Przegląd Polski 22 grudnia 2006
- Boże Narodzenie 2006 - ks. Janusz Balicki
- Monsieur Abdank i Henryk Sienkiewicz, czyli śladami wielkiej przyjaźni - Ewa Klaputh
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
Żabką przez Atlantyk
O niegdysiejszych śniegach
Święta są dla wychodźców gongiem na przerwę w wolnej amerykance codzienności, kołem ratunkowym rzuconym niewidującym się rodzinom, okazją do spotkania własnych dzieci, mieszkających często pod jednym dachem, i jedyną w roku szansą na prawdziwą z nimi rozmowę. Przy świątecznym stole można bowiem bezkarnie, bez narażania się na złośliwe komentarze, opowiedzieć dorosłej już często latorośli, jak to było za naszych młodych lat (nie zawsze durnych i chmurnych).
Zupełnie niedawno, bo przed rokiem, zapytał mnie Ryszard Kapuściński o najwcześniej zapamiętane zdarzenie z dzieciństwa. To pierwsze, które zostało w pamięci, pomimo upływu czasu i przepływu przez przeciążone zwoje mózgowe milionów informacji, obrazów, słów, marzeń sennych i dziennych. Była to niezwykła rozmowa (jak każda rozmowa z tym pisarzem, obdarzonym darem empatii i chłopięcą wręcz wrażliwością i ciekawością). Uczestniczyła w niej archiwistka autora Hebanu, dziennikarka i redaktorka Bożena Dudko.
Pamiętam, o czym opowiadałem, ale treści tej rozmowy nie przytoczę, aby mi mój wydawca krwi nie utoczył, jako że ta opowieść rozpoczyna pisaną już książkę. Ale opowiadanie słynnemu reporterowi pewnej historii sprzed pół wieku przypomniało mi o innej, równie odległej w czasie. Dzień wigilijny 1954 r. spędziłem na podwórku mego (wtedy) domu przy ulicy (wtedy) Świerczewskiego (dzisiaj Niepodległości), w powiatowym wtedy miasteczku, w kraju zwanym wtedy PRL. Padał śnieg, a ja na przemian wstawałem i upadałem w białą, mokrą breję. Miałem niewiele ponad trzy lata i do nóg przypięte pierwsze w życiu narty. Mój śp. Ojciec stał na schodach i cierpliwymi słowy zachęcał mnie do chodzenia wokół wtedy istniejącego klombu, dreptania z nartkami przy nogach w mokrym śniegu i poznawania uroków białego szaleństwa. Po kilku godzinach byłem wykończony i głodny, wyłem ze złości i zmęczenia. Zapamiętałem pierwszy dzień białego szaleństwa jako szaleństwo dorosłych, wymyślone w celu dręczenia dzieci zimową porą.
Po latach sam zacząłem dręczyć białym szaleństwem swoje pociechy i mam cichą nadzieję, że chłopcy przeniosą tę chorobę także i na swoje potomstwo. Za to tradycję dręczenia dzieci wigilijnym postem przećwiczyłem jeszcze w kraju na moich holenderskich przyjaciołach, którzy nieświadomi naszych obyczajów, po skromnym wigilijnym śniadanku chodzili cały dzień nie wiedząc, dlaczego ich głodzimy, ale nie wypadało im zapytać, czy tak wygląda tradycyjna polska gościnność. Gdy wreszcie zasiedliśmy do wigilijnego stołu, rzucili się jak wilki na pierwsze dania, nie uprzedzeni, że będzie ich dwanaście. Do dziś pamiętam miny naszych gości, gdy po zjedzeniu talerza śledzi w oleju i talerza śledzi w śmietanie, dwóch talerzy czerwonego barszczu z uszkami z grzybowym nadzieniem, talerza ryby po grecku na zimno oraz podwójnej porcji smażonego karpia, patrzyli na nas przerażonym wzrokiem, gdy wcinaliśmy racuchy na oleju, groch z kapustą, ziemniaki pure z sosem z suszonych grzybów, pierogi z kapustą i grzybami, łazanki z makiem i kutię. A oni już tylko mogli jeść oczami. Nie była to zemsta na Zachodzie za jałtańską zdradę, a próba dowiedzenia wyższości naszych świąt Bożego Narodzenia nad skromnymi i oszczędnymi świętami zachodnimi.
Od dwudziestu dwóch lat staramy się z żoną przekonywać naszych kanadyjskich przyjaciół do uroków polskiej wigilijnej kolacji (bo nasi Holendrzy już się przekonali, jeden nawet wziął za żonę Polkę, nazwał syna Mieszko i niebawem planuje zamieszkać w polskiej krainie na stałe). Jak dotąd dał się nam przekonać Mr. Terry D., zakochał się w polskim jadłospisie, ale w jadłospisie kolacji wigilijnej tylko platonicznie. Najchętniej w Wigilię wprowadziłby do organizmu kiełbasę swojską i swojskie kabanosy w polewie z wyborowej. Groch z kapustą i łazankami jakoś nie przemawia do jego podniebienia. Wolałby gołąbki z mięsem i barana z rożna. Był raz w Polsce i górale uraczyli go jagnięciem w polewie z jarzębiaku. I teraz nic, tylko jagnię i jarzębiak, "golompki" i golonkę mu daj. I właśnie w Wigilię, bo to najlepsza okazja do wspólnego biesiadowania. A czy ja jestem Świętym Mikołajem, bym spełniał najbardziej wyszukane życzenia?
Przy wigilijnym stole opowiem więc bezkarnie swej dorosłej latorośli o tym, jak w piątym roku życia przestałem wierzyć w Świętego Mikołaja. O jego nieistnieniu dowiedziałem się w pierwszy dzień świąt na górce zwanej Dunikówką, wtedy jeszcze niezabudowanej współczesnym bezguściem. Na szczycie stała piękna willa zaprojektowana przez Xawerego Dunikowskiego, a na łagodnych zboczach rosły jabłonie, pomiędzy którymi ćwiczyliśmy pierwsze slalomy. To tam kolega Jurek J. wyznał mi szeptem, który brzmiał jak uderzenie pioruna, że Święty Mikołaj to lipa. Że to nasi starzy podłożyli nam narty pod choinkę, by mieć nas z głowy przez większość śnieżnych (wtedy) zimowych ferii.
Z bezśnieżnego nadal Toronto życzę Czytelnikom śnieżnych i spokojnych świąt Bożego Narodzenia!
