Przegląd Polski 1 grudnia 2006

Żabką przez Atlantyk

Zobaczyć Zadurę...

Marek Kusiba

Ten frywolny dwuwiersz jest najkrótszą i najbardziej celną recenzją postaci i twórczości Bohdana Zadury, streszczającą przy okazji odczucia licznych zastępów jego czytelniczek i czytelników. Ich ulubiony autor jest wielkoludem, noszącym buty numer mniejsze od kajaka, o rękach jak indiańskie wiosła i posturze Longinusa Podbipięty. Jest także subtelnym poetą, piszącym poematy dłuższe niż transsyberyjska kolej i jak Sahara szerokie. Niedawno wydrukował wiersze... wszystkie, jakie napisał do roku 2005, zebrane w trzech tomiszczach, liczących łącznie tysiąc trzysta stron ze sporym okładem. Zdołałem dowieźć do Kanady dwa pierwsze, trzeci oddałem panience ważącej mój bagaż, w formie łapówki. Przymknęła modre oko na wagę i aż podskoczyła z radości: - Zadura! Mój ukochany Zadura! (jak się później okazało, studiowała zaocznie polonistykę).

Bagaż bogatej twórczości Zadury jest owocem, jak mówią krytycy, blisko czterdziestopięcioletniej obecności na parnasie jednego z najbardziej "osobnych" i wyrazistych poetów w historii powojennej literatury polskiej. Ale ja nie o książkach Zadury chcę dzisiaj pisać, a o jego płaszczu. Pamiętam bowiem pewien jesienny dzień sprzed 35 lat, gdy szedłem jak zaczarowany przez miasto Puławy za wysokim jegomościem w długim trenczu z fantazyjnie przerzuconym przez ramię szalikiem. Byłem nieopierzonym studentem polonistyki i wrażenie ze spotkania poety Zadury na ulicy było tak wielkie, że wszedłem za nim do supersamu, gdzie "nabywał drogą kupna" - jak tam mawiano - papierosy. Stanąłem z boku i zerkałem, jak płacił. Portfela nie miał wypchanego, za to gracja, z jaką podawał banknot ekspedientce, była świadectwem, że to nie kto inny, a poeta "uiszcza opłatę". Pamiętam to spotkanie jak pierwszą randkę w ciemno. Żałuję, że nigdy na takowej nie byłem, ale mam jej wyobrażenie dzięki memu śp. dziadkowi. Zenon łgał lepiej niż łże-elity, że nigdy nie widział babki Cecylii tak jak ją Pan Bóg stworzył, choć sam stworzył z nią trzech synów. Jak oni to robili, pozostało na zawsze ich słodką tajemnicą. Podobnie jest z poezją: tylko poeta wie, jak tworzy swój wiersz, nie widząc przecież muzy, nawet w ubraniu. A ja widziałem Zadurę, w pełnym poetyckim rynsztunku.

Gdy wróciłem do swej przyszłej żony, też puławianki, podzieliłem się z nią sensacyjną wiadomością. Basia wyznała, że ona także WIDZIAŁA Zadurę, jak siedział w kawiarni EMPiK przy kawie, palił - wtedy w Polsce panowała jeszcze wolność jednostki (do samozniszczenia) - i pisał w zeszycie. Była tak oczarowana tym widokiem, że usiadła przy sąsiednim stoliku, podglądając ukradkiem Poetę Przy Pracy. Uciekała jednak ze wzrokiem, gdy PPP podnosił znad zeszytu głowę, by poszukać gdzieś wysoko pod sufitem, fruwającej tam i ledwo żywej od dymu, muzy. Tak, to były czasy, gdy poeci budzili jeszcze namiętności, powodowali spazmy rozentuzjazmowanych czytelniczek, tratujących się przy stolikach, gdzie flegmatycznie i jakby z łaski podpisywali im swoje książki.

Zadura był jednym z bohaterów naszej młodości. Sam wtedy bardzo młody, był już niemal klasykiem i pisał bardzo klasycystyczne wiersze. Miał tłumy naśladowców, legion wiernych krytyków, pisma walczyły o jego teksty. Teraz sam redaguje odmienioną, nie tylko graficznie, legendarną Twórczość, do której nadsyłają swe płody coraz mniej od niego zdolni, ale za to bardzo przebojowi poeci. Ze starej świetności zostało w nim wszystko. Nie nosi już granatowego trencza, ale pali nadal jak warszawska ciepłownia. Przed rokiem odwiedziłem go w pomieszczeniach redagowanego przez niego miesięcznika akurat w rocznicę wprowadzenia stanu wojennego. Siedząc przy koniaku pod ogromnym portretem Jarosława Iwaszkiewicza wspominaliśmy dawne, dobre, lubelskie czasy, gdzie nasze drogi przecinały się na literackich konwektyklach, by rozejść się na wiele lat z powodu mego wyjazdu za ocean. Przecięły się znowu w Toronto, gdy pisarze z lubelskiego kwartalnika Akcent poeci zjechali tu na zaproszenie Fundacji Turzańskich i Polskiego Funduszu Wydawniczego w Kanadzie.

Zadura czytał swe Dystychy dla Eugeniusza Alisanki, a licznie zebrane panie wzdychały do swych literackich zadurzeń... Za oknem padał śnieg, a nam sypały się do stóp rozżarzone do białości iskry słów. Gdy skończył czytać, salka na kampusie Uniwersytetu w Toronto "rozbrzmiała gromkimi brawami" - jak donoszą sejmowi sprawozdawcy. Zadura musiał bisować, i jak zauważyła daleka krewna krytyka Mariana Stali, warto było mieszkać tyle lat poza krajem, by czegoś podobnego doświadczyć. Bo kto dzisiaj bisuje popisom poetów? To po tej literackiej uczcie A.S. wymyśliła w kilka sekund swój radosny dystych, którym wygrała minikonkurs na fraszkę o Zadurze, ogłoszony ad hoc przez Bogusława Wróblewskiego. I to by było na tyle - jak mawiają w Zadurowych Puławach...

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail