Przegląd Polski 24 listopada 2006
- Film robi się z nadzieja i miłością - Z Agnieszką Holland o jej najnowszym filmie "Copying Beethoven" rozmawia Hanna Kosińska-Hartowicz
- Rytmy Nowego Jorku - Grażyna Drabik
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
Film robi się z nadzieją i miłością
Z Agnieszką Holland o jej najnowszym filmie "Copying Beethoven" rozmawia Hanna Kosińska-Hartowicz
Na
planie Copying Beethoven dyrygentem była Agnieszka Holland...
Czy przyjęcie filmu w Nowym Jorku ma wpływ na dalsze jego losy?
Pokazywałam już ten film w paru miejscach. W Toronto była pierwsza publiczna projekcja, pokazany był na festiwalu w San Sebastian, a potem wszedł na ekrany w Hiszpanii, był na festiwalu w Hajfie i był w Japonii, odbyło się też parę tzw. wewnętrznych projekcji w Stanach Zjednoczonych. Mam już takie poczucie, jakbym wiedziała, jaki będzie odbiór tego filmu.
Kręcąc film nigdy się przecież nie wie, jak publiczność go przyjmie...
Tak, robi się film z nadzieją i miłością, a potem - albo "złapie" kontakt z widzami, albo nie...
"Copying Beethoven" działa bardzo mocno. Emocjonalnie.
To jest ciekawe, zauważyłam, że im większa widownia, tym lepiej ten film działa. Na pierwszej projekcji było 300 osób, potem 600, ale najsilniejszy był odbiór w Hajfie. Na sali było chyba z 1200 osób i czułam taką niebywałą, kumulującą się zbiorową emocję. Żydzi są oczywiście muzykalni, i to też była jakaś wartość dodana, ale rzeczywiście on działa. Pomyślałam sobie wtedy, że cokolwiek się stanie, czy będzie miał powodzenie, czy nie, to wiem, że film jest dobry. I mam nadzieję, że trafi do ludzi; bo dystrybutorzy są różni.
Sukces filmu zależy od dystrybutorów?
Dystrybucja wymaga trochę pracy i wyobraźni od tych, którzy się nią zajmują. A amerykańscy dystrybutorzy niekoniecznie są najbardziej zmotywowani... To trochę paradoksalne, bo jak człowiek zrobi film, który ewidentnie nie trafia do ludzi, jak jest "głuchy" kontakt i film nie ma powodzenia, no to trudno. A to, że jest "głucho", czujesz już na pierwszej projekcji.
Natomiast jak wiesz, że film ma wielki potencjał, a nie ma powodzenia, bo ktoś zawalił robotę, jest oczywiście przykro. Chcesz krzyknąć: ruszcie się, ja zrobiłam swoje, teraz wy się ruszcie!
"Copying Beethoven" oglądałam na specjalnym pokazie dla kilku osób, więc nie mogłam odczuć zbiorowego uniesienia, ale uważam, że to jeden z najlepszych Twoich filmów. Ma wielką siłę i wierzę, że przebije się nawet przy lichej promocji.
Dla mnie to zupełnie nowy rodzaj filmu, bo głównym bohaterem jest muzyka. Niewiele jest takich filmów.
Parę było...
Jakie?
Na przykład "Amadeusz" Miloa Formana.
W Amadeuszu głównym tematem nie była muzyka, a Salieri i jego konflikt z Mozartem. Muzyka była tylko ilustracją.
Była tam też niemal kryminalna historia.
W moim filmie takiej nie ma. Jest rozwój więzi Beethovena z jego kopistką, która jest zresztą postacią fikcyjną, a właściwie została skompilowana z kilku prawdziwych postaci. Bo nie istniała Anna Holtz. Nie ma ani romansu, ani zbrodni, ani niczego takiego. Wszystko to, co się między nimi dzieje, obraca się wokół muzyki. Muzyka zajmuje najwięcej miejsca i w dialogach, i w akcji.
Wypełnia cały film, co jest ryzykowne. Nie było jeszcze chyba nigdy na ekranie "IX symfonii" w tak wielkim fragmencie.
W środku filmu jest premierowe wykonanie tej symfonii. Premiera światowa, którą dyryguje Beethoven. Zmontowaliśmy 14 minut, co mnie się wydawało za krótko, a producentom, oczywiście, za długo. Ale wiedziałam, że jeżeli to się uda i ta sekwencja "zagra", to mam klucz do całego filmu i potem mogę wziąć widzów w podróż po muzyce, którą kocham najbardziej, a która jest najtrudniejsza: mówię o jego ostatnich kwartetach smyczkowych.
Zrealizowanie tej sceny musiało być bardzo trudne.
Wymyślenie jej było trudne, to znaczy konceptualizacja, natomiast samo nakręcenie już nie tak bardzo.
Ed Harris sprawia wrażenie, że naprawdę umie dyrygować.
Bo umie. Nauczył się dyrygować w 10 miesięcy. Zresztą Diana Kruger też, z tym że ona nie dyrygowała orkiestrą, tylko dawała tempo, co jest prostsze, ale też wymaga dużego przygotowania. Harris nawet nie korzystał z partytury, znał ją na pamięć. A muzycy zagrali jak anioły...
Dla potrzeb filmu grali pod playback bardzo pięknego nagrania Bernarda Haitinka z orkiestrą amsterdamską i z chórem, ale od czasu do czasu zatrzymywaliśmy playback i oni grali dalej pod dyrekcją Eda Harrisa...
To była prowincjonalna orkiestra z niewielkiego węgierskiego miasta Kecskeméti. Przygotowywali się i ćwiczyli do tego playbacku, ale w momencie kiedy Ed stanął przed nimi i zaczął dyrygować, wpadli w taki zachwyt, że pracowali bez mrugnięcia okiem po 14 godzin dziennie przez trzy dni, a nie są do tego przyzwyczajeni, nigdy tak nie pracowali. Baliśmy się, że nie wytrzymają, ale byli w takim uniesieniu, że ich prawdziwy dyrygent zaczął być zazdrosny. Bo nagle okazało się, że przychodzi hollywoodzki aktor i tak dyryguje, że oni grają jak nigdy nie grali...
Ale jak została sfilmowana ta scena?
Wszyscy byli tak dobrze przygotowani - orkiestra, chór, Ed i Diana - że nie musieliśmy nic powtarzać z ich powodu. A sam koncert opracowałyśmy z Kasią, moją córką (Kasia Adamik była drugim reżyserem przy tym filmie - przyp. H H. ) bardzo dokładnie, jeszcze zanim zaczęły się zdjęcia. W scenariuszu było powiedziane, że Anna Holtz pomaga Beethovenowi, dając mu tempo zza kulis, a ja wymyśliłam, żeby ją wsadzić w zapadnię na scenie. Myślę, że to był pomysł, który zorganizował wszystko.
Kasia tę scenę rozrysowała bardzo dokładnie i wprowadziła do komputera, a Piotr Kamiński, montażysta, świetny specjalista, który był moim konsultantem, zmontował ten fragment muzyki i wprowadził do komputera. Kasia dokonała animacji i zobaczyłyśmy, że to może zadziałać. Zmontowaliśmy IX symfonię! Chciałam to tak zrobić, żeby widz miał wrażenie, że wysłuchał całej symfonii, choć wysłuchał tylko fragmentów. I co ważniejsze, żeby miał wrażenie, że wysłuchał jej po raz pierwszy. Mimo że ludzie znają tę muzykę choćby dlatego, że Oda do radości jest teraz hymnem Unii Europejskiej.
Na zdjęcia mieliśmy bardzo mało czasu, musieliśmy nakręcić 600 ujęć w 3 dni! I to bardzo precyzyjnie.
Jak układała się współpraca z Edem Harrisem? Chwilami miałam wrażenie, jakbym widziała Ciebie w tym, co on gra.
Przyjaźnimy się od lat, pracowaliśmy przy dwóch ważnych i dla niego, i dla mnie filmach, które jakoś specjalnie się nie "przebiły", ale wyrażały dużo z nas i stawiały sporo pytań w różnych sprawach. Po prostu mamy do siebie ogromne zaufanie. I to zaufanie umożliwiło zrobienie takiego filmu. Ani ja nie byłam nigdy specjalistą od muzyki, ani on nie był specjalnie muzykalny. I nagle musieliśmy oboje wejść w muzykę tak głęboko, żeby uwiarygodnić film w warstwie muzycznej, już nie mówimy o innej. Żeby coś takiego zrobić, trzeba sobie ufać.
Od razu pomyślałaś o Harrisie?
Tak, bo obserwowałam, jak on się szykował do Pollocka. To był jego projekt, rozwijał go przez lata całe, nauczył się malować jak Pollock, nauczył się malować w ogóle...
I wiedziałam, że ma nie tylko talent czy technikę aktorską, ale że ma tę głębię i determinację, która mu pozwoli zagrać wielkiego artystę. Że nie zrobi tego powierzchownie. On po prostu udaje się w tę podróż z jakąś taką gotowością, otwiera swoje zmysły i umysł do przyjęcia zadania.
Jeszcze nie mieliśmy pieniędzy na film, a on już się zamknął i zaczął ćwiczyć grę na fortepianie, na którym nigdy wcześniej nie grał. I teraz gra zupełnie przyzwoicie. A dyrygowaniem mnie zaskoczył, bo do ostatniej chwili, dopóki nie kręciliśmy tych sekwencji, myślałam, że on się mniej więcej nauczył gestów do rytmu, ale nie zdawałam sobie sprawy z tego, że on naprawdę... dyryguje.
"Copying Beethoven" mówi m.in. o tym, że nieważny jest sukces, bo tryumf i happy end ma miejsce w połowie filmu.
Beethoven w ogóle się tym nie przejmuje, że odniósł największy sukces w życiu, tylko siada następnego dnia do fortepianu, głuchy, i próbując usłyszeć coś z tego, co gra, komponuje jedną z najbardziej ekstrawaganckich i rewolucyjnych kompozycji XIX wieku - Wielką fugę.
Nikt jej nie mógł wtedy pojąć.
Nie tylko pojąć; była tak trudna technicznie, że przez lata nikt nawet nie próbował jej grać. Więc on zrobił transkrypt na dwa fortepiany, żeby ułatwić wykonawcom zadanie, może jakoś lepiej sprzedać niż jako kwartet smyczkowy.
Co ciekawe, kiedy w lipcu kończyliśmy robić film, w prasie ukazała się wiadomość, że w bibliotece seminarium teologicznego Palmera w Filadelfii odnaleziono 80-stronicowy rękopis Wielkiej fugi, tego transkryptu na dwa fortepiany. Kiedy przewieziono go do Londynu, mogłam dotknąć tego manuskryptu. Odbył się podwójny koncert: wykonano wersję na kwartet smyczkowy i wersję fortepianową.
Czy sama muzyka Beethovena z ostatniego okresu jego życia narzuciła formę filmowi i styl opowiadania?
Wiedziałam, że nie mogę statycznie i hieratycznie kręcić tego filmu, że nie mogę mówić językiem XIX-wiecznym, skoro ta muzyka brzmi tak, jakby była napisana dzisiaj.
Pokazałaś genialnego muzyka z całą jego pasją i siłą, i tę kruszynę przy nim. Anna Holtz (Diana Kruger) walczy o swoją sztukę i o to, co kocha, a przecież potrafiła też pomóc Beethovenowi w najtrudniejszym i najważniejszym chyba momencie jego życia. Piękna historia.
Spokojnie można ją opowiedzieć prawie dwieście lat później. Anna była dla mnie bardzo dobrym punktem widzenia, mogłam bardzo osobiście w niej widzieć siebie sprzed trzydziestu paru lat, kiedy przyjechałam ze szkoły filmowej w Pradze. Były wtedy we mnie pewność siebie i lęk, czy to, co robię, ma jakiś sens. Zaniosłam moje utworki do Andrzeja Wajdy, żeby mnie przyjął i się mną zajął. Szłam do niego z mieszanką admiracji i lekkiej jakby pogardy, że on już taki "stary", a ja młoda (on miał czterdzieści parę lat!). W takiej dziewczynie jak Anna, w jej ambicji i lękach mogłam się doskonale rozpoznać.
A w postaci Beethovena?
Beethoven jest poza porównaniem. Był geniuszem, a geniusz ma w sobie coś takiego, że jest tajemnicą.
Masz w dorobku kilka filmów biograficznych. Czy wierzysz, że można "opowiedzieć" prawdziwie innego człowieka?
szystko jest bardzo subiektywne, powiedziałabym wyrywkowe. Ale możesz próbować uchwycić esencję, istotę człowieka, też subiektywnie może, ale w wypadku Beethovena jest łatwiej niż z kimkolwiek innym, bo jego istota jest w muzyce. Muzykę możesz nagrać, a jeżeli ją pokazujesz na ekranie, stajesz przed zadaniem stworzenia emocjonalnego, wizualnego ekwiwalentu. Żeby ją przetłumaczyć na film tak, by dotarła w jeszcze mocniejszy sposób.I poprzez muzykę też dotykasz prawdy o człowieku.
