Przegląd Polski 15 września 2006
- Krótkie, śmieszne i do siedzenia - Marek Klecel
- Rozmowy z Miłoszem - Jerzy R. Krzyżanowski
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
Żabką przez Atlantyk
Ulica
kota Grovera
Na początku Admiral Road w Toronto stoją dwa różowe pachołki z wetkniętymi w nie tekturkami. Napisy na tekturkach zawiadamiają przygodnych przechodniów, że jest to miejsce służby kota Grovera, prowadzącego samotną akcję odmyszania okolicy. Czarno-biały kotek wysiaduje długie godziny, wpatrując się w ciemny wylot studzienki kanalizacyjnej, z której co kilka dni wyłania się kolejna porcja pożywienia. Strażnik ulicy Admiral nie jest przez nikogo niepokojony. Ludzie przystają, niektórzy robią w milczeniu zdjęcia i oddalają się bezszelestnie z szacunkiem dla puszystej istoty wypełniającej z oddaniem swą misję. Solidarność z Groverem wykazują nawet hałaśliwe zazwyczaj pieski, ciągnięte przez właścicieli - lub zawodowych wyprowadzaczy psów - w stronę pobliskiego skweru z fontanną. Na widok Grovera milknie nawet jamnik Lonia, omijając go szerokim łukiem. Może pieski gryzie sumienie, bo mały kotek ciężko pracuje nad zdobyciem pożywienia, podczas gdy one odeszły przed chwilą od pełnej miski? Słowem - Grover budzi powszechny respekt, ma status nietykalnego, jest gwiazdą całej dzielnicy. Robi konkurencję nawet Margaret Atwood, najsłynniejszej pisarce Kanady, mieszkającej przy tej samej Admiral Road. Ulicy kota Grovera.
Wczoraj ją tam spotkałem. Przystanęła na chwilę, uśmiechnęła się i ruszyła jakby szybszym nieco krokiem w kierunku domu. Może Grover jej uświadomił, że nie wypatrzyła jeszcze dzisiaj w ciemnej czeluści własnej świadomości, a tym bardziej w jasnej czeluści ekranu komputera tych zdań i wątków, którymi karmi kolejną książkę. W jej twórczości, podobnie jak w każdej ważnej, wybitnej twórczości, luźne z pozoru wątki łączą się w spójną tkaninę, będąca zapisem pojedynczego losu, a zarazem losu pokolenia. Dawno ustalono, że ważniejsza od talentu jest pracowitość, codzienne wiązanie wątków w zdania, połączone oczywiście z przysłowiowym wiązaniem końca z końcem. Doświadczają tego pisarze zadomowieni w kraju od pokoleń, jak i emigranci, usiłujący wytrwać przy swojej pisarskiej misji, choć nikt im przy ich warsztacie pracy nie ustawia różowych pachołków z miłymi tabliczkami. Nie mają luksusu pracy Grovera, ale w końcu nie każdy musi budzić sympatię puszystą powierzchownością.
Gdy siedziałem wczoraj na ławce, dyskretnie obserwując skupienie Grovera nad swym dziełem, podeszła do mnie młoda dziewczyna i uprzejmie zapytała, czy dobrze się czuję. To samo spotkało mnie później w banku: inna miła pani zadała mi prawie identyczne pytanie. Kiedyś zawiozłem żonę do fryzjera, i gdy po nią wróciłem po godzinie, od pani z nożyczkami w ręku usłyszałem uprzejme: proszę tu poczekać, bo pana córka jeszcze niegotowa... Zrozumiałem, że bezpowrotnie minęły dni beztroskiej młodości, a nawet dojrzałości, że po prostu stanąłem na progu starości. Stwierdziwszy powyższe nie tyle wpadłem w panikę, co zacząłem się spieszyć. Spisałem na długiej kartce tytuły rozpoczętych, rozbabranych a zaniechanych tekstów, książek, pomysłów, i wyszła tego cała sieć niedokończonych wątków, cała litania delikatnych pretensji wielbionych przeze mnie redaktorek, a zwłaszcza tej Jednej, wyrozumiałej, ale do czasu, wybaczającej, ale balansującej już na granicy cierpliwości.
Dzisiaj zadzwoniłem do Ewy S., pisarki drugiego języka, piszącej od lat i z sukcesem po angielsku, a odwiedzającej często ulicę Grovera, gdzie kilkanaście metrów od jego posterunku mieszka jej przyjaciółka, posługująca się swobodnie kilkoma językami, ale pisząca w języku dzieciństwa, czyli polskim. Pisarka Agata T., podobnie jak jej mąż, eseista i publicysta Henryk D. pisali zawsze po polsku, zachwycając się fenomenem Józefa Conrada, Vladimira Nabokova czy Jerzego Kosińskiego, przyjaciela domu - pisarzy drugiego języka. I otóż Ewa wyznała mi dzisiaj, że rano jak zwykle usiadła przy klawiaturze, by łączyć napoczęte wątki, i ku jej zdumieniu po raz pierwszy od wielu lat napisała kilka stron w języku polskim. Zapisywała bowiem rozmowy, jakie toczyła z chorym przyjacielem - po polsku.
Grover's Corner był dzisiaj pusty. Brak Grovera zauważyła moja żona, zaniepokojona nieobecnością kotka w jego miejscu pracy. Inni przechodnie też byli wyraźnie poruszeni nagłym brakiem symbolu całej dzielnicy. Nikt wcześniej nie dopuszczał nawet myśli, że Grovera może tu kiedyś zabraknąć. Że może sobie po prostu gdzieś pójść, gdzieś się zawieruszyć. Grover jest potrzebny tak wielu ludziom. Opiekunowie stawiają go młodzieży jako przykład cierpliwości i pracowitości. Pisarzom, idącym tamtędy codziennie ku pobliskim domostwom, przypomina o konieczności upartego wpatrywania się w zakamarki własnej świadomości z nadzieją, że wyskoczy z nich długo wyczekiwane zdanie, wiążące niedokończone wątki w sensowną całość. Ktoś powiedział, że Grover poszedł po prostu do domu odpocząć po służbie, ale jutro wróci na swój posterunek. Wszyscy odetchnęli z ulgą...
