Przegląd Polski 1 grudnia 2006

Wyboista droga artysty

RADOSŁAW ŚWIĘS

Nazwisko Andrzeja Krajewskiego (na zdjęciu) niewiele mówi ludziom spoza wąskiej grupy znawców i koneserów polskiej sztuki w Nowym Jorku. Tymczasem właśnie jego obraz jest dziełem znanym nie tylko najszerszej grupie Polonii, ale i milionom nowojorczyków.

Korzystający każdego dnia z autobusów i metra mieszkańcy metropolii od lat widzą na plakatach i billboardach obraz Hollywood, Hollywood (w oryginale olej na płótnie o wymiarach 1,5x2 metry), który przedstawia scenę z planu filmowego (para przytulonych i całujących się aktorów i filmująca ich ekipa). Zbudowany z regularnych, geometrycznych form, bardzo kolorowy, zdobi plakaty nowojorskiej szkoły filmowej - New York Film Academy.

"Faktycznie te plakaty od lat nieprzerwanie są w całym mieście - na stacjach metra, w wagonach, na autobusach - mówi Andrzej Krajewski. - Ale to przypadek, bo co prawda zawsze byłem zwariowany na punkcie filmu, ale jeszcze bardziej jazzu. Przez lata współpracowałem z Jazz Gallery przy Hudson St. na SoHo. W 1997 r. organizatorzy nowojorskiego Panasonic Jazz Festival szukali plakatu reklamującego imprezę i poprzez galerię znaleźli mój obraz Boogie Woogie. Szybko zakupili prawa autorskie,s czyniąc z niego znak rozpoznawczy festiwalu. Wśród sponsorów festiwalu był właściciel nowojorskiej filmówki. Tak się mu ten obraz spodobał, że od razu zapytał, czy nie zrobiłbym czegoś na temat filmu. Miałem akurat taki olej na płótnie. Dziś zdobi wnętrze jego szkoły".

W Polsce i Europie

Andrzej Krajewski urodził się w Poznaniu. Po wojnie, pod koniec lat 40. zamieszkał we Wrocławiu, gdzie szybko rozpoczął karierę ilustratora wiążąc się z kilkoma periodykami, m.in. Tygodnikiem Katolickim. W latach 1958-1963 r. studiował w Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. "Skończyłem pracownię plakatu Henryka Tomaszewskiego. Wtedy najlepszą tego typu na świecie" - podkreśla. Na początku lat 60. nagradzany był na wielu konkursach na plakat. Szczególnie upodobał sobie plakaty filmowe, których do dziś stworzył kilkaset. Ilustrował też książki dla Państwowego Instytutu Wydawniczego, Czytelnika oraz Wydawnictwa Rolniczego i Leśnego.

"Po jakimś czasie, by nie popaść w sztampę, zdecydowałem się na wyjazd z kraju. Na rok zamieszkałem w Wiedniu. Znajoma, która ceniła moją sztukę, zrobiła mnie dyrektorem artystycznym pisma Die Frau, odpowiednika polskiej Przyjaciółki. Po ośmiu miesiącach zrezygnowałem. Następne kilka miesięcy podróżowałem i jeździłem na nartach w Alpach.

Do Polski wróciłem z głową pełną pomysłów. Zacząłem współpracę z dystrybucjami filmowymi z Berlina Zachodniego i Monachium. Tworzyłem dla nich plakaty, a czasem trafiały mi się przez nich inne zlecenia. Właśnie tak dostałem kontrakt z United Artists na zrobienie logo do filmu Piraci Romana Polańskiego. Miałem mu też zaprojektować kampanię reklamową na festiwal w Cannes.

Wtedy już nie mogłem usiedzieć w miejscu. Zacząłem jeździć po Europie. Trochę w Polsce, trochę w podróży".

W połowie lat 70. Andrzej Krajewski zaczął uprawiać "geometryczne gry" pracując nad serią okładek dla Poland, magazynu o Polsce, kierowanego do krajów zachodnich. Oryginały projektów okładek sprzedał prywatnym kolekcjonerom z Anglii, Australii i USA.

"Wolność w doborze tematów spowodowała, że poczułem ogromną chęć malowania obrazów. Długo się do tego zabierałem, bo nie lubiłem malarstwa, chociaż od trzeciego roku studiów studiowałem je u profesora Wojciecha Fangora. Wiedziałem, co chcę malować. Do dzisiaj wiem z wyprzedzeniem, co będzie na każdym centymetrze kwadratowym obrazu. Nie ma mowy o przypadkowości".

Sen o Ameryce

Kiedy w 1985 roku schodził z pokładu MS "Batory", miał prawo wierzyć, że w Ameryce czeka na niego wielka kariera. Za sobą zostawił bogaty dorobek w dziedzinie plakatu (kilkaset), nagrody m.in. w Niemczech, ale i pierwsze sukcesy jako malarz, ze skromnymi wystawami w Warszawie, Monachium i Paryżu.

"Od zawsze marzyłem o Ameryce. Nie lubiłem tamtej Polski - Sowietów, ale nie udzielałem się i w opozycji. Nie entuzjazmowałem się przewrotami. Myślałem przy tym, że w Ameryce, kraju tak bogatym, jako artysta szybko się odnajdę".

Początki były jednak zgoła odmienne. "Wraz z kobietą mojego życia, Yagodą Tyszką, znaną niegdyś z polskiej telewizji aktorką i piosenkarką, która przyjechała tu trochę wcześniej, zamieszkałem przy 81 Ulicy i przez pierwszy okres żyłem z oszczędności przywiezionych jeszcze z kraju. Kiedy urodzili się nasi dwaj synowie, skończyły się zapasy. Przeprowadziliśmy się do Newarku".

Wtedy Krajewski na poważnie zajął się malowaniem (i zaczął pod naciskiem swojego agenta podpisywać swoje obrazy de Krayewski). Wystawił kilka rzeczy lokalnie w New Jersey. Od razu pojawił się agent, który z sukcesem sprzedawał jego obrazy. W 1988 r. miał dużą wystawę indywidualną w South Hampton na Long Island, gdzie większość prac została sprzedana jeszcze przed wernisażem. W latach 1988-91 brał udział w Art. Expo w Nowym Jorku i Los Angeles. Zbierał dobre recenzje. Obrazy osiągały stosunkowo wysokie ceny (5-17 tys. dolarów), sprzedawał je m.in. w nieistniejącej już dzisiaj Dayansen Gallery w SoHo. "Recesja na rynku, która zaczęła się właśnie w 1988 r., powoli komplikowała moją sytuację. Po kilku latach wzlotu wszystko osłabło, mój agent wycofał się i poszedł w inną branżę. Ja sam, zbyt skupiony na malowaniu, nie miałem czasu i głowy na działanie. Od połowy lat 90. faktycznie idzie mi gorzej. Moje obrazy wiszą po kilku pomniejszych galeriach w New Jersey, które powoli zamykają się jedna po drugiej".

Czekając na odkrycie

Krajewski mówi, że więcej dziś myśli nad życiem, wspomina Yagodę, która odeszła przedwcześnie. Niedawno ukończył też książkę o swych przygodach w latach w PRL-u, zatytułowaną Skyliner.

"Jestem świadom wartości swojej sztuki, ale pogubiłem się w tym wszystkim. Jak zawsze cały czas maluję. Mam jednak chorobliwy, pogłębiający się uraz do tych przereklamowanych, manhattańskich galerii i obecnie żadna siła nie jest w stanie zmusić mnie do jakichś z mojej strony ruchów w ich kierunku. Mimo że przez ponad 20 lat miałem różne kontakty i chociaż robię stałe postępy w swojej sztuce, nie miałem szczęścia trafić na odpowiednią galerię.

Od kilku lat więcej tworzę w stylu pop art, od którego właściwie zacząłem. Porównać to można do moich wczesnych plakatów filmowych. Kontury, ostre kolory, płaskość, niezły rysunek...".

Chociaż w Ameryce artysta sprzedawał głównie obrazy, w dzisiejszej Polsce renesans popularności przeżywają jego plakaty. Na witrynach internetowych znajdują się wśród najdroższych i najbardziej poszukiwanych prac przedstawicieli polskiej szkoły plakatu. W zeszłym roku Krajewski został na nowo odkryty przez polską publiczność w Galerii przy Teatrze Powszechnym, gdzie zorganizowano mu ciepło przyjętą przez krytykę wystawę starych plakatów.

"To było bardzo miłe, zrobiłem przy okazji dwa plakaty dla Teatru Powszechnego - do sztuki Dzień Walentego według Iwana Wyrypajewa oraz go Gwałtu, co się dzieje Aleksandra Fredry. Pojawiło się kilka propozycji. Jednak najwyższy czas, by się przypomnieć Ameryce" - wyraża nadzieję Andrzej Krajewski.

Więcej prac artysty pod adresem: www.dekrayewski.com

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail