Przegląd Polski 22 września 2006

Nowojorska kronika
(sztuki plastyczne)

CZESŁAW KARKOWSKI

Ursula von Rydingsvard, Dubeltowa

Niewielkie Bruce Museum w Greenwich, CT przygotowało kolejną wystawę, której nie powstydziłyby się największe nowojorskie muzea.

Ponad 50 prac holenderskiego mistrza miejskiego krajobrazu, Jana van der Heydena, wypożyczono z wielu kolekcji europejskich i amerykańskich, publicznych i prywatnych. Po raz pierwszy w USA mamy okazję obejrzenia dziesiątków prac mało znanego, świetnego holenderskiego artysty, prekursora tego gatunku malarskiego. Jego twórczość zainspirowała mnóstwo naśladowców; po stuleciach podziwu i pochwały natury, przedstawianej i opiewanej w malarstwie, właśnie van der Heyden zwrócił uwagę na miasto jako także "środowisko naturalne" człowieka, jego wdzięk i piękno, albowiem łączy w sobie elementy przyrody i dzieła stworzenia ludzkiego.

Artysta, mieszkaniec Amsterdamu, ówcześnie jednego z najbardziej wyrafinowanych i zadbanych miast europejskich, nie polegał wyłącznie na wyglądzie zewnętrzny obiektu przedstawienia. Wybierał do swych prac nie tylko najładniejsze, najokazalsze fragmenty miasta, ale dodatkowo je jeszcze "poprawiał" - usuwał z wizerunku elementy rzeczywistego układu, które szpeciły, jego zdaniem, wygląd pejzażu, albo z jakichś względów nie pasowały do kompozycji. Powodowany tym samym afektem dodawał coś, co uważał za stosowne. W rezultacie jego widoki amsterdamskich kamieniczek nad kanałami, placów i okazałych budowli nie mogą mieć charakteru dokumentacyjnego. Łączył różne elementy w jedną artystycznie spójną całość. Dodawał scenki rodzajowe dla ożywienia krajobrazu - a to psy, a to koń ciągnący beczki, to znów pojedyncza łódź sunąca leniwie po gładkiej wodzie kanału. Na obrazach panuje spokój, atmosfera dostatku, niespiesznego zatroskania mieszkańców własnymi sprawami.

Metodę komasacji widoku zauważyć można najłatwiej w jego wizerunkach miast niemieckich czy hiszpańskich, które znał, bądź włoskich - a tych nigdy nie widział. Miał jednak wyczucie "miejskiego charakteru" kompozycji, urbanistycznej przestrzeni wizerunku; budowle w rzeczywistości odległe od siebie przedstawiał na obrazach w sąsiedztwie. Tworzył także osobliwe "fantazje miejskie" - obrazy miast (ich części) nieistniejących w rzeczywistości.

Z dużą starannością oddawał najdrobniejsze szczegóły wyglądu, skupiał się na detalach - listkach drzew, spojeniach między kamieniami, deskach łodzi płynących po kanale. Ów "fotograficzny" charakter jego dzieła dodatkowo potęguje złudzenie, iż to, co artysta odtwarza, istnieje dokładnie w takim układzie, z jakim z pietyzmem i starannością oddawał. Tą techniką wyprzedził o wiek późniejsze dokonania włoskich mistrzów, jak choćby Canaletto.

Sam artysta jest postacią szalenie ciekawą. Choć wyraźnie posiadł w najwyższym stopniu arkana sztuki malarskiej, nie wiemy, czyim był uczniem. Choć jego obrazy cieszyły się dużą popularnością (jeden z nich - widok na nowy gmach ratusza miejskiego kupił za spore pieniądze wielki książę Toskanii), to jednak zasadniczo van der Heyden obrazów nie sprzedawał; po jego śmierci niemal wszystkie znane dzieła znaleziono w jego domu. Był człowiekiem bardzo zamożnym, jednym z pierwszych mieszkańców Amsterdamu, dla którego opracował nowoczesny system oświetlenia ulic. Spory majątek natomiast zdobył dzięki upowszechnionemu później w całej Europie wynalazkowi pompy strażackiej połączonej z sikawką. W 1673 r. wraz z bratem Nicholasem, z którym oboje trudnili się wyrobem sprzętu pożarniczego, został nawet mianowany nadzorcą pomp miejskich i sprzętu ogniowego. Zreorganizował także strukturę straży pożarnej Amsterdamu, najskuteczniejszej wówczas w Europie. Opublikował nawet kilka instruktażowych książek o oświetleniu ulicznym i na temat sprzętu strażackiego. Egzemplarz drugiego wydania ilustrowanej przezeń księgi obejrzeć można na wystawie. Był bogaty, malował dla przyjemności.

Dzieła wyrosłe z nostalgii

Rzeźby Ursuli von Rydingsvard są doskonale znane nowojorczykom. Kilka jej monumentalnych brył drewnianych i jedna forma z tworzywa sztucznego stoi w Madison Park - małym skwerku przy zbiegu 5 Alei i Broadwayu w okolicach 23 Ulicy. Kilka lat temu przez rok jej wspaniała konstrukcja - ogromna drewniana kula o bardzo szorstkiej powierzchni - stała przy wejściu do Central Parku. Galeria Lelong, która reprezentuję amerykańską artystkę polskiego pochodzenia, kilkakrotnie organizowała wystawy jej prac.

I ponownie w Lelong, ale już w nowej lokalizacji, w Chelsea - modnej dzielnicy galerii - mamy wystawę nowych dzieł Ursuli, kto wie, czy nie najlepszej i nie najbardziej wziętej rzeźbiarki amerykańskiej. Ekspozycja nosi tytuł "Sylwetka", a jedno z dziewięciu prezentowanych zatytułowane jest Dubeltowe. To duża bryła, przedstawia jakby dwie kadzie albo wielkie "dwojaczki", wiejskie naczynia do noszenia w pole obiadu.

Zanim zdążymy im się przyjrzeć, prace Ursuli uderzają w pierwszej kolejności zapachem cedrowego drewna, z którego są wykonane. Zapach jest wprawdzie zapewne niechcianym produktem ubocznym potężnych, majestatycznych rzeźb, jednak ewokuje swoisty wiejski świat wyobraźni.

Druga cecha to chropowata faktura jej dzieł. Składają się z małych klocków cedrowych, tworzących nierówną, poszarpaną, pełną załamań powierzchnię potężnego słupa o rozprutym wnętrzu, jak pień drzewa rozdarty piorunem, sczerniały w środku i skręcony ku górze. Możemy także zobaczyć monstrualnych rozmiarów przedmioty: "Large Ring" przypomina ogromną ramę lustra, znakomite "Weeping Plates" są jak gigantyczne talerze, z których ściekają resztki jadła. Niezależnie od skojarzeń, jakie wzbudzają, wrażeń kierowanych w odpowiednią stronę przez tytuły, są to po prostu dzieła same w sobie; stanowią zwarte, solidne bryły o niezwykłej fakturze i osobliwym kolorze wielu odcieni brązu.

Ursula von Rydingsvard urodziła się w czasie drugiej wojny światowej w Niemczech, gdzie jej rodzice Kunegunda i Ignacy Karoliszynowie zostali wysłani na roboty przymusowe. Przyszła artystka wyrastała w ogromnej biedzie, wpierw wśród rzesz przymusowych pracowników III Rzeszy, potem tułając się wraz z rodzicami po obozach dla tzw. dipisów (displaced persons), ludzi, którzy nie zdecydowali się po zakończeniu wojny wracać do kraju. W 1950 r. państwo Karoliszynowie wraz z siedmiorgiem dzieci wyemigrowali do Stanów Zjednoczonych i osiedlili się w Connecticut, gdzie musieli bardzo ciężko pracować na utrzymanie wielkiej rodziny. Ursula studiowała na Uniwersytecie New Hampshire, potem w Miami. Utrzymywała się z nauczania podstaw sztuki w szkole, wreszcie przeniosła się do Nowego Jorku i rozpoczęła studia na Columbia University. Szerokie uznanie zaczęła zdobywać pod koniec lat osiemdziesiątych, a dziś należy do grona najwybitniejszych rzeźbiarek amerykańskich. O ogromnym uznaniu mogą świadczyć zamówienia na jej prace, w tym uzyskany w 1997 r. kontrakt na rzeźbę przed siedzibą główną Microsoft Corp. w Seattle.

W 2001r. w Polsce zorganizowano pierwszą przeglądową wystawę jej prac. Na innej retrospektywie w 1992 r. w Storm King Art Center, na północ od Nowego Jorku, można było przekonać się, że Ursula von Rydingsvard ma świetne wyczucie przestrzeni i ukształtowania natury, w które to naturalne środowisko znakomicie potrafi "wbudować" swe rzeźby.

Większość dzieł znakomitej artystki, na przykład ogromne (cedrowe naturalnie) jakby stągwie na wodę, budzą w wyobraźni skojarzenia z odległym wiejskim światem, przeszłym, sielskim dzieciństwem, z którego pozostały niejasne wspomnienia i pamięć jakichś domowych, kuchennych przedmiotów, z czasem urastających w pamięci do monstrualnych rozmiarów, zajmujących jakby całą świadomość dotyczącą minionego czasu. To właśnie ze świata dzieciństwa wywodzą się zręby wyobraźni rzeźbiarki.

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail