Przegląd Polski 17 listopada 2006
- Opera jest kameleonem - Z Mariuszem Trelińskim rozmawia Andrzej Zwaniecki
- Złote gody "The Polish Review" - Krystyna S. Olszer
- Żabką przez Atlantyk- Marek Kusiba
Żabką przez Atlantyk
Towarzysz Radebergeruk
Z pięknego miasta Białegostoku dotarły do mnie dwie radosne wiadomości: zaproszenie na konferencję o miejscu drugiej emigracji niepodległościowej na mapie kultury oraz program wyborczy pana Krzysztofa Kononowicza, który ubiegał się o fotel prezydenta miasta (dawniej: burmistrza). Informacja o konferencji ukazała się już na łamach Przeglądu Polskiego, ale dodam do niej przyczynek jak najbardziej osobisty. Otóż obrady odbywać się będą w Instytucie Filologii Polskiej Uniwersytetu w Białymstoku, który to Instytut za obecnej niepodległości ulokowano w dawnym budynku komitetu wojewódzkiego partii.
Piszę o tym mało istotnym fakcie dlatego, że po wyłuskaniu z zaproszenia informacji o tej lokalizacji spłynął na mnie ożywczy, niczym piwo o nazwie Radeberger, deszcz przypomnień. Przypomniałem sobie mianowicie, że bywałem w owym komitecie z kolegami z redakcji, mieszczącej się o rzut kamieniem, w celu konsumowania w komitetowym barku bardzo wtedy luksusowego i niedostępnego w całym mieście niemieckiego piwa Radeberger. W drzwiach szacownej placówki stał cieć, zadający zawsze to samo pytanie: do kogo? Odpowiadaliśmy: do towarzysza Radebergeruka i schodziliśmy dumnie po marmurowych schodach do stołówki pełnej budowniczych socjalizmu, konsumujących z lubością złocisty produkt.
Kiedyś zaproszono całą naszą redakcję miesięcznika reporterów Kontrasty na rozmowę bynajmniej nie przy piwie. Towarzysze urządzili zespołowi lustrację. Był rok 1979 i nic nie zapowiadało jeszcze Solidarności ani wolności i mającej wraz z nią nadejść nocy długich noży, zwanych pieszczotliwie ustawą lustracyjną. A myśmy już takowej wtedy dostąpili, z czego jestem dumny, jak i z tego, że w wyniku następujących po tej naszej lustracji wydarzeń znalazłem się poza Polską i poza możliwością ponownego przechodzenia przez podobny magiel.
Dzisiaj to może wydawać się śmiesznym epizodem, ale tam wtedy toczyliśmy prawdziwą batalię o wartości, o teksty, o pismo - no i o własną skórę. Oczywiście przegraliśmy. Wychodząc, kupiliśmy w komitetowym barku po piwie Pilsner-Radeberger i poszliśmy do redakcji, gdzie odbyła się kolejna rozmowa, tym razem pożegnalna. Redaktor naczelny Klemens Krzyżagórski zadał nam jedno pytanie: bijemy się dalej czy odchodzimy? Walczyć już nie było o co, komuniści rozsierdzani reportażami odsłaniającymi totalną alienację władzy od społeczeństwa postanowili wymienić w większości bezpartyjny, a przez to mało ideowy zespół. Odeszliśmy. I odeszła nam też ochota na piwo Radeberger.
Pani dr Violetta Wejs-Milewska nie mogła się spodziewać, że zapraszając mnie na tę konferencję spowoduje, że moje kółko losu wreszcie się zamknie. Wrócę do budynku niegdysiejszego komitetu, w którym zadecydowały się moje losy. Dla ścisłości dodam, że dwa lata później, na początku stanu wojennego, zganiano do tegoż komitetu dziennikarzy na tzw. rozmowy weryfikacyjne. Do stanu wojennego pracowałem w Gazecie Współczesnej, pisząc relacje ze strajków i zjazdu Solidarności w Oliwie. Ani mi się śniło tam iść, wyrok już przecież zapadł 13 grudnia i te rozmowy były tylko pretekstem do dołożenia niepokornym dziennikarzom przed niechybnym wywaleniem ich na bruk.
Kółko się zatem zamknęło i w maju przyszłego roku wrócę do pomieszczeń dawnego komitetu, gdzie po komunie zostały tylko nieliczne pamiątki na ścianach, wrócę i będę mógł opowiedzieć współczesnym użytkownikom tych sal o ich niegdysiejszym przeznaczeniu - do tłamszenia wolności słowa na przykład. Mam jednak poważnego konkurenta, który cały sens mojego powrotu kładzie na łopatki. Nazywa się niewinnie Krzysztof Kononowicz, był kandydatem na prezydenta miasta, i jak jego popularność będzie tak szybko rosła - jest już gwiazdą YouTube, pisze o nim prasa, pokazuje go telewizja - choć nie został prezydentem miasta Białegostoku, może zostać prezydentem Polski. No i wtedy zrobi nareszcie porządek, o jakim się nie śniło nawet braciom Kaczyńskim, wprowadzającym lustrację. Program pana Krzysia był prosty, a przez to atrakcyjny. Mówił wyborcom, że zlikwiduje "bandyctwo i biurokractwo", alkohol i papierosy, no i w ogóle wszystko zlikwiduje, a młodzieży nie wolno będzie wychodzić na ulice po godzinie 20 i rabować oraz mordować staruszków.
Program pana Krzysia godzi bezpośrednio w moje interesy, a tym samym interesy konferencji o emigracji. Pragnę całym sercem ukrócenia w Polsce bandyctwa i biurokractwa (biurokradztwa?), ale nie pojadę tam przecież, by nie móc w dawnym komitetowym barku wypić złocistego radebergera czy chociażby żywca i nie zapalić smakowitego sporta czy giewonta. A jeśli młodzież studencka i szkolna dziatwa po dwudziestej zabierana będzie siłą do domów opiekuńczych, skąd mają ją następnie odbierać rodzice, to z kim będę dyskutował o urokach emigracji - do której w Białymstoku szykują się dziś kolejne zastępy młodych ludzi, zachwyconych urokami demokracji, wyłożonej im w programie wyborczym pana Krzysia.
