Przegląd Polski 29 grudnia 2006
- Świat Henryka Tomaszewskiego - Elżbieta Sitek
- 50. urodziny "złodzieja czereśni" - Z Adamem Lizakowskim rozmawia Bogusława Michalska
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
Świat Henryka Tomaszewskiego

50 lat temu powstał we Wrocławiu słynny zespół pantomimy. Przez cały listopad odbywały się jubileuszowe uroczystości: trzy wystawy poświęcone historii teatru i jego twórcy; odsłonięto dwie tablice upamiętniające osobę i dzieło Henryka Tomaszewskiego; prezentowane były spektakle zrealizowane już po śmierci Mistrza, a także archiwalne nagrania przedstawień stworzonych przez niego; seminarium i warsztaty prowadzone przez aktorów Wrocławskiego Teatru Pantomimy oraz tancerzy i choreografów z Europy dotyczyły "linii ciała w teatrze".
Szkoda tylko, że ten, od którego wszystko się zaczęło, nie był obecny.
Tak się wszystko zaczęło
4 listopada 1956 roku na scenie Teatru Polskiego we Wrocławiu wystawiono 4 niezwiązane tematycznie ze sobą mimodramy. Na afiszu zapowiadającym prapremierę błędna data spektaklu (3 listopada), nazwiska 40 aktorów Studium Pantomimy przy Państwowych Teatrach Dramatycznych, utworzonego z inicjatywy tancerza baletu Opery Wrocławskiej Henryka Tomaszewskiego, nazwiska: inscenizatora i reżysera - Henryka Tomaszewskiego oraz współpracowników - Jadwigi Przeradzkiej, Aleksandra Jędrzejewskiego, Andrzeja Barskiego, Jerzego Olejnika i Janusza Koziorowskiego.
Wówczas zespół nie miał jeszcze wyraźnie określonych założeń programowych, o czym świadczyć może wypowiedź Tomaszewskiego: "...Dla nas pantomima - to gatunek poezji wyrażonej w optycznym kształcie. Techniczna strona naszych poszukiwań sprowadza się do rozwiązania realistycznych tematów bez pomocy rekwizytu". Po pierwszym spektaklu recenzenci napisali: "Dekoracje tworzyli ludzie odpowiednio ugrupowani i płynnie zmieniający pozycje, wyobrażając nawy, krużganki, ołtarze..." ( w Dzwonniku z Notre Dame); Płaszcz wg Gogola jest właściwie monologiem (!) Henryka Tomaszewskiego, który pokazał zdeformowanego trybem życia człowieka...".
Nagrody i medale na VI Światowym Festiwalu Młodzieży i Studentów w Moskwie (1957 rok), pozytywne recenzje, ale przede wszystkim wielkie powodzenie u "widzów z dużych i małych miast, dla których ten rodzaj sztuki jest niezmiernie komunikatywny" (cytat z notatki prasowej), sprawiły, że rok później powstał spektakl składający się z sześciu etiud. Z tym programem zespół odbył zagraniczne tournée m.in. do Anglii. Angielscy recenzenci zauważyli: "...jedno staje się oczywiste: z pewnością nie jest to francuska mine pour, nie jest to cyrk i nie jest to pantomima filmu niemego. Powstał teatr jedyny w swoim rodzaju - teatr pantomimy".
Zespół Henryka Tomaszewskiego doceniono także w Polsce, uznając go w 1958 roku za teatr zawodowy, a rok później powołano Przedsiębiorstwo Państwowe pod nazwą Wrocławski Teatr Pantomimy.
Lata świetności
W 1969 roku w rozmowie z Andrzejem Hausbrandtem dla miesięcznika Dialog Tomaszewski powiedział: "Cała sztuka współczesna stanowi, na dobrą sprawę, przykład dewaluacji słowa. Słowo staje się bełkotem, tracąc swą funkcję porozumienia (...), ale ludzie nie są pozbawieni uczuć, tęsknoty za uczuciami (...) I tu właśnie na tym polu, gdzie kapituluje słowo - pojawia się ruch. Ruch omijający drażliwość słowa, pokazujący to, czego słowo ukazać się lęka (...) Ruch jest afirmacją życia. Poszerza moją własną egzystencję, uogólnia ją, rozprowadza, a równocześnie sumuje. Dlatego do sprawy ruchu przykładam tak wielką wagę i dlatego poprzez ruch staram się budować mój teatr". W 1970 roku - po 9 przedstawieniach składających się z etiud pantomimicznych - powstaje Odejście Fausta, pierwszy "pełnospektaklowy choreodram" - jak określa go prof. Karol Smużniak. Ten rodzaj widowiska stanie się gatunkiem charakterystycznym dla Teatru Pantomimy Henryka Tomaszewskiego aż do końca jego pracy reżyserskiej. Ziarno i skorupa, Labirynt, Ogród miłości, Suknia, Gilgamesz mają już cechy poetyki teatru Tomaszewskiego.
W Odejściu Fausta objawił się w całej okazałości Tomaszewski-wizjoner. Znany literacki motyw stał się dla twórcy pretekstem do pełnego wykorzystania ruchu jako "języka mimu". Odchodząc od wzorca literackiego, artysta stworzył wariację na temat Fausta, współczesny sen mima o bohaterze Goethego, który jak każdy z nas marzy o powrocie do młodości, przezwyciężeniu śmierci. Realizacja dzieła Goethego wywołała wiele dyskusji, ale wszyscy krytycy zgodzili się, że przedstawienie łączyło najlepsze elementy teatru Tomaszewskiego: rozmach inscenizacyjny (słynne później "wychodzenie poza scenę"), perfekcyjnie przeprowadzone sceny zbiorowe, precyzję myślową poszczególnych wątków i scen oraz malarskość układów. Następne spektakle zachwycały widzów i krytyków tymi właśnie walorami. To m.in. inspirowany scenami dramatycznymi z Wyspiańskiego Sen nocy listopadowej; "błazenada mimiczna w 8 obrazach z prologiem i apoteozą", czyli Menażeria cesarzowej Filissy; Przyjeżdżam jutro - kolaż obrazów według Bachantek Eurypidesa i Theoramy Passoliniego zainscenizowany jako "teatr w teatrze" czy wykorzystujące polskie ludowe opowieści widowisko Sceny fantastyczne z legendy o panu Twardowskim.
24 autorskie spektakle budzące aplauz publiczności i polemiki krytyków. Z perspektywy czasu opinie recenzentów stają się mało istotne. Ważne jest to, że teatr Tomaszewskiego był czymś więcej niż tylko teatrem pantomimy, ruchu, wyobraźni, poezji. Nazwa wskazuje tylko na materię, w jakiej był realizowany. Mit jako źródło artystycznej, estetycznej i filozoficznej kreacji uczynił ten teatr teatrem uniwersalnym, teatrem jednego człowieka nazywanym od jego nazwiska: Teatrem Henryka Tomaszewskiego.
Miał być kupcem
"Bakcyl teatralny tkwił we mnie już od dzieciństwa - powiedział w 1998 roku przed kamerą telewizyjną. - Od kiedy pamiętam, świat sceny i widowisk był dla mnie źródłem nieustającej fascynacji". W notatkach Henryk Tomaszewski rozwija ten wątek: "Od najmłodszych lat ojciec uczył mnie rozumienia sztuki, rozpoznawania stylów architektonicznych, zabierał do muzeów, pokazywał kościoły. Chodziłem do poznańskich teatrów. Szczególne wrażenie robiły na mnie przedstawienia baletowe w operze, poruszały moją wyobraźnię. Nie myślałem jednak, że mógłbym kiedyś zajmować się jakimś artystycznym zawodem. Moi rodzice myśleli o mojej przyszłości praktycznie. A że jestem poznaniakiem, nic dziwnego, że chcieli, żebym został kupcem".
Heinrich Karl Robert Koenig - znany powszechnie jako Henryk Tomaszewski - urodził się w Poznaniu 20 listopada 1919 roku w rodzinie niemieckiej osiadłej w Wielkopolsce. Jego ojciec Kasimir pochodził z Wilczyna koło Pleszewa i miał rodowód niemiecko-polski (matka była z domu Tomaszewska); matka Hedwig Jakisch dorastała w Głogowie. W domu państwa Koenigów rozmawiano w dwóch językach, ale przeważał niemiecki, ponieważ matka słabo znała polski. Podobnie jak starszy brat Johannes, Henryk kształcony był na handlowca. W 1938 roku zdał maturę w liceum z wydziałem ekonomicznym. Mało znane są jego losy wojenne, największą jednak zagadką pozostają okoliczności wyboru polskości przez ponad 25-letniego Heinricha Koeniga i przybrania panieńskiego nazwiska babki ze strony ojca: Tomaszewski.
Rozpoczął studia w Krakowie u Iwo Galla, ale jak sam mówił: "...aktorstwo dramatyczne, a więc zależne od słowa, nie w pełni mnie zadowalało, interesował mnie ruch, dlatego nie znając pantomimy, postanowiłem zająć się tańcem". Zapisał się więc do szkoły prowadzonej przez żonę Feliksa Parnella - Lili Halamę i w ten sposób dostał się później do jego słynnego baletu. "Byłem tancerzem kwalifikowanym do nurtu tańca wyzwolonego, coraz więcej zalet odkrywałem w rolach charakterystycznych" - wspominał. I takimi właśnie rolami zachwycał widzów obecnych na spektaklach baletowych w Operze Wrocławskiej w latach 50. Balet szybko jednak przestał mu wystarczać. Zaczęły się pierwsze próby poszukiwania nowego, własnego języka ruchu. Od początku chciał tworzyć widowiska na kształt teatru dramatycznego, w którym nie słowo, a muzyka i ruch byłyby głównymi środkami wyrazu. W notatkach z 1955 roku czytamy: "Trzeba mieć chęci, wyobraźnię, trzeba zebrać ludzi, zarazić ich nową ideą, trzeba mieć także łut szczęścia. Ja go miałem".
I rzeczywiście miał szczęście, przede wszystkim do współpracowników. Zebrał grupę młodych tancerzy i aktorów myślących tak jak on i tak jak on otwartych na nowe wyzwania. Pozostało tylko znalezienie własnej metody pracy i własnego języka scenicznego. Próby i ćwiczenia trwały godzinami - najważniejsze było osiągnięcie doskonałości technicznej, plastyki ruchu, wykształcenie niezbędnych środków aktorskich. Tomaszewski powtarzał: "...tworzywem pantomimy jest ciało ludzkie (...) opierając się na tym tworzywie muszę się zająć wszelkimi zdarzeniami w nim zachodzącymi, a więc i bryłą fizyczną, i rozumem, fantazją, marzeniami, wrażliwością na piękno, wyobraźnią, ideami, reakcjami na różne zdarzenia wokół niej, a więc sumą wiedzy o ludzkiej istocie".
"Kustosz zbiorów"
Henryk Tomaszewski swoje życie splótł ze sztuką. Kolekcjonował stare meble, obrazy, porcelanę, rzemiosło artystyczne, książki, lalki i zabawki dla dzieci. "Jestem wrażliwym ´optykiemª - to, co jest ładne, co mnie ujmuje swoim naiwnym pięknem, a to jest przecież właściwością zabawek - kupuję". Kilka tysięcy lalek z różnych stron świata, miniaturowe meble, naczynia, wystrój wnętrz małych domków, samochody, samoloty, pojazdy kosmiczne, szopki, ołtarzyki - podarował Muzeum Zabawek w Karpaczu, w którym od 1968 roku mieszkał. To miejsce, którego honorowym kustoszem do końca życia był Henryk Tomaszewski, jest zawsze pełne dzieci, ale przychodzą tu także dorośli. Jednym z częstych gości był Tadeusz Różewicz, spotykał tu "kustosza zbiorów", wspólnie zwiedzali wystawę, rozmawiali, snuli plany współpracy. Efektem tych wizyt jest wiersz zatytułowany W gościnie u Henryka Tomaszewskiego w Muzeum Zabawek:
Jak cicho jest spotkać mima
jak dobrze, że Pan nie mnoży słów
odbyła się taka piękna pantomima
wyjęta ze snów dzieciństwa
Starych artystów dwóch - aktor i poeta - spotkało się pod koniec wieku
mówią o zabawkach
milczą o Człowieku
/fragment/
Kilka nieporozumień
Henryk Tomaszewski zmarł 23 września 2001 roku.
Podczas jubileuszu Wrocławski Teatr Pantomimy otrzymał imię założyciela i chyba tylko ten fakt oraz przypominana z tej okazji historia 50 lat istnienia teatru łączą dawną i dzisiejszą instytucję.
Podobno już w latach 70., a później w różnych okolicznościach sam Mistrz powtarzał: "Po mnie tego teatru nie będzie. Ten teatr umrze razem ze mną". Choć jest i bardziej optymistyczne przesłanie: "Roślina, którą zasadziłem, może zacznie rosnąć inaczej, ale z całą pewnością będzie żyła". I żyje, ale kolejne premiery nie przynoszą odpowiedzi na pytanie, jak kontynuować i rozwijać dzieło Tomaszewskiego.
Półtora roku po śmierci jego twórcy dyrekcję teatru objęła tancerka, choreografka i reżyserka Elżbieta Czerczuk. Przygotowała Dziady. Spektakl był pomyłką inscenizacyjną, sprawił także, że z zespołu odeszło kilkoro "aktorów Tomaszewskiego", nie zgadzając się z koncepcją pracy zaproponowaną przez nową szefową. Bardzo krytyczne recenzje, niezgoda wewnątrz zespołu, nadużycia finansowe i zła atmosfera wokół teatru sprawiły, że władze samorządowe zdecydowały o odwołaniu Elżbiety Czerczuk. Jej miejsce zajął Aleksander Sobiszewski, wieloletni współpracownik i aktor w zespole Tomaszewskiego. Małpy, pierwsze przedstawienie w jego reżyserii, zainspirowane książką Jane Goodall o szympansach, rozczarowało. "Chcemy pokazać zachowanie grupy w sytuacji zagrożenia. To rzecz o mechanizmach tworzenia się hierarchii i źródłach agresji, a przede wszystkim o rytuałach, jakie tworzy grupa w izolacji - tłumaczył Sobiszewski, jakby przewidując przyszłą sytuację teatru. - Ruch zaczerpnęliśmy od szympansów, bo są do nas, ludzi, najbardziej podobne...". Do wiarygodnego przekazania tej idei potrzebna była prawdziwie "małpia zręczność", a z tym było gorzej. Z dawnego zespołu pozostało kilka osób, a młodzież debiutująca w spektaklu nie miała jeszcze wystarczających umiejętności. Na następną premierę publiczność czekała ponad rok. Science fiction to wizja chylącej się ku upadkowi cywilizacji maszyn. Krytyk teatralny Leszek Pułka napisał: "Reżyserując Science fiction, Sobiszewski uparcie praktykuje realizm tam, gdzie potrzeba oniryzmu. Uprawia komiczne skecze, kiedy aż prosi się o epicką narrację. Zamiast pantomimicznej wizji, sceniczna błahostka - oto najkrótsza recenzja". Inne oceny były podobnie krytyczne i nie pomogło nawet to, że w roli głównej wystąpił jeden z największych mimów Tomaszewskiego - Jerzy Kozłowski. W trzeciej premierze Niewiarygodne przygody M. Koziołkiewicza mimów "wspierały" wielkie kukły i maski. "To będą przygody Koziołka Matołka nikomu jeszcze nieznane i tylko gestem opowiedziane" - zapowiadał przed premierą autor scenariusza i reżyser widowiska Wiesław Hejno, wybitny twórca teatru lalkowego, a wyszło... coś w rodzaju scenicznej kreskówki o tym, jak uczeń szkoły podstawowej trafił z lekcji wychowania fizycznego do krainy kóz. Na premierę Dusioła czekali wszyscy, szczególnie niecierpliwie ci, którzy pamiętali realizację Mistrza Tomaszewskiego i aktorskie dokonania Stefana Niedziałkowskiego. Parys w Odejściu Fausta, Żołnierz w Śnie nocy listopadowej, Motocyklista w Menażerii cesarzowej Filissy po 30 latach od rozstania z Wrocławskim Teatrem Pantomimy wrócił jako reżyser, choreograf i (gościnnie) jako tytułowy Dusioł. Ta poetycka opowieść o człowieku, który zmaga się ze swoim losem, oparta na motywach misterium baletowego Grzegorza Walczaka, zebrała różne oceny; były opinie krytyczne i słowa pełne zachwytu - jak choćby recenzja Magdy Podsiadły: "Spektakl jest jak wiersz pisany ruchem o prostym temacie: życiu człowieczym. Wspólnych nam narodzinach, zmaganiach z lękami, które wywołują tchnienia śmierci, no i towarzyszących egzystencji chwilom miłości. Młodzi aktorzy grają czysto i prosto, rozumiemy i podziwiamy każdy ich ruch. Tylko Niedziałkowski trochę rozczarował jako aktor, bo poruszał się na scenie jak kreator Kantor, kierując swoich aktorów do kolejnych scen. A ja marzyłam zobaczyć ekspresję dojrzałego mima, który mówił mi niedawno, jak ważne jest ciało w jego pracy i myśleniu o pantomimie".
Czy wszystko przepadło?
5 premier w okresie 5 lat, brak czytelnej formuły artystycznej i sukcesów, co zniechęca aktorów, kłopoty związane z niedofinansowaniem teatru wydaje się prowadzić do sytuacji, w której teatr kiedyś żywy, oczekiwany, rezonujący - dziś staje się jedną z wielu "instytucji artystycznych" w urzędowych wykazach i niewielką, choć kłopotliwą pozycją w budżecie. Gdzie szukać remedium, jaką przyszłość prognozować? Było kilka pomysłów, m.in. aby zlikwidować teatr w jego dotychczasowej formie (zamykając w ten sposób tamten okres) i powołać nowy, na innych zasadach. Brano pod uwagę fuzję z Teatrem Polskim dysponującym trzema scenami, jedną z nich (Scenę na Świebodzkim) chciano oddać do dyspozycji mimom. Co jakiś czas powracają porównania Teatru Pantomimy i Teatru Laboratorium, których twórcy - Henryk Tomaszewski i Jerzy Grotowski - przy wszystkich dzielących ich różnicach, wywarli wpływ na kształt światowego teatru i pozostawili dorobek stanowiący inspirację dla pokoleń artystów. Po Grotowskim pozostał Ośrodek Badań Twórczości Jerzego Grotowskiego i Poszukiwań Teatralno-Kulturowych (od 1 stycznia 2007 roku przemianowany na Instytut im. Jerzego Grotowskiego), dzięki bogatemu archiwum upowszechniający wiedzę o niezwykłym zespole i spektaklach, dokumentujący działania teatrów "poszukujących", organizujący warsztaty, pokazy, odczyty. Może zatem warto pomyśleć o podobnej instytucji związanej z Wrocławskim Teatrem Pantomimy? Jest bogata dokumentacja dokonań Tomaszewskiego, żyją - rozsiani po całym świecie - jego wychowankowie. Są więc warunki, aby obok szeroko rozumianej pracy badawczej wrócić do działań praktycznych poprzez międzynarodowe staże i warsztaty. A to może wprowadzić nieco świeżej krwi do zespołu, co z kolei przełoży się na mimo- czy choreodramy. Czy będą podobne do tych stworzonych przez twórcę teatru, czy zupełnie inne, ale równie poruszające? To już zależy od tego, jaką drogę wybiorą spadkobiercy Henryka Tomaszewskiego. Odpowiedź na to pytanie może pojawić się wkrótce, choć równie dobrze może pojawić się informacja, że tego teatru już nie ma. Oby nie!
Od autorki:
Korzystałam z opracowań prof. Karola Smużniaka o Wrocławskim Teatrze Pantomimy oraz z Notatnika Teatralnego poświęconego Henrykowi Tomaszewskiemu.
