Przegląd Polski 8 września 2006

Wieża Babel
ludzkich losów

BOGUSŁAWA LATAWIEC

Powieść Traktat o łuskaniu fasoli jest realizacją odważnego zamysłu autorskiego. Świat przedstawiony został w niej spleciony z obcych żywiołów: umiejscowionej w przestrzeni, określonej czasem rzeczywistości i ze snów, wizji, ożywionej wyobraźni. Nie byłoby w tej dychotomii nic niezwykłego, gdyby nie budowany konsekwentnie od pierwszych stron utworu świat trzeci, o którym wiemy na pewno jedynie to, że istnieje równie intensywnie jak dwa poprzednie. I choć rodowód tego świata nie zostanie rozszyfrowany - uważny czytelnik będzie tropił jego ślady w decyzjach bohaterów, ich przeczuciach, lękach, obsesjach, podróżach, spotkaniach. Gdyby pokusić się o nazwanie tej płaszczyzny ludzkiego bytowania - najcelniejszymi okazałyby się określenia opisowe, takie jak: uwidoczniony los, nieprzypadkowe przypadki, wędrówka ludzi z ziemi snów, z pustki niebytu do ziemi ziemskiej. Myśliwski przedstawia ten utajniony świat w długim ciągu realno-nierealnych zdarzeń i dialogów, obdarzając go tak sugestywną siłą witalną, że zaczynamy wierzyć, iż niemożliwe bywa niekiedy możliwe: spotkania ludzi żyjących w dwóch strugach czasu, rozmowy między nimi, wkraczanie w życie realne postaci ze snów, imaginacyjne wędrówki, które nagle przekształcają się w rzeczywistą przestrzeń i na odwrót, gęsta mgła, utrudniająca bohaterowi jazdę samochodem, okazuje się nagle znakiem zagubienia w czasie, powrotem w minione dziesięciolecia, przekroczeniem linii między realnością - a czym? snem, pamięcią, wizją, albo staje się granicą między życiem a śmiercią bohatera.

Tym wewnętrznie rozdartym światem, tragicznie zapętlonym, pełnym szczelin prowadzących w nieznane - ktoś lub coś zarządza, ktoś wywołuje z niebytu, poddaje żyjącym pod rozwagę. Nie dowiemy się, do którego ze światów przynależy wiele opisanych w utworze spotkań (kogo z kim?), zdarzeń, ludzi, gdzie znajduje się ich ziemia pierwsza, w żywym życiu, w zaświatach, w "życiu po życiu", w kolejnych wcieleniach, w jedynie duchowej egzystencji, w myślach, czyjejś pamięci, wyobraźni lub w może powracającej jak po kole stale tej samej biografii, powtarzającej kontakty z tymi samymi ludźmi. Prawdopodobne byłoby spotkanie bohatera z samym sobą tak ukrytym pod warstwami minionego, że patrząc na siebie umiałby jedynie powiedzieć: "musiałem pański głos już kiedyś słyszeć (...). A może pan tylko podobny do kogoś, z kim musiałem się kiedyś spotkać".

Zderzenia tych trzech warstw istnienia wywołują u odbiorcy rozterki tym częstsze, że autor celowo rozmieszcza w biegu akcji liczne znaki informacyjne, kierujące naszą uwagę raz ku bytowi realistycznemu, to znowu ku zarządzanemu przez siły nierozpoznane, ale tak sugestywnie wiodące nas przez fabułę powieści, że zaczynamy wierzyć w prawdopodobieństwo wielu nieprawdopodobieństw, że np. zdjęcie zrobione w trakcie snu można oglądać na jawie, nosić w portfelu fotografię zrobioną z jakiegoś nieziemskiego wymiaru tak, że postaci zwrócone do siebie profilami są uchwycone en face.

Powieść ma formę monologu wypowiedzianego. Opowiadacz mówi o swoim życiu, miłościach, rodzinie, poglądach, stosunku do Boga, zaświatów, o niepokojach filozoficznych, o ludziach bliskich i epizodycznych - próbując zebrać i uporządkować (stąd tytułowy "traktat") całą zdobytą przez siebie wiedzę - tę doświadczoną i jedynie wyczuwalną, której źródeł nie potrafi dociec. Jego Słuchaczem jest pozornie obcy, jak się na początku powieści wydaje, tajemniczy wieczorny gość, który przyszedł do bohatera z zaskakującym pytaniem, czy nie sprzedałby mu fasoli. Słuchacz przeważnie milczy, a jeżeli upomina się o jasność opowieści przypomnieniem uciekającego w dygresje głównego tematu, lub formułując mało istotne, uściślające opowieść pytania, to dowiadujemy się o tym jedynie z monologu Opowiadacza, który skrupulatnie je powtarza: "Odkąd nie mogę spać? Odkąd pamiętam". Czasem także Opowiadacz zwraca się do swojego Słuchacza z pytaniami, np. "Pan gra na fortepianie? Nie, tak tylko pytam". Ta imitacja dialogu, który normalnym powieściowym dialogiem nie jest, ma uatrakcyjnić narrację i być dodatkowym uwiarygodnieniem sytuacji, w której jedna postać utworu monologuje przez 400 stron.

Chociaż forma istnienia Opowiadacza staje się dla odbiorcy coraz bardziej, w miarę czytania powieści, niejasna, jego biografia "dziecka wojny" to porcja świetnej, realistycznej prozy: wieś w czasie wojny, partyzantka, potem początki PRL, odbudowa kraju, oddziały Służby Polsce (internat, szkoła zawodu, praca, rozrywki), następnie harówka na socjalistycznych budowach. Wychowywanie młodzieży w duchu entuzjazmu do nowego ustroju. Młodzież robotnicza jest przyszłością świata, zgodnie z propagandową nowomową należy przekazać jej dobra skonfiskowane krwiopijcom, ciemiężycielom i różnej maści swołoczom, bo to ona dzięki hartowi ducha, wierze i zapałowi stworzy nowy, szczęśliwy świat. Niezwykle ciekawa jest galeria nauczycieli, majstrów, robotników, z którymi bohater stykał się w internacie, szkole, przy elektryfikacji wsi, na budowach, gdzie pracował już jako wykwalifikowany elektryk. Zawdzięczał im wiele: nauczyli go żyć, pracować, myśleć, rozumieć ludzi, czytać książki i pomogli mu zrealizować pasję jego życia. Kochał muzykę. Dopiero gdy nauczył się wypowiadać w języku muzyki (był świetnym saksofonistą, grał, jak sobie wymarzył, w najlepszych lokalach zachodniej Europy), w pełni zapanował nad swoją mową, którą utracił w trakcie wojny. "Każda taka budowa - relacjonuje Opowiadacz - to była istna wieża Babel, tylko że nie języków, a ludzkich losów [...] okazywało się, że ten był tym, tamten tamtym, ten stąd, inny stamtąd, po obozach, więzieniach, z wojska takiego, innego, z powstania, z lasu, z poobijanymi nerkami, bez zębów, paznokci, bez lat czy całkiem młodzi, a już posiwiali. Chociaż byli i tacy, i wcale nie mało, którzy sami z siebie zmieniali zawody, żeby włączyć się w budowanie tego nowego, lepszego świata, bo w stary przestali wierzyć". Student filozofii kładł posadzki, nauczyciel historii był planistą na budowie, ksiądz - najlepszym spawaczem, magazynier wybitnym saksofonistą, robotnik na koparce recytował Cycerona po łacinie, a alkoholik, nauczyciel muzyki w oddziałach SP - dyrygentem orkiestr symfonicznych, który głosił, że z Bogiem można się porozumieć jedynie w języku muzyki, a jego "hasło polityczne" brzmiało: "Niech żyje muzyka!". "Każdemu z nich mogłoby się nie chcieć żyć. Mieli takie i inne powody. A jednak żyli. Nie byłem wyjątkiem" - powie o nich z szacunkiem narrator. Trauma, której doświadczył w wojennym dzieciństwie, zaciążyła nad całym jego życiem. Niemcy za pomoc oddziałom partyzanckim spalili jego rodzinną wieś i wymordowali wszystkich jej mieszkańców, z kobietami i dziećmi włącznie. Ocalał, bo zszedł akurat do piwnicy ziemnej po kartofle do żuru. Żołnierz niemiecki sprawdzając, czy w piwnicy ktoś się nie ukrył, nie potrafił chłopca zastrzelić, zwidziało mu się, że to nie obce dziecko, ale jego własny syn. Długo, póki partyzanci nie odkryli chłopca w ziemiance, siedział na jej dnie otoczony zgliszczami, ciałami najbliższych zasypanych głębokim śniegiem w bieli pełnej majaków, snów, wizji. Odzyskał mowę, a jednak całe życie towarzyszyły mu rozmaite lęki, brak pewności siebie, ciągłe podejrzenie, że tak naprawdę nie wie, kim jest. Niewątpliwie to ta z dzieciństwa wywiedziona pamięć tragedii rodzinnej i zrodzone z niej poczucie względności i tymczasowości wszystkiego, co człowieka otacza, gdy majaku nie można odróżnić od życia, gdy w świecie realnym spotyka się twarze poznane w śnie - stała się dla autora motywem uwiarygodniającym dwoistą egzystencję bohatera i fakt niepodlegający dyskusji, że nie sposób odpowiedzieć na pytanie, jak on istnieje w języku dzieła, w trakcie snucia opowieści, a także kim jest naprawdę jego wielogodzinny, cierpliwy słuchacz. Znajdziemy tu wprawdzie niejedną autorską podpowiedź, grę paralelizmów przestrzennych, obrazowych, zdarzeniowych, ukierunkowujących wysiłek interpretacyjny, ale one nie zbliżą nas do prawdy ani na krok. Swoją pisarską decyzję o jej zawieszeniu, o braku odpowiedzi na wiele dotyczących fabuły i bohaterów pytań Myśliwski sformułuje prosto: "Są przecież pytania, zgodzi się pan, które zawsze sobie wystarczą. Zwłaszcza że sama odpowiedź i tak by ich nie zadowoliła. [...] Kto inny pyta, a kto inny odpowiada, nawet gdy sami siebie pytamy. Za każdym razem pytający i odpowiadający będzie kim innym. Jest w nas przecież i dziecko, i starzec, i młodzieniec, i ktoś kto umrze, i kto wątpi, kto ma nadzieję i kto nie ma żadnej. I tak dalej, i tak dalej".

Rdzeniem zagadki powieściowej, kto jest kim i jak istnieje, staje się zadzierzgnięty przez autora węzeł fabularny spleciony z trzech biografii. Ofiara - Opowiadacz, Zbrodniarz - żołnierz niemiecki, lub z własnej woli dziedziczący jego winy syn, Obserwator - Robert, który jako dziecko oglądał pacyfikację wsi z pobliskiego wzgórza. Wszyscy trzej - uczestnicy, obserwatorzy zbiorowego mordu - są ze sobą połączeni irracjonalną więzią. Po dziesięcioleciach, nie znając się przecież, odnaleźli się na kuli ziemskiej. Zbieg okoliczności? Fatum?

Nawet jeśli się przyjmie, iż Opowiadacz i Słuchacz to nie są ludzie z teraźniejszości, pozostaje kilka rozwiązań i tylko od wyobraźni czytelnika zależy, ile pojawi się odpowiedzi. Dwie są najprostsze, ale przeczą sobie. Pierwsza: Opowiadacz i Słuchacz to jedna i ta sama osoba, tylko z innych pasm czasowych pochodząca: "Nie wiem, jak mnie pan tu znalazł, skoro ja sam siebie nie potrafię. Znaleźć siebie to nieprosta sprawa. Najtrudniejsza ze spraw do załatwienia na świecie". Druga: Opowiadacz to Ofiara, Słuchacz to Zbrodniarz (lub jego syn). Jedno jest pewne - obaj, jeśli chcą nadal istnieć na ziemi, choćby w czyjejś pamięci, są sobie nawzajem potrzebni. Bo człowiek sam dla siebie nie jest wiarygodnym świadectwem, że istnieje, twierdzi narrator: "Zawsze ktoś drugi musi poświadczyć. O, łuskamy fasolę, więc jesteśmy, dopóki łuskamy fasolę, nie musimy się potwierdzać".

Dla odbiorcy tylko pozornie istotna jest odpowiedź na pytanie, kim są bohaterowie, czy to są ludzie z krwi i kości, tyle że o splątanych ze sobą biografiach, czy fantomy, duchy powrotne, magicznie wywołane z czyjejś wyobraźni lub pamięci. Ważne, że wspólnie grają przed nim swój wielki spektakl odpominania siebie.

 

Bogusława Latawiec (ur. 1939) poetka, prozaik, krytyk. Ukończyła Wydział Polonistyki Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Autorka tomików poetyckich, m.in.: Otwierają się rzeki (1965), Całe drzewo zdania (1970), Z żywych jeszcze źrenic (1981), powieści Nie widziałam tak długiej chorągwi, Ogród rozkoszy ziemskich (1976) oraz form prozatorskich: Solarium (1969), Pusta szkoła (1987), Gęstwina (2001), Kochana Maryniuchna (2003). Publikowała m.in. w Odrze, Życiu Literackim, Literaturze, Twórczości, Zeszytach Literackich, Kulturze Niezależnej, Nurcie i Arkuszu, który w latach 1991-2003 redagowała. Jej utwory tłumaczono na angielski, niemiecki, rosyjski, węgierski i estoński. Laureatka Nagrody Pen Clubu za całokształt twórczości poetyckiej (1993).

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail