Przegląd Polski 10 listopada 2006

Natchniony profesjonalista

W 60. urodziny Stanisława Barańczaka

PIOTR ŚLIWIŃSKI

Talent nie jest może czymś aż tak rzadkim, jak się niekiedy uważa, jednak połączenie wielkiego talentu z tytaniczną pracowitością i niezwykle poważnym traktowaniem swojej pracy to już jest rzadkość, skarb prawdziwy! Kiedy więc myślę o Stanisławie Barańczaku, na myśl przychodzą mi określenia z zakresu jubilerstwa. Tym bardziej że i jemu kunszt, precyzja, artyzm ujęty w ścisłe prawidła, ale przecież także twórcze ryzyko i towarzysząca mu odpowiedzialność, zdają się czymś wyjątkowo cennym.

"Jak to, ja pod krawatem, kiedy on pod muchą"

W rzeczywistości polskiej kultury, nacechowanej przez bolesny kompleks wyższości, przesiąkniętej dumą z własnych tradycji i zarazem lękiem o przyszłość, gdzie poczucie misji wobec świata miesza się z ciągle odnawianym pragnieniem odnalezienia się gdzie indziej, w jakimś świecie osobnym, niestycznym z otaczającym żywiołem prostactwa, Barańczak był i pozostał uosobieniem niezwykłej prostolinijnej siły. Umiał powiązać swoje oddanie wysokiej sztuce z oddaniem temu, co po ludzku zwyczajne.

Kiedy się czyta dzisiaj Tryptyk z betonu, zmęczenia i śniegu (1980 r.), w nim zaś wiersze kolejkowe, relacje z życia w gierkowskich blokowiskach, sprawozdania z "rzeczywistochy", jakby powiedział Miron Białoszewski, to ta jego podwójna przynależność, do królestwa poezji i sfery codziennej egzystencji, rysuje się we wzruszającym świetle. Pomysłowość utworów, ich poetycka samoświadomość, kompozycyjny rygoryzm i konsekwencja nie zmieniają się bowiem ani w oschły perfekcjonizm, ani w histeryczny niesmak, ani w skargę, ani w publicystykę. O to ostatnie, o uleganie skłonnościom agitatorskim, bywał poeta oskarżany, to jednak chyba tylko dlatego właśnie, że w Polsce typ postawy, jaką reprezentował, był prawie nieznany.

Jak ją określić? Etosem Settembriniego? Przypomnijmy, że Barańczak wskazał na tego bohatera Czarodziejskiej góry Tomasza Manna jako na patrona poezji, której sprzyjał - krytycznej wobec ogólnie przyjętych prawd, nieuległej autorytetom spreparowanym przez władzę, nieufnej wobec narzuconego porządku, skłaniającej do samodzielnego myślenia. Settembrini byłby więc w jego oczach rzecznikiem wolności opartej na zasadzie pierwszeństwa jednostki przed zbiorowością i jakimkolwiek systemem, twórczej i nienaiwnej swobody wyboru.

Z Settembrinim kojarzy Barańczaka również czynnik entuzjazmu, obecny w jego twórczości - czym, jeśli nie entuzjazmem, wytłumaczyć bowiem charakterystyczny dla niego zapał do składania wersów, kalamburów, paradoksów, tropienia śmieszności w krainie ponuraków, potykania się z jawnym i skrytym głupstwem? Barańczak sprawiał wrażenie, jakby nie imało się go zwątpienie w sens spisywania pomysłów i myśli, jakby cała jego wiedza o kryzysie i słabościach kultury XX-wiecznej, wyjałowionej przez autorytaryzm, skompromitowanej przez zbrodnię, od której nie zdołała ocalić milionów, nie wystarczała do tego, by wyczerpać zapasy jego pisarskiej euforii.

"W którym momencie zszedłem, nieuleczalny prymus, na tę złą drogę?"

Więc Barańczak jest z Settembriniego, ale czy tylko z niego? Czy nie pomieszkuje w nim również kawałek Naphty? Coś surowego, krztyna nieustępliwości? Jakiś nakaz? Jakiś zakaz? Byłby to ów czynnik budzącego podziw uporu, odwagi cywilnej, którą wykazywał w latach 70. minionego wieku, kiedy z narażeniem swego losu i losu swoich bliskich sprzeciwiał się wszechmocnemu ustrojowi, ale także temperament, który nie zezwalał mu milczeć w sprawach literackich. Czytelnik "książek najgorszych" bywał bezlitosnym szydercą; recenzent Kazimiery Iłłakowiczówny, Ernesta Brylla, a także swych niewiele starszych kolegów, wodzących rej w młodoliterackim getcie lat 60., nie zwykł tłumić swej abominacji. Akademik, domator, lubiący - jak wspominają jego poznańscy przyjaciele - domowe, rodzinne ciepło, przeobrażał się w straszliwego polemistę, nieuznającego pardonu, pozbawionego względu na zasługi czy koneksje. Ile go to kosztowało, trudno powiedzieć. Czytając po latach Nieufnych i zadufanych (1971 r.) odnosiłem wrażenie, że jego riposty bywały za ostre, zbyt jednoznaczne, czasami - na przykład podczas lektury miażdżącej recenzji antologii poezji amerykańskiej, przygotowanej przez Grzegorza Musiała - że posunął się za daleko, jednak nigdy nie przyszło mi do głowy, że te ataki są na niby, dla zabawy, popisu, a tym bardziej z powodu osobistych uprzedzeń.

Barańczak od początku miał wygórowany pogląd o poziomie, na jakim powinna się odbywać praca myśli i pióra. Jeśli poziom, to i miara. Podstawowym kryterium, jakim się kierował, był możliwie najbardziej wiarygodny sojusz rozumu i przyzwoitości. W jego oczach nie sposób mieć się za rozumnego, jeśli nie jest się przyzwoitym - i na odwrót, sama przyzwoitość do zbawienia nie wystarczy.

Ta zasada dobrze tłumaczyła również jego poezję. Świetną formułę, którą posłużył się w tytule książki z 1979 r. - Etyka i poetyka - w następnych latach wielokrotnie przeinaczano, powołując się na nią jako na rzekome wezwanie do podporządkowania kwestii estetycznych kwestiom moralnym. Gdy w Polsce panował stan wojenny, trudno dziwić się takiemu, redukującemu jego sens właściwy, interpretowaniu posłannictwa literatury. Potrzebowaliśmy wsparcia, chcieliśmy wiedzieć, że jest nas wielu, z przejęciem czytaliśmy słabe wiersze, gdyż stanęły po właściwej stronie. Dandyzm, parnasizm lub zaledwie wyznawanie pierwszeństwa sztuki nie były w modzie. Lecz Barańczakowi nie chodziło przecież o to, by "być w modzie". Jego utwory z tamtego okresu wcale nie są proste, pogląd zaś, że nie da się niczego osiągnąć marnym, choćby i słusznym wierszem, ani na chwilę nie przestał go obowiązywać. Z czasem, w Atlantydzie (1986 r.) i Widokówce z tego świata (1988 r.) oraz w latach 90., doświadczenie, które rejestrował w swych wierszach, nabierało coraz wyrazistszych znamion indywidualnego rozrachunku z własnym życiem, a także z Bogiem i historią jako twórcami i równocześnie odniesieniem ludzkiej tożsamości.

Barańczak, poeta niesprowadzalny do romantycznej tradycji, kreującej poetę buntownika, był i pozostał suwerenny.

"Skąd ten chorobliwy przymus, żeby udawać zdrowie?"

Suwerenny, ale czy szczęśliwy, spełniony?
Wersy, którymi przeplatam te uwagi, pochodzą z Cnót drobnomieszczańskich, utworu często cytowanego, obrosłego przy tym różnymi nieporozumieniami. Poeta daje w nim znak, po swojemu niejasny, prawie niezrozumiały, lecz mimo to inspirujący do zastanowienia się, czego o nim nie wiemy.

Nie wiemy, skąd się - taki - wziął. Jego własne symbole, także i te, które zaczerpnął z wielkiej powieści Tomasza Manna, nie wystarczą, by na to pytanie odpowiedzieć. Jest jednym z nielicznych, wyjątkowym w polskiej literaturze - NATCHNIONYM PROFESJONALISTĄ.

Czego nie chce powiedzieć? Przede wszystkim tego, czego powiedzieć nie umie bez zażenowania, na co nie ma słów, bo zostały zużyte.

Czego wymówić nie potrafi? Tego, co leży na terytorium strzeżonym przez dyskrecję: "och, gdybym tak zdradził, co wiem; / gdybym chciał wam powiedzieć to wszystko, o czym milczę" - komentuje autoironicznie poeta.

***

Barańczak-poeta nie ma teraz w Polsce zbyt wielu wyznawców i naśladowców. Jego awangardowa teoria poezji jako mnogości znaczeń tłoczących się w wąskim przejściu (zainteresowanych odsyłam do Tablicy z Macondo) nie znajduje większego oddźwięku. Obecnie myśli się o wierszu inaczej.

Jego krytyka bywa niesłyszalna. W dopiero co toczącej się na łamach warszawskiego Dziennika dyskusji na temat współczesnej krytyki bez przerwy powoływano się na Andrzeja Kijowskiego czy Tomasza Burka, a na niego nie.

Tłumaczenia są w cenie.

Rozum w parze z przyzwoitością nie jest w cenie. I dlatego właśnie Barańczak jest - bezcenny.

Prof. Piotr Śliwiński jest badaczem polskiej poezji współczesnej i krytykiem. Pracuje w Instytucie Filologii Polskiej Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Autor wielu książek krytycznoliterackich (m.in. Przygody z wolnością. Uwagi o poezji współczesnej), współautor Literatury polskiej XX wieku, Literatury polskiej 1976-1998 i Poezji polskiej po 1968 roku.

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail