Przegląd Polski 6 lipca 2007

Żabką przez Atlantyk

Mister Kiss Kiszczak

Marek Kusiba

W piątek 6 lipca ludzkość będzie świętowała Światowy Dzień Pocałunku i 222. urodziny amerykańskiego dolara, a Polska kolejne urodziny Wojciecha Jaruzelskiego. Generał istnieje na szczęście krócej niż dolar, ale jedno mają wspólne: ulubiony kolor - zielony. Złośliwcy twierdzą, że pod nieobecność na tym west padole Leonida Breżniewa i Ericha Honeckera, generał wymienia urodzinowe pocałunki z generałem Kiszczakiem. Powinien sobie uświadomić, że w związku z tym jest zagrożony wpisaniem na listę gejów i lesbijek. Spisane (i policzone) będą czyny i rozmowy (podsłuchane) - zdaje się mówić Miłoszem wiceminister zdrowia Marek Grabowski, zapowiadając ogólnopolski program liczenia homoseksualistów oraz pedofilów. Nie wiem, na co liczy ministerstwo, chcąc policzyć kochających inaczej, chyba tylko na pocałunek (niekoniecznie w policzek).

Tyle ciekawych spraw na polskim politycznym trapezie, a ja muszę wrócić (co zapowiedziałem) do tekstu sprzed tygodnia, napisanego w dwóch trzecich przez mojego przyjaciela znad Pacyfiku. To, że dr Roman Sabo napisał za mnie tamten felieton, nie jest jedynie dowodem na moje lenistwo. Jest także konsekwencją pewnego błędu, jaki obaj popełniliśmy przed dwudziestu laty. Otóż postanowiliśmy rzucić się z tarpejskiej skały (a chwilę potem z lodowca Whistler, ale z nartami przy nogach), czyli policzyć, przepraszam: ogarnąć refleksją oddalenie... Przez kilka lat słaliśmy z Vancouver do Toronto i z powrotem długie listy, z których wyniknął jeden krótki wniosek: nie da się. Nie da się ogarnąć problemu emigracji, będąc na emigracji. Paradoks? Pozorny.

O wiele łatwiej łykają tę żabę krajowi opisywacze naszych zmagań z podwójną lojalnością, dwujęzycznością, dwutorowością myślenia i życia. Piszą po prostu, że uciekliśmy z tonącego okrętu. "Nie, panie, Żydów to myśmy w 1968 wygonili, ale wyście po wojnie jaruzelskiej sami uciekli. A teraz wracać na ojczyzny łono ochota? Won stąd, hołota!". Tej i podobnych enuncjacji nasłuchałem się w kraju mistrza z Czarnolasu sporo. Zamiast Czarnolasu mamy dzisiaj ciemnogród, dlatego wracanie jest zawracaniem głowy.

O życiu w rozkroku napisano tomy, ale w żadnym nie znalazłem pojęcia samojedności, jakie wyszło spod pióra Romka. Otóż odkrycie swojej pojedynczości, centralności, jest jednym z najważniejszych odkryć, jakich można dokonać na emigracji. Ale po dokonaniu takiego odkrycia należy niezwłocznie pogodzić się z faktem, że wyklucza ono z każdej zbiorowości, ale i wyklucza powrót. Nie może być mowy o powrocie do kraju, chyba że w urnie z krzyżem. Emigrant zachowuje zdolność emocjonalnego przeżywania świata, ale jest sam w morzu innych kultur i subkultur. I dobrze mu tak. Po dwóch dekadach z okładem nie wyobrażam sobie siebie dryfującego dziś w polskim morzu utraconych złudzeń, parafrazując tytuł polskiego zbioru felietonów Gabriela Garcii Mąrqueza Morze utraconych opowiadań.

Zapytała mnie kiedyś młoda dziennikarka: o co wam, emigrantom, tak naprawdę chodzi? Dzisiaj mam okazję jej odpowiedzieć, jako że znalazła się po tej stronie oceanu i może się nam, emigrantom, naprzyglądać z bliska i do woli. Otóż, droga koleżanko, nie ma jednej odpowiedzi na tak postawione pytanie. Próbujemy ją znaleźć od dwudziestu lat z okładem i jakoś nie możemy. Próbował Czesław Miłosz. Pisał o kolegach po piórze, zanurzonych w amerykańskim tyglu: "W ich wierszach tutaj pisanych zastanawia zupełne wyobcowanie umysłowe z całego świata. Nic ich tutaj nie ciekawi, nic nie rozumieją, a z Polski pozostały wspomnienia młodości, wysoce irytujący i fałszywy dla nas z kraju sentymencik". Polonia była dla niego czymś w rodzaju "wielkiego zbiorowiska szynkarzy z Radomia, może bardzo porządnych ludzi, ale tępszych niż ci sami w kraju". Miłosz twierdził, że wybór wolności w takim środowisku równa się pisarskiemu samobójstwu. Tymon Terlecki z kolei uważał, #zet$e wychodźstwo jest "stanem przeciwnym naturze", czyli we współczesnej krajowi terminologii: zboczeniem.

Marek Radziwon przypomniał w dzienniku Rzeczpospolita inny aspekt tej samej sprawy: "Pod koniec 1946 r. propagandowa bitwa o emigrację, czy raczej z emigracją, rozgorzała na dobre. Marksistowska Kuźnica pisała o zbiegach, rozwodnikach, kombinatorach politycznych i handlowych, poszukiwaczach przygód, życiowych tchórzach i osobnikach, którzy nie mogą wracać do starych żon w Polsce, bo mają nowe za granicą". W zupełnie podobnym tonie gaworzyli nasi dwaj generałowie na temat emigrantów stanu wojennego.

Namiętne usta generała Kiszczaka dziś milczą, stanowiąc nieodpartą pokusę dla niezliczonych (jeszcze) polskich gejów. Gdy w Światowy Dzień Pocałunku Mister Kiss Kiszczak zatopi w urodzinowym pocałunku swych ust korale w ustach Wojciecha Jaruzelskiego, przy zieleni ich galowych generalskich mundurów zblednie nawet zieleń starego, amerykańskiego dolara...

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail