Przegląd Polski 6 października 2006

Kartki ze skażonej strefy

EWA BERBERYUSZ

Pyta mnie czytelnik, bodajże z Nowej Zelandii, dlaczego tytuł moich comiesięcznych artykułów tak brzydko brzmi: "Dlaczego ze skażonej strefy, a nie z Polski?". Odpowiadam: dlatego, że gdzieś w początkach lat 90. zaczęłam je pisać do paryskiej Kultury nie z Polski, ale z Węgier. Spodobało się Redaktorowi Giedroyciowi, wydrukował i już zostało na następne lata.

Jest to jednak li tylko wytłumaczenie formalne. Ponieważ również we wszystkich przejawach rzeczywistości - od drobnych do wielkich - uważam Polskę, jak i dawne "kadeele" - niestety - za strefę skażoną. Do dziś.

Przykłady? Trzebaż je wyliczać? Spójrzcie, co się dzieje na Węgrzech, spójrzcie, co się dzieje u nas! Przytoczę sprawy najprostsze, pierwsze z brzegu. Czytam na słupach ogłoszeniowych, na autobusowych przystankach, w witrynach sklepów, nawet przy kościołach - zapotrzebowania tej treści: "Poszukiwany glazurnik, hydraulik, gipsiarz, malarz, stolarz wnętrz, murarz, dekarz, tynkarz - od zaraz! Dobra płaca!".

Moje osiedle specjalna ekipa ociepla i odgrzybia, to znaczy pokrywa odpowiednią papką. Płacimy za to wyższy czynsz. Boisko, gdzie dzieci chciałyby grać w piłkę (wyjątkowo cudny początek jesieni!), zawalone wciąż zwożonymi materiałami. Nie ubywa ich, ponieważ fachowcy nie pracują. Do listopada powinni oddać sześć bloków. Kończy się wrzesień, ocieplili zaledwie dwie ściany. Dlaczego? Bo nie ma pracowników. Fachowcy wypływają do Anglii, Irlandii, Niemiec jak woda z rwącego potoku.

Firmy załamują ręce: będą płacić spółdzielniom kary umowne. My, mieszkańcy, będziemy z kolei w nieskończoność płacić podwyższone komorne za nic. Materiały ocieplające będą zalegać boisko i niszczeć, gdy przyjdzie nasza upiorna zima.

Sprawę załatwiliby Ukraińcy. Ich fachowcy aż zacierają ręce, żeby przyjechać i u nas zarobić. Polska to dla nich Zachód. Dalej nie pojadą. Nie są w Unii Europejskiej. Jednak żadna poważna firma ich nie zaangażuje, bo nie wolno "na czarno". Tak to mogą sobie pracować u nas sprzątaczki.

Dla fachowców - w tej skali, o jakiej mówimy, potrzebna jest ustawa zezwalająca na pracę. I czemuż jej nie uchwalić?! Natychmiast, już, skoro taka jest potrzeba chwili. Skoro jest to jedyne rozwiązanie. Ustawy nie ma, bo Sejm nie ma czasu. Ma ważniejsze sprawy na głowie: aktualnie kto kogo.

Nie umiemy się rządzić. W parlamencie przedkładamy rozróby nad zwykłą praktyczność, nad prosty rozsądek. Nic dla Polski, wszystko dla kłótni.

Tak się raz szczęśliwie złożyło, że kamienicę mojego syna, kamienicę-plombę, ocieplono błyskawicznie. Ale nie ruszono podwórka. Oficyna pamięta czasy przedwojenne i podwórko też. Skrawek trawniczka, na którym zapewne stała figurka Matki Boskiej, przy której modlono się maju, w środku było miejsce dla podwórkowych grajków, kataryniarzy, ostrzycieli noży i nożyczek, gimnastyków rozkładających dywanik, na którym wykonywali swoje akrobacje, dla śpiewaków. Rzucano im z okiem monety zawinięte w papierek. A z boczku stał wychodek dla wszystkich oraz przyzwoity śmietnik...

Teraz jest na tym podwórku obskurnie i wyjątkowo bezmyślnie. Nie do końca uprzątnięto trawniczek, nie wyrównano powierzchni, na której gnieżdżą się samochody, nie poprawiono paru schodków do klatki schodowej. Jako śmietnik służy maleńki pojemnik, a śmieci fruwają wokoło. Dlaczego? Bo ten teren nie należy już do wspólnoty mieszkańców, ale do pana wojewody mazowieckiego. Trzeba długo myśleć, żeby wymyślić podobny idiotyzm.

Wlazłam w psią kupę tkwiącą na środku chodnika; śmierdziałam w autobusie i na spotkaniu. Psom wolno załatwiać się wszędzie. Żadnych restrykcji.

Wszędzie też brak pojemników na makulaturę, szkło i plastyk. Ludzie wyrzucają wszystko razem do jednego kotła. I tak to trwa, i trwa.

***

Określenie "wykształciuchy" pojawiło się po raz pierwszy za sprawą ministra Ludwika Dorna. Powiedział szyderczo: "Kto tam ogląda ´Szkło kontaktoweª, tylko wykształciuchy". Co miał na myśli mówiąc "wykształciuchy"? Zapewne zgniłą inteligencką reakcję.

Wyjaśnię. "Szkło kontaktowe" jest popularną audycją telewizyjną. Skromną: dwie osoby, plus esemesy ukazujące się dołem ekranu, plus telefony od telewidzów. Powiedzieć "popularną" to mało. Jest po prostu niesamowicie popularna. Jest audycją o cienkim humorze, trafiającym w sedno. Choć na cel bierze polityków, nic w niej ordynarności cechującej naszych polityków. Uczyć się od "Szkła", panowie posłowie, uczyć się grzeczności!!! Nie muszę dodawać, że "Szkło" nadaje telewizja komercyjna. Publiczna nie pozwoliłaby sobie na taką bezczelność wobec władz. Nasza władza nie ma poczucia humoru za grosz. Chociaż ostatnio coś w tej sprawie drgnęło: pan prezydent powiedział, że lubi kaczki w każdej postaci, i prosił o dokarmianie kaczek...

"Szkło kontaktowe" nabrało takiego rozpędu, że drukuje się kubki i koszulki z jego logo. W jakimś sensie stało się symbolem dobrego smaku w dowcipnym wydaniu. Czyli tego, czego Polsce brak w życiu codziennym.

Gdyby tak ludzie zaczęli zachowywać się, jak w "Szkle kontaktowym", byłoby lepiej w Polsce. Syn zgasił jednak moje zapały: "Ilu ludzi ogląda w kraju twoje ´Szkiełkoª? Same ´wykształciuchyª, więc jakieś pięć procent narodu". Sądzę, że nie jest jednak tak źle. Niekoniecznie trzeba mieć dyplom uczelni, żeby umieć się śmiać, gdy jest z czego. Stawiam na humor, który przeniesie nas w wyższe rejony obyczajów.

À propos obyczajów. Zauważyłam, że obyczaj balów zastąpiły u nas wesela. Oprócz pałaców i restauracji pobudowano specjalne sale na wesela. Wesela na 100-180 osób. Weselnicy dają państwu młodym koperty z mamoną i koszt wesela-balu się zwraca. Bale, te dawne bale, zanikają, nawet w karnawale. Jeżeli się zdarzą, to są żałośnie drętwe. Dworski obyczaj - z szerokim gestem, z pięknymi ruchami - nie dotrwał do naszych czasów.

***

Zyta Gilowska wygrała proces lustracyjny i wróciła na stanowisko wicepremiera i ministra finansów. Sędzina określiła jej proces jako poszlakowy. Poszlakowy, ponieważ zginęła teczka oskarżonej. Gdyby teczka była, Gilowska by przegrała. A przegrałaby, ponieważ sędzina, jak czytamy w uzasadnieniu wyroku, dała wiarę zeznaniom świadków, czyli ubekom, a nie Gilowskiej. No, ale teczki nie było. Gilowską uratowała więc nieobecność teczki. Złożyła ponownie przysięgę przed prezydentem i z bukietami róż natychmiast zagłębiła się w czeluście gmachu ministerstwa finansów, główkując nad budżetem.

Zyta Gilowska była moim ulubionym politykiem. Dowcipna, kompetentna, z nieprawdopodobnym wdziękiem i łatwością riposty. Czekałam na jej pojawienie się w mediach. Aż do momentu. Aż do momentu, kiedy ku memu nieprawdopodobnemu zdziwieniu poddała się nepotyzmowi: wstawiła syna na pierwsze miejsce listy wyborczej do Sejmu. Tego się nie robi, moja pani, o nie! Straciłaś u mnie. Platforma Obywatelska usunęła ją ze swoich szeregów, i słusznie. A ona, jak gdyby nigdy nic, przeszła do PiS-u. Tego się podwójnie nie robi, moja pani, o nie! Straciłaś u mnie.

***

Pod strachem, bo to już wrzesień, udaliśmy się na tydzień do rozwalającej się willi (niegdyś pięknej) mojej przyjaciółki w Jastrzębiej Górze. Plaży w Jastrzębiej już nie ma. Zapadła się w morze. Ostrożnie stąpając po klifie, niegdyś ozdobionym krzewami pnącej róży; przyglądając się pionowo sterczącym wysoko w morze korzeniom drzew - smętnie medytuję nad tym, co się stało. Można było, ma się rozumieć, zabezpieczyć skarpę, ale się nie zabezpieczyło. Jakby u nas mogło być inaczej?!

Smętek rozpadu wynagrodziła mi droga na Wybrzeże. Droga, której nie znałam. I też dzięki zniszczeniu i bezprzykładnemu marudzeniu przy naprawie głównej szosy Warszawa - Gdynia via Warmia i Żuławy.

Postanowiliśmy nadrobić i jechać dalszą trasą. Poprzez Tucholę - Lębork. Czegoś tak pięknego, jak Bory Tucholskie, jak żyję, nie widziałam. Po prostu wstyd, że zobaczyłam je dopiero na starość, kiedy już na księżą oborę patrzę, jak mówi stare porzekadło. Śmignęliśmy te sto kilometrów jak w zapachu raju. Zapach drzew i krzewów był silniejszy od smrodu spalin. Jeżeli zdarzy mi się jeszcze wyjazd nad Bałtyk, to wyłącznie tą drogą i wyłącznie na Hel, na sam cypel.

Mój syn, który był nad morzem w lipcu, dwa razy dojeżdżał z rodziną pod Hel i dwa razy się nie dostał z powodu korków. We wrześniu wjeżdżało się na półwysep swobodnie. Na cyplu morze kipiało, ale tuż na prawo zatoka, jak za dotknięciem różdżki, uśmierzała wody. Nie chciało mi się z niej wychodzić (jestem morsem!).

Ale to, co podobało mi się na Helu najbardziej, to deptak pełen restauracyjek w przycupniętych kaszubskich domkach i najlepsza z nich Maszoperia. Maszoperia, czyli związek rybacki z 1820 roku. Restauracja wykwintna pod względem menu i obsługi. Wykwintna, ale nie sztywna, jak na przykład w warszawskich wyelegantowanych knajpach. Trudno mi opisać tak przychylny, kulturalny personel i nastrój. Ponad moje siły. Trzeba pojechać i zaznać.

Masę starszych ludzi chciałoby się wyprowadzić z zatrutej Warszawy. Gdybym miała pieniądze, osiedliłabym się na Helu. Aż tak daleko! Urzekł mnie. I ku memu zdziwieniu, mego nieruchawego męża też!

Nie wszystko więc w kraju widzę w czarnych kolorach, co zarzucają mi niektórzy czytelnicy.

***

Dochodzą mnie słuchy o mojej książce pod tytułem Moja teczka. Dwa przykłady: "Autorka to wstrętny babus, ale nie mogłem się oderwać od lektury". Drugi przykład: "To całe wyznanie to literacka fikcja. Wymysł autorski podany w pierwszej osobie".

Niestety, tak nie jest. Nie umiem wymyślać fikcji. Gdybym umiała, byłabym bogaczką, bo pisałabym powieść za powieścią. A ja tylko opisuję swoje zmartwienia.

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail