowi: "Uświadomiłem sobie dzięki
Tobie, jaka to jednak bezcenna rzecz s o l i d a r n o ś ć p o k o l e n i o
w a - nie ta wynikająca z daty urodzin, ale z z a c h o w a n i a w i e r n
o ś c i".
Była to odpowiedź Herberta na list Gluzińskiego, w którym pisał: "Od 1939 r. traktuję swój status jako stan tymczasowy i nigdy, ale to przenigdy nie pogodziłem się z myślą, że godność i wolność, która była moim udziałem jeszcze przed II-gą wojną światową (a mamy już wojnę III-cią!), są walorami utraconymi bezpowrotnie. Do partii ani żadnej podobnej, nikczemnej organizacji nie należałem, nie klaskałem, głupio się nie uśmiechałem, wydałem parę książek i a n i r a z u nie oddałem osobiście skryptu w wydawnictwie - wysługując się zawsze pośrednictwem poczty; nigdzie mnie nie znają, nie wiedzą, jak wyglądam (...) prawie że nie wychodzę do miasta, a jeśli już wychodzę z domu - to w stronę gór"...
Tomasz Gluziński, przykuty przez sześć dni łańcuchem do swej stałej, granitowej kolumny wierszy u stóp Kozich Wierchów, siódmego dnia wychodził samotnie w góry nałapać sobie poezji w cienką siatkę serca. Tak stwarzał swój świat. Na pięć lat przed śmiercią zapisał: "sam ja zlecę przez te piargi / ku dolinom / w zdartych kierpcach // aż ostygną moje wargi / i pęknięty / kamień serca"...
| |