Przegląd Polski 27 października 2006
- Czy warto być kompozytorem? - Z Martą Ptaszyńską rozmawia Renata Pasternak-Mazur
- Rytmy Nowego Jorku. Wielkie żale w małych duszach - Grażyna Drabik
- Żabką przez Atlantyk- Marek Kusiba
RYTMY NOWEGO JORKU
Wielkie żale w małych duszach
Październik: zamieszanie kolorów. Przyśpieszenie tempa. Miasto w intensywnościach nowych wystaw, przeróżnych premier i festiwali. Wizyty gości z daleka i niespodziewane dalekie podróże. Przelotność pomieszanej codzienności.
Metropolitan Opera powitała jesień z imponującym rozmachem, składając podwójny ukłon w stronę Mozarta: powrócił na scenę Czarodziejski flet w atrakcyjnej inscenizacji Julie Taymor oraz dawno niewystawiany Idomeneo pod batutą Jamesa Levine'a w oprawie Jean-Pierre'a Ponnelle'a i reżyserii Davida Kneussa. Tradycyjna scenografia Ponnelle'a nadal dobrze się sprawdza: wielka maska Posejdona przypomina o jego groźnej wszechobecności, jak ciemna nuta w jasnym krajobrazie antycznego miasta na Krecie. Na scenie króluje jednak nie Posejdon, lecz Ben Heppner. Jego potężny tenor potrafi poruszyć nawet surowego boga, a w nas, wdzięcznych słuchaczach, wzbudza słuszny podziw (2 października, Lincoln Center).
Lecz uwaga mediów i bywalców opery zwrócona była przede wszystkim na nową inscenizację Madame Butterfly. Opera to pełna melodramatycznych przesad Pucciniego, dwuznaczna w wymowie libretta: pewny swego oficer amerykański, trochę z zachwytu dla odmienności, a trochę po prostu dlatego, że wszystko mu wolno, żeni się z młodziutką Japonką, nie traktując tego zbyt serio. Dziewczyna zachodzi w ciążę. Pinkerton z lekkim sercem porzuca matkę i syna, gdy przychodzi pora, by wrócić do Stanów Zjednoczonych, dom w Japonii pozostawiając za sobą jak kaprys, który się spełnił.
Premiera przyciągnęła uwagę, bo traktowana była jako rodzaj wizytówki nowego dyrektora Petera Gelba. W ramach jego planów przyciągnięcia do opery szerszej publiczności, Metropolitan Opera rozpoczęła już własny, regularny program radiowy (na Sirius Satellite Radio, kanał 85). W holu budynku otwarto galerię, by wystawiać prace w ten czy inny sposób nawiązujące do oper. Premiera Madame Butterfly była transmitowana na żywo, zbierając tłumy przed monitorami na Times Square. Jest przy tym wynikiem międzynarodowej współpracy z angielską oraz litewską Operą Narodową. Do Nowego Jorku przywędrowała z Londynu, z Nowego Jorku wędruje do Wilna.
Mówiąc nie o modnym wydarzeniu, lecz z punktu widzenia artystycznego, otrzymaliśmy spektakl przepiękny, a muzycznie rzecz co najmniej zadowalającą. Wyróżnia się ekspresją i krystalicznym tonem sopran z Chile, Cristina Gallardo-Domas w partii Cho-Cho-san. Bardzo atrakcyjnie wypadł baryton Dwayne Croft jako amerykański konsul, krytycznie nastawiony do nonszalanckiego Pinkertona. W starannie dobranym gronie znalazła się także młoda śpiewaczka z Polski, mezzosopran Edyta Kulczak, z darem jakby naturalnej na scenie elegancji. Sprawdziła się w niewielkiej, ale wymagającej partii Kate Pinkerton wyśmienicie, nadając jej dramatyczną siłę.
Z pewnością jednak najbardziej w bieżącej inscenizacji zachwyca strona wizualna. Na szczęście, pod kierunkiem Anthony'ego Minghelli oraz jego żony, choreografki Carolyn Choa, jest to piękno budowane mądrze, nie tylko ku sensacyjnym efektom. Minghella, znany z takich epickich filmów, jak The English Patient czy The Talented Mr. Ripley, tu przyjął skromne zadanie koordynatora. Nie proponuje bulwersujących nowych interpretacji, lecz z sukcesem wykorzystuje elementy japońskiego teatru kabuki oraz lalki w stylu bunraku.
Michael Levine przygotował przejrzystą scenografię: wielką pustą przestrzeń dzielą przesuwane parawany zdobione czystymi, geometrycznymi formami. Projektantka mody Han Feng zaproponowała bajeczną mozaikę czerwieni i złocistości. Jej kimona, wstęgi i wachlarze iskrzą się dzięki precyzyjnemu oświetleniu Petera Mumforda. Fajerwerki kolorów wybuchają na scenie i nad sceną - w ukośnie zawieszonym zwierciadle, które punktuje akcję mocnym echem. Jest to inscenizacja nadzwyczaj prosta, a jednocześnie zaskakująca wyszukaną grą kolorów i świateł (Metropolitan Opera, 17 października).
l l l
Ważnym jesiennym wydarzeniem co roku - w 2006 r. już po raz 44. - jest New York Film Festival w Lincoln Center, gdzie przez ponad dwa tygodnie odbywa się przegląd międzynarodowego kina. Ciekawe, że wśród nowości z Chin, Japonii i Korei Południowej, wśród hałaśliwych produkcji amerykańskich, wysmakowanych etiud francuskich oraz ciekawostek z Egiptu, Turcji i Mali, szczególnie mocno zajaśniał skromny, czarno-biały film sprzed 40 lat.
Świeżo odrestaurowana kopia Mafioso stała się pretekstem, by przypomnieć festiwalowej publiczności włoski klasyk Alberto Lattuady, z wyśmienitym Alberto Sordim i brazylijską aktorką Normą Bengali. Pretekst nieważny, ważne, że film został odzyskany i niedługo wejdzie na ekrany studyjnych kin. Lattuada opowiada tu historyjkę pewnych wakacji, krótkiej podróży w rodzinne strony inżyniera Antonio Badalamentiego, który po wielu latach pracy w fabryce na północy Włoch jedzie wreszcie na ukochaną Sycylię, by przedstawić rodzinie swoją żonę i córeczki, nacieszyć się zapachem morza w powietrzu, naśpiewać swojskich piosenek.
Opowieść jest prościutka i pełna humoru, lecz naznaczona ciężarem tragedii. Zawiera w sobie wszystko: paradoks sukcesu emigranta, który jest także jego porażką. Marzenie o powrocie do domu i niemożność takiego powrotu. Specyficzny klimat żelaznej pajęczyny uzależnień pod panowaniem mafii i dużo szerszy obraz zderzenia kultury wielkomiejskiej ze sztywnymi regułami małego miasteczka. Jest o miłości, która jednak nie uchroni cię od nieszczęścia. O biedzie, która zjada duszę. O dramacie sumienia.
Pulsuje prawdą życia mocniej niż najlepsze nowości (44 NYFF, 30 września, Alice Tully Hall).
l l l
Film, o którym najwięcej się mówi już od maja, od festiwalu w Cannes, oglądałam jednak nie w Alice Tully Hall, lecz w jednej z sal multipleksu przy ul. Puławskiej w Warszawie.
Nowy film Pedra Almodóvara Volver zaskoczył mnie swą operowo-sentymentalną tonacją. Zapomniałam widać o tych predylekcjach hiszpańskiego reżysera. Lecz Pénelope Cruz potrafi nawet melodramat uświetnić, a kiedy chropawym głosem zaczyna śpiewać starą balladę, wszystko jej można wybaczyć. Także reżyserowi, który z taką sympatią przedstawia losy trzech pokoleń kobiet, równie życzliwym okiem obserwując piękną Raimundę, jej córkę-podlotka, jak i twarz jej matki mocno naznaczoną czasem.
Należy się tu krótkie wyjaśnienie, skąd na Puławskiej: otóż moja mama, obdarzona solidnymi, przedwojennymi genami, obchodziła pod znakiem Wagi elegancko okrągłe urodziny (dość wspomnieć, że początki jej bytu sięgają czasów, gdy dopiero rodziła się II Rzeczpospolita, panienki chodziły na pensję w białych koronkowych kołnierzykach, a jej starszy brat był dumnym posiadaczem pierwszego w miasteczku roweru, co ogromnie zwiększało jego popularność). Rodzina rozsiana po świecie orzekła, że takie uroczystości obchodzi się wspólnie i zebraliśmy się wszyscy na Mokotowie, zwożąc z różnych stron świata sery i wina burgundzkie, torty orzechowe ("bez grama mąki", zapewniała kuzynka) i inne łakocie.
Jednego dnia świętowało się śpiewając Sto lat..., a także partyzanckie, harcerskie i inne archaiczne piosenki. Drugiego odwiedziło się bliskich na Powązkach - prześlicznych o każdej porze roku, a w październiku szczególnie pięknych w złocistościach brzóz, rudościach dębów i kasztanów odcinających się od ciemnej zieleni świerków. Następnego dnia powzdychałam do Pénelope Cruz na ekranie, pospacerowałam po Łazienkach, a wieczorem zajrzałam z zawodowego nawyku do Teatru Współczesnego, gdzie można podziwiać Wojciecha Pszoniaka w precyzyjnie dopracowanym, choć ciut nudnawym przedstawieniu Wasza ekscelencjo na podstawie opowiadania Fiodora Dostojewskiego.
I już trzeba było wracać - w przepełnionym samolocie kołyszącym się nad Atlantykiem, z kasztanami w kieszeni.
l l l
A tytuł? Czyżby to przytyk do duszyczki osiadłej w dolinach jesiennych melancholii? Żadnych takich górnolotności. Ot, słowa Pucciniego, który tak właśnie określił swą muzyczną opowieść o wzlotach serca i zdradach.
I ładna klamra spinająca dwa kontynenty, październik i jego skomplikowane rytmy.
