Przegląd Polski 3 listopada 2006
- Kartki ze skażonej strefy - Ewa Berberyusz
- Przygody kobiety niepokornej - Aneta D. Jadowska
- Żabką przez Atlantyk- Marek Kusiba
Kartki ze skażonej strefy
Plucha. Wraz z nią pogłębiła się moja depresja. Trzeba więc pisać. Jako
ratunek. Gdy złociła się jesień, był pretekst, żeby tego nie robić.
Szwendałam się z wnukami po Łazienkach, fundując im lody, a sobie -
nadspodziewanie pyszne espresso w papierowym kubku. Szliśmy na skos
przez trawę nad staw pod Belwederem, karmiąc po drodze orzeszkami laskowymi
i pestkami słonecznika wiewiórki, pawie i pawianki (tak wnuczka ochrzciła
żony pawi) oraz sikorki, które brały z ręki. Na jednym ramieniu trzymałam
lniany woreczek z karmą, na drugim - spray przeciwko osom, które latoś
ogromnie obrodziły. W torbie mieliśmy jeszcze suche pieczywo dla kaczek
i karpi-olbrzymów. Rozrywaliśmy bułki i rzucaliśmy je z mostku. Woda
furczała od walki. Nie muszę dodawać, że zawsze zwyciężały karpie. Nie
darmo zwane królewskimi. Ich wielkie rozwarte ryjki potrafiły jednym
mlaśnięciem wchłonąć całą kajzerkę. Zmęczeni - odpoczywaliśmy. Ja na
ławce, dzieci - w kryjówce, czyli we wgłębieniach korzeni wielkich drzew,
rozsnutych szeroko po ziemi jak poskręcane ramiona starców.
Kilka godzin takiego brodzenia po zeschłych liściach dębów, klonów, jesionów i buków przywracało mi czysty oddech. Wyraźnie czułam, jak mogę zaczerpnąć powietrze pełną gębą, czego normalnie wzbrania mi moja rozedma płuc.
Warszawskie Łazienki są moją małą ojczyzną od urodzenia i stały się nią na starość. W czasie okupacji hitlerowskiej wstęp do Łazienek był zakazany. W czasach PRL-u wolno było chodzić, ale jeżeli nawet chodziłam, to przestałam umieć je smakować. Był to okres zamurowany dla ludzkich uczuć, przynajmniej dla moich. Teraz, na starość, czytam urok Łazienek jak dziecko. Chodzę do nich jak do biblioteki życia. Nierzadko z lekturą, zmieniając ławki w zależności od konfiguracji słońca. Unikam miejsc ruchliwych, wybieram zakamarki, których - nawet w dobie natłoku wycieczek - jest wiele.
Chciałabym, żeby moje wnuki uzależniły się od Łazienek tak jak ja. Już teraz znają większość pomników i zżymają się, gdy ich odpytuję. Gabriela: - No, babcia, przecież wiem, że to, co ma Piotr Wysocki na głowie, to czako. A Bem to generał węgierski, a Satyr to półczłowiek, półbydlę. Przestań sprawdzać...
No i skończyło się. I sprawdzanie, i łazęgi. Burość na dworze zamknęła nas w domach, w grypach, kaszlach, polityce, polityce... W Edwardach Mazurach, Giertychach, małpoludach, szafach pułkowników Lesiaków, Renatach Beger, nagraniach, podsłuchaniach, słowem, w całej tej podejrzliwości bez granic, czym zajmują się najwyższe władze - na długie dziewięć miesięcy. Tak to obliczam.
***
Zostałam zaproszona na spotkanie autorskie do Elbląga przez tamtejszą Bibliotekę Publiczną. Wahałam się, bo Elbląg nie ma bezpośredniego połączenia, trzeba się przesiadać w Malborku, ale w sukurs przyszedł mąż, bo z ochotą zgodził się zawieźć mnie autem (jedyna praca, którą naprawdę lubi) - więc przystałam. I nie pożałowałam.
To, co zobaczyłam w tym mieście, a zwłaszcza w bibliotece, przeszło wszelkie moje oczekiwania.
Elbląg miałam w pamięci z czasów, kiedy ze śp. Wandą Falkowską byłyśmy jako obserwatorki na procesie młodziutkich opozycjonistów. Pomijając opis tego ponurego wydarzenia, które nie powinno nazywać się procesem, ponieważ było jednym wielkim skandalem sądowym prowadzonym przez pijanych prokuratorów i sędziów; było relacją ze "ścieżek zdrowia", pobić i dręczeń. Jedynym jasnym punktem był obrońca, przedwcześnie zmarły adwokat Jerzy Woźniak, który punktował łgarstwa oskarżycieli. Wspaniały człowiek i oddany bez reszty obrońca. Jego pogrzeb (bronił, już będąc ciężko chorym) zbiegł się z pogrzebem księdza Jerzego Popiełuszki, który przesłonił wtedy wszystko.
Otóż miałam w pamięci Elbląg z tamtego czasu. Rozwalające się miasto o nieokreślonym charakterze, dogorywające, bez perspektyw. Bo Zamech (zakłady mechaniczne) zatrudniał wielu, ale płacił grosze.
Teraz, w roku 2006 zobaczyłam miasto hanzeatyckie o charakterystycznych cechach; wąskie, pnące się ku górze jak wieżyce domy, czyste, uprzątnięte, z restauracyjkami i kawiarniami - ale martwe. Brak rejwachu miasta rybackiego. Mierzeja Wiślana nie prowadzi na otwarte morze, bo Rosjanie zamknęli Cieśninę Pilawską dla ruchu polskich kutrów. Koniec. Żal.
Ale najbardziej zrobiło mi się żal biblioteki. Z zupełnie innych względów. Rozbudowanej w przepięknym stylu zaprojektowanym przez najlepszych architektów i plastyków. Biblioteki zaopatrzonej w najnowszy sprzęt elektroniczny, w pokoje gościnne równe hotelom pięciogwiazdkowym. Kto dał na to wszystko? Unia Europejska.
Zwiedzając obiekt, zdałam sobie sprawę, jakie zasoby czekają nas do wzięcia w Unii. Ile moglibyśmy zyskać. Ale na ogół nie bierzemy. Nie umiemy. Nie potrafimy przedstawić pomysłu. Prasa wciąż przypomina o możliwościach i zaraz potem - o ich zaprzepaszczeniach.
No, ale Biblioteka Publiczna w Elblągu jest. Wzięła z Unii, co trzeba.
Moje spotkanie polegało na pewnym nieporozumieniu, ale spieszę dodać, że i tak było bardzo miłe. Otóż byłam przekonana, że zaproszono mnie w związku z moją niedawno wydaną książką pod tytułem Moja teczka. Otóż nic podobnego! Zaproszono mnie w związku z Rokiem Jerzego Giedroycia. Zostałam mianowana honorowym członkiem tego wydarzenia, więc...
Nic złego się nie stało. O swoim mistrzu mogę bowiem bez końca. Tym bardziej że dopiero co pisałam na ten temat na zamówienie krakowskiego Tygodnika Powszechnego. Tomek Fiałkowski, w Tygodniku kierujący niezwykle ciekawym działem o książkach, robił wkładkę o Księciu z Maisons-Laffitte. Mnie, autorce reportażowej książki Książę z Maisons-Laffitte (dwa wydania), zasugerował, żebym napisała o lafickim domu od środka. - Nie bój się powtórzeń - powiedział - przecież wchodzi w życie pokolenie, które książek sprzed dziesięciu laty nie czytało.
Na spotkaniu w Elblągu miałam więc świeżo w pamięci dopiero co napisany tekst pod tytułem "Lafit od środka". Pochwalę się: Piotr Wojciechowski mówi, że przedstawił go swoim studentom z łódzkiej filmówki jako wzór reportażu nadający się pod scenariusz. Dość samochwalstwa!
Mankamentem spotkania w Elblągu była frekwencja. Podobno zawiodły wyższe klasy liceum, które miała przyprowadzić polonistka. Niestety, poszła nagle do szpitala, więc uczniowie uznali, że trafia im się wolne. Banalne, ale smutne.
Na koniec nie wytrzymałam i zadałam zebranym pytanie, czy ktoś zna Moją teczkę. Okazało się, że ktoś z personelu gdzieś ją w Gdańsku kupił. Nie wiem, czy w elbląskim empiku, gdzie powinna być, jest, ponieważ empik zamknięty. Podobnie Salon Książki.
Ale dlaczego nie ma jej w Bibliotece Publicznej? Mają pieniądze, dlaczego nie zakupili? Tyle się mówi, że czytelnictwo zanika. Zanika. Że młodzi nie garną się do książek. Nie garną. Ale ile w tym winy fatalnej dystrybucji?
***
Została mi z czasów uprawiania intensywnego dziennikarstwa ciekawość ludzi. Wszystkich, jak leci. W tramwajach, na ulicy, na ławkach w parku, w nieprzesłoniętych firankami (coraz częściej!) oknach mieszkań. Podpatruję ich w kawiarniach, piwiarniach i knajpkach, których coraz więcej. Gdyby mnie było stać, tylko tam bym się stołowała. Wyparowały ze mnie wszelkie pasje kulinarne, którym się niegdyś oddawałam. A miałam takie swoje popisowe dania.
Gdy od czasu do czasu idziemy z mężem coś przekąsić "na mieście", radość obserwacji psuje jego ponura mina. Bo ceny! Ceny takie, że włosy z głowy rwać.
Rozejrzawszy się po sali czy ogródku, konstatuję, że jesteśmy najstarszymi ludźmi w tym miejscu, co nie poprawia nastroju. Nawet gdybyśmy byli bogaci, dla nas pozostawałyby drogie kurorty rehabilitacyjne, baseny, spacery wśród kwiatów. Straszne nudy.
Wszystkie billboardy, którymi do nieprzyzwoitości obwieszona jest Warszawa, wszystkie reklamy: piwa, ubrań, bielizny, proszków do prania, past do zębów, komputerów, nawet kremów na zmarszczki - pokazują ludzi młodych, dziarskich. To dla nich te dobra, te towary, te życiowe propozycje.
A podobno staruchów przybywa. Jakoś nie chcą umierać i nawet nie głupieją. Ale znaleźli się poza nurtem. Mężczyźni coraz bardziej zgorzkniali - a czym jest zgorzknienie? Smutkiem zaprawionym agresją. Więc im bardziej zgorzkniali, tym gorliwiej oglądają mecze piłki nożnej, choćby czwartej ligi, do końca, do upadu, aż wreszcie chrapną sobie przy telewizorze. A kobiety oddają się życiu z drugiej ręki oglądając seriale telewizyjne. Urządzają nie własne życie, ale życie bohaterów z małego ekranu. Gniewają się na nich, chwalą, ganią, podpowiadają rozwiązania. Byle nie zahaczyć o siebie.
Ci na wyższym poziomie intelektualnym - politykują. Gromią. Zamartwiają się i gorszą tym, jak Polska jest rządzona. Na towarzyski użytek przeprowadzają analizy, podchwytują śmiesznostki rządzących. Przeważnie niezwykle wnikliwie. Kaczyńskich ogół nie lubi. Bo bez skrupułów, bo rządzą zemstą. Ale cóż z tego, skoro sprytniejsi od Platformy Obywatelskiej, która w decydującym momencie kryzysu w PiS-ie w związku z nagraniem Renaty Beger, kompromitującym ich ministra, zagapiła się i nie zawiązała z Samoobroną umowy o konstruktywnym wotum nieufności wobec rządu. No i przegrała okazję na natychmiastowe nowe wybory.
Czy tak być musi? Ludzie, opamiętajcie się. Działajcie!
Warszawa, 27 października 2006 r.
