Przegląd Polski 13 lipca 2007
- Pod innym kątem. Z poetami w Rzymie - Jan Zieliński
- Groza okupacji i paryskie georgiki (dokończenie) - Krzysztof Ćwikliński
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
POD INNYM KĄTEM
Z poetami w Rzymie

Na tygodniową sesję z okazji 150-lecia powstania poematu Quidam, zorganizowaną w Rzymie przez Instytut Badań nad Twórczością Cypriana Norwida Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, zabrałem dwie książki: reprint wydania pierwodruku poematu (tom Poezje, opublikowany w Lipsku w roku 1863) oraz... blisko 800-stronicową księgę Piotra Matywieckiego Twarz Tuwima. Norwid i Tuwim - pozornie nic ich, prócz tego, że obaj byli wielkimi poetami, nie łączy. A jednak.
Absolutna giętkość
Nazwisko Norwida pojawia się w indeksie książki Matywieckiego tylko kilka razy, a więc rzadko, ale w sposób istotny. I tak w młodzieńczym wierszu Moje słowa wymienia poeta największych swych poprzedników: "Pisał Kochanowski, Mickiewicz i Skarga, / Pisał Norwid, pisał Słowacki i Rej", by w zakończeniu umieścić siebie: "Aż tu się po latach zjawia... Julian Tuwim...". Matywiecki zwraca uwagę na dziwne w tym wierszu pomieszanie poetyckiej dumy z pokorą i autoironią. O innym wczesnym wierszu Tuwima autor monografii pisze: "Na początku drogi, w juwenilnej Mojej mowie, Norwidowskie wszechwtajemniczenie w mowę i Norwidowski mit Wielkiego Poety stanowiły wyzwanie dla mowy poety i dla przyszłej sławy jego imienia". Norwid jest dla Matywieckiego punktem odniesienia, wzorcem poezji wysokiej próby. Autor Twarzy Tuwima cytuje zachwyt Dąbrowskiej ("cudownie piękny") nad wierszem, zaczynającym się od słów "Ja nie wyjadę, bo przed wyjazdem trzeba się ostrzyc..." - o przerażeniu "człowieka młodego, który patrzy na sypiące się spod nożyc siwe włosy": "Liryka wysokiego gatunku, jak u Puszkina lub w drobnych wierszach Norwida".
Sam Matywiecki przywołuje Norwida jako jednego z tych poetów polskich (obok Kochanowskiego, Mickiewicza, Słowackiego, Leśmiana, Schulza - tak, to nie pomyłka, autora Sklepów cynamonowych uważa za poetę - Tuwima i Słuckiego), którzy byli wyczuleni na "stan biblijny" polszczyzny, posiadali umiejętność odbioru tkwiącej w języku boskiej inspiracji.
Przywołuje też autor w posłowiu "myśl Norwida o wielkim poecie, który przychodzi, gdy wielkich poetów nie ma" - myśl, która leżała u podstaw głównej tezy mojego referatu na rzymską sesję o Quidamie jako poemacie o czterech wieszczach, tej mianowicie, że Norwidowi chodziło w tym utworze o narzucenie swojej pozycji jako wieszcza po odejściu Słowackiego, Mickiewicza i Krasińskiego.
Matywiecki cytuje też wiersz Różewicza, w którym wśród wymierających gatunków "motyli ptaków / poetów / o imionach dziwnych i pięknych" pojawiają się "Miriam Staff Leśmian / Tuwim Lechoń Jastrun / Norwid".
Z jednym miejscem natomiast, w którym pada nazwisko Norwida, chciałbym polemizować. Matywiecki cytuje Wata, z Dziennika bez samogłosek: "Chropowatości, syczące zbitki, nieładność naszej mowy - skarb dla poezji, w tym wielkość Norwida. I oto, co zrobił z nią genialny sztukmistrz Słowacki i w naszych dniach Tuwim, w jaką absolutnie giętką, niematerialną materię ją obrócił - nieszczęście dla dużego odłamu naszej poezji". Dla Matywieckiego zdania te są dowodem, że Wat nie podzielał radości z "cudu" poezji Tuwima, z tego, że jest ona jak perpetuum mobile - "urządzeniem niemożliwym, ale tutaj cudownie działającym". Uważam, że nie ma tu sporu między oboma poetami, "niematerialna materia" Wata to odpowiednik poetyckiego perpetuum mobile Matywieckiego. Słowo "nieszczęście" odnosi się, moim zdaniem, do tych poetów, którzy chcieliby osiągnąć tę absolutną giętkość, ale nie są w stanie, nie mają szans.
Tuwim tkwi

Czekając na lotnisku w Bazylei na samolot do Rzymu, czytałem wśród snującego się ospale tłumu subtelne i głębokie rozważania Matywieckiego o szczególnych miejscach w poezji Tuwima, w których dokonuje się "przemiana ciała w słowo i słowa w ciało, wysłowienie ciała i wcielenie słowa".
Matywiecki bada na przykład sposób, w jaki nazwisko Tuwima występuje w jego poezji. Cytowałem już przykład z wiersza Moje słowa. W innym wczesnym wierszu - Mój pogrzeb - pojawiają się afisze z napisem "J. Tuwim umarł". W tym samym czasie przyszły autor Rzeczy czarnoleskiej popełnił też hymn ku własnej czci, zatytułowany po prostu Julian Tuwim. Swoje imię upamiętnił również poeta w zabawnym liryku Ranyjulek. Ponadto znany jest dobrze wiersz Trawa, w którym zaklina: "Abym tobie i sobie / Jednym imieniem mówił: / Albo obojgu - trawa, / Albo obojgu - tuwim".
Matywiecki - autor ważnej książki o holokauście (Kamień graniczny) - zamyka te rozważania o "historii nazwiska ´Tuwimª w poezji Tuwima" analizą osadzonego w okupacyjnych realiach wiersza Matka, w którym pojawia się "trup mojego imienia", wyrzucony przez okno wraz ze zwłokami matki i leżący na otwockim bruku (to kolejny trop norwidowski, nawiązanie do słów "ideał sięgnął bruku"). I pisze: "W tym wierszu Tuwim, tracąc imię, traci też życie poetyckie, jego ciało umiera w poezji".
W następnym rozdziałku (cała książka składa się z mnóstwa krótkich esejów, z których każdy ma własny tytuł) Matywiecki omawia fragment wiersza Wieś ("Literami wszedł czerwiec w wieś, / Tkwi jak pestka twarda w mięsie wiśni") i powiada, że dwuwiersz ten nabiera sensu, gdy litery wymawia się cieleśnie - "tylko wówczas twarda, kostyczna sylaba ´wiecª wyjdzie ze słowa ´czerwiecª i stanie się pestką miękkiej ´cielesnejª sylaby ´wieśª".
Ładne, choć nie całkiem dokładne (czerwiec wchodzi w wieś i w wiśnię literami "wi"). Ale następne zdanie brzmi: "Podobnie Tuwim do wielu swoich wierszy wchodzi literami swojego nazwiska i tkwi niczym byt biologiczny w biologii swej poetyckiej mowy". Do wielu wierszy? Podobnie? Przecież i tu tkwi, w tytułowym słowie "wieś", w słowach "czerwiec" i "wiśni", w czasowniku "tkwi", fragment nazwiska Tuwim.
Ale zastrzegam z góry: to jedno z bardzo niewielu miejsc, w których miałoby się z Matywieckim ochotę polemizować czy raczej doprecyzować to, o czym zapewne myślał, o czym w innych miejscach książki mówi.
Dobrze mieć wśród obojętnego tłumu pasażerów swojego poetę i jego wnikliwego interpretatora. Który w dodatku sam jest poetą.
W autobusie z rzymskiego lotniska akcent norwidowski: afisz przedstawienia zatytułowanego Ciceruacchio. To wznowienie, po 22 latach od premiery, komedii muzycznej, jaką w dialekcie rzymskim napisał Franco Negroni. Tytułowy bohater był rzymskim trybunem w niespokojnych latach 1847-49, popularność zdobył sobie podczas powodzi, kiedy to, będąc świetnym pływakiem, wyratował z Tybru wiele kobiet i dzieci. Norwid znał go osobiście, w jednym z jego listów zachował się rysunek przedstawiający rzymskiego trybuna ("Ciceruacchio, ale z-fantastyzowany").
Konferencja o Quidamie miała zbyt obszerny program, żeby móc choćby wysłuchać wszystkich referatów (czasami zajęcia odbywały się w równoległych sekcjach), nie będę jej więc szczegółowo relacjonował. Podobnie jak w Kazimierzu nad Wisłą, gdzie dotąd, co dwa lata, odbywały się "Colloquia Norwidiana", najważniejsze były wyczerpujące i swobodne dyskusje. Dni obrad przeplatały się ze zorganizowanym zwiedzaniem Rzymu śladami Norwida.
Magiczna pora, magiczne miejsca
Główny bohater poematu Norwida, przypomnę, jest młodzieńcem z górnego Epiru, na pograniczu Grecji i ziem słowiańskich, który za czasów cesarza Hadriana przybył do Rzymu i poszukuje prawdy. Czwarta i piąta pieśń poematu rozpoczynają się o dziwnej porze: "Pomiędzy świtem a nocy zniknięciem". Dwie uczestniczki konferencji spotkały w wędrówkach po Rzymie młodego człowieka, który przybył do Rzymu bodaj z Rumunii. Opowiedział im, że Rzym ma swoją magiczną porę, kiedy odsłania zupełnie inne oblicze: tuż przed świtem, kiedy kończy się noc. Współczesny Quidam?
Dla mnie magiczne były dwa miejsca. Pierwsze to bazylika Santa Maria in Cosmedin. Zbudowana na miejscu dawnej świątyni Herkulesa, przy placu, który służył jako targ wołów (Forum Boarum) i w pobliżu którego ginie jeden z bohaterów poematu Norwida, od czasu papieża Hadriana służyła przybywającym do Rzymu Grekom. W przedsionku tłumy turystów przyciągają Usta Prawdy - każdy śmiało wkłada rękę w otwór marmurowej tarczy, odczuwając lekki dreszczyk na myśl, że może jednak kamienna pułapka mu się na dłoni zatrzaśnie. Mocniejsze emocje czekają tych, którzy wejdą do środka świątyni: jakieś kosmiczne siły sprawiają, że człowiek pozbywa się gorsetu konwencji i otwiera. Dla mnie centralnym punktem przyciągającym uwagę stała się w tej świątyni ozdobna owalna puszka z relikwiami świętego męczennika. Na czaszce opaska z imieniem VALENTINI, poniżej, w miejscu ust (zachowały się tylko górne zęby) - inna opaska, ze słowem PATIENTIA. Do tego bizantyjskie malowidła, silny zapach kadzidła i greckie śpiewy. Atmosfera przedziwnie eklektyczna, chciałoby się rzec: ekumeniczna, w duchu prawdy, która bywa silniejsza od poszczególnych kultów, wyznań, obrządków i denominacji.
I drugie miejsce magiczne: willa Hadriana w Tivoli. Olbrzymi kompleks budynków, częściowo zrujnowanych, ale dających pojęcie o skali tego architektonicznego przedsięwzięcia. Kunsztowny system parkowej roślinności. I mała wysepka z kolumnami. Stąd cesarz, kierując się własnym sumieniem albo radami tych, których do swej samotni dopuścił, rządził rozległym imperium, które zresztą, jak pisze w Quidamie Norwid, "Naocznie zwiedził, w wielkich dwóch podróżach / Wolę i ludzi poznał wewnątrz żywych". Wola Hadriana umiała odcisnąć się tym miejscu trwale, mimo upływu dwóch tysiącleci.
"Zwiedzaliśmy także willę Hadriana, wielką ruinę fantazji jednego człowieka, streszczenie świata dla jego władcy". Tak zaczyna się opis willi i parku w eseju Władysława Kulczyckiego Tivoli (Wyjątki z Pamiętnika), opublikowanego w krakowskim Czasie w roku 1856. Czytałem ten esej na głos uczestnikom konferencji tam na miejscu, mając za plecami strzaskane kolumny, a przed sobą krzaki bukszpanu i w głębi oliwny gaj. O tym eseju Norwid napisał w liście: "Żeby tak cały Rzym i Włochy skreślono, jak wspomnienia o Tivoli, byłaby przynajmniej jedna książka o Włoszech w literaturze polskiej nie naśladowana z obcych wojażów niesumiennych".
A i w książce o Tuwimie jest mądry cesarz Hadrian obecny, choć próżno by jego nazwiska szukać w indeksie. To jemu przecież przypisuje się autorstwo piosenki Animula vagula blandula, którą Tuwim sparafrazował w Piosence umarłego: "Dusza z ciała wyleciała / Na zielonej łące stała".
Jakiś Człowiek
W Norwidowskiej koncepcji bohatera zbiorowego każdy może być "quidamem", jakimś tam człowiekiem, kimś, kto przypadkowo, jakby zastępczo staje się ofiarą. Tuwim musiał o zawartej w poemacie koncepcji pamiętać, kiedy pisał Pomnik i mogiłę - przemówienie (niewygłoszone) na uroczystość odsłonięcia pomnika Bohaterów Getta Warszawskiego. Z tłumionym patosem zwracał się do zmarłych Żydów, wyzwolony z wszelkich więzi narodowych, mówiąc: "Jestem Rodzaj Ludzki. Stoję tu, opromieniony najwyższym moim człowieczym dostojeństwem: poczuciem, że jestem Każdy i Wszyscy. Trzeba to głęboko zrozumieć, aby godnie ocenić. Przyszedł tedy Jakiś Człowiek - i głosi swoje człowieczeństwo". I dalej: "Przyszedłem - Jakiś Ktoś, jakiś Pierwszy Lepszy - aby przy tym pomniku i nad tą mogiłą wzniecić płomień człowieczeństwa".
Piotr Matywiecki słusznie przywiązuje wielką wagę do tego mało znanego tekstu Tuwima. Nie wiąże go wprawdzie z poematem Norwida, ale podejrzewam, że wiem, dlaczego. Pomnik i mogiła to bowiem w jego ciekawej interpretacji tekst, w którym dokonuje się "straszliwe przejście" od ludzkiej, egzystencjalnej nagości - do "tryumfalistycznego skoku na ideologię". Trudno się dziwić, że w takim kontekście zabrakło miejsca dla Norwida.
Laury, wawrzyny
Ostatniego wieczoru sesji profesor Stefan Sawicki, nestor lubelskich norwidologów, inicjator nowej edycji Pism wszystkich Norwida, której tom pierwszy właśnie się ukazał - starym rzymskim zwyczajem uwieńczony został prawdziwym wieńcem laurowym. Wątek wawrzynu i liścia laurowego przewija się wielekroć przez Twarz Tuwima. W słynnej walizie poety, która - częściowo zbutwiała - przetrwała wojnę, była "koperta z liściem z grobu Shelleya, zerwanym przez Żeromskiego". Koresponduje z tą informacją cytat z relacji Iwaszkiewicza o pogrzebie Gałczyńskiego: "Staliśmy twarzami do siebie i widziałem, że Tuwim jest blady jak trup. Gdy Andrzejewski miał go zastąpić, zerwał laurowy listek z wieńca leżącego na trumnie i schował go sobie na sercu". Portret Tuwima stylizowanego na Dantego, rysowany w roku 1946 w Londynie przez Janinę Konarską, nie ma wprawdzie wieńca, ale odwołuje się do pierwowzoru z laurem. W Kwiatach polskich pojawiają się enigmatyczne "wieńce makartowskie" (skojarzone z obrzękłą od płaczu twarzą Wieniawy na pogrzebie marszałka Piłsudskiego) - odbrzmiewają one echem w przywołanym przez Matywieckiego cytacie z Traktatu poetyckiego Miłosza: "´Pod Pikadoremª hucząc nie odgadli / Że gorzki w smaku bywa liść wawrzynu".
Książka Piotra Matywieckiego zasługuje na uwieńczenie każdą istotną polską nagrodą literacką - i pewnie nie dostanie żadnej. Bo bardzo gruba, trudna i w dodatku poświęcona poecie, który wyszedł z mody. Ale znajdą się tacy, co Twarz Tuwima docenią.
