Przegląd Polski 27 lipca 2007

Żabką przez Atlantyk

Wyspa na jeziorze

Marek Kusiba

Na powale pisarskiej pracowni przyczepiona pineską kartka, na niej flamastrem zapisane zdanie: "Ani jeden dzień bez kreski. Pliniusz Młodszy". Na innej: "Ile włożysz, tyle wyjmiesz - czyli, jak powiedział Rybakow, żeby napisać trzeba pisać. Słowem: pisarstwo nie jest kontem bankowym ani cudem w Kanie Galilejskiej, nie ma w nim samorozmnożenia". Na kolejnej: "Parandowski o Petrarce: po sześćdziesiątce zaczął się spieszyć". I jeszcze takie: "Siedzę w domu jak ćwiek i piszę... Mało widzę osób mających stosunki z publicznym życiem; słychać tylko, że się ciągle kłócą. Mickiewicz do Kajsiewicza". I kartka z napisem "To jest człowiek" i nieporadnym szkicem postaci ludzkiej, podpisana: "Ania S.". Na stole i biurku setki piór, długopisów, flamastrów, ołówków w kubkach i koszykach. Kolekcjonował pióra i długopisy. Tymi prezentami cieszył się jak dziecko. Na osieroconym biurku Poradnik dla kolekcjonerów, ułatwiający wybór i zakup piór współczesnych i dawnych Jonathana Steinberga.

W poniedziałek 23 lipca minęło pół roku od wyprawienia się Ryszarda Kapuścińskiego w najdłuższą ze swych podróży. Był poetą, reporterem i pisarzem - w takiej właśnie kolejności literackich fascynacji i zatrudnień. "Ja od poezji zaczynam dzień i kładę się do łóżka z tomikiem wierszy" - powiedział mi na kilka tygodni przed pójściem do szpitala przy ulicy Banacha w Warszawie, z którego już nie wrócił. Do szpitala zabrał pięć książek: dwie Balzaka (Jaszczur i Eugenia Grande), po jednej Sebalda (Wyjechali) i Miłosza (Dalsze okolice) oraz Pana Tadeusza. Ostatnia napisana przez niego książka, Lapidarium VI, kończy się wierszem Ezry Pounda Wyspa na jeziorze.

Był taką samotną wyspą na jeziorze literatury polskiej i jedną z największych wysp w archipelagu literatury światowej. Gdy w 1986 r., już po zagranicznych sukcesach Cesarza i Szachinszacha, wydawał pierwszy, skromny tom wierszy Notes, wielu kolegów po piórze zachodziło (czytaj: pukało się) w głowę - a na co mu to? On wiedział. Zaczął od poezji i nigdy jej nie zdradził. Poezję wpisywał, wtapiał, rozpuszczał w swoich reportażach. Znajdziemy jej tam więcej niż w niejednym poetyckim tomie niejednego z "zawodowych" poetów - o ile pisanie wierszy można nazwać zawodem, chyba że miłosnym: "Bo ja, ten, tego, tam z miłości panie, uprawiam ten, tego, tam pisanie" (zasłyszane). Nie wyobrażał sobie, aby mógł cokolwiek napisać nie czytając poezji.

Trudno dziś ustalić z aptekarską dokładnością, ile poetyckich proszków zażył, zanim zapisał zdanie. Ale poezję łatwo wypreparować z jego tekstów. Całe fragmenty Lapidariów to gotowe wiersze. Mówił, że poezja uczy dyscypliny językowej, koncentracji, syntetyzuje nasze doznawanie świata, jest skarbnicą słowa jako szlachetnego kruszcu, walczy o jego czystość, o jego jakość. I dodawał: "Napisanie i wydrukowanie dobrego wiersza sprawia mi zawsze ogromną satysfakcję". Będąc reporterem z zawodu, z ducha był poetą. Często w rozmowach podkreślał nierozdzielność tych dwóch kondycji pisarskich: ciekawości faktów oraz właściwej poecie uważności.

Samodzielnym wierszem zadebiutował w 1949 r. w tygodniku Dziś i Jutro - na rok przed Zbigniewem Herbertem. W podróże zabierał zawsze tomiki. Opowiadał kiedyś, jak podczas samotnych wieczorów pod rozgwieżdżonym niebem Sahelu czytał zabrane ze sobą w podróż wiersze znanego wtedy tylko nielicznym, wybitnego poety Janusza Szubera. Niedawno Janusz pokazał mi kartkę od Kapuścińskiego. Nie tylko zabrał na wyprawę jego najnowszy tom, ale go naprawdę przeczytał i przeżył, a także pofatygował się na afrykańską pocztę, żeby o tym donieść nieznanemu mu osobiście poecie w dalekim i egzotycznym niczym Sahel - Sanoku... Czytał młodszych, przekładał starszych, albo ulubionych, i to z kilku języków. Najczęściej sięgał po wiersze Audena, Pounda, Elliota, Lovella, Szymborskiej.

Niezwykły to był człowiek, zrobiony z materiałów, jakie już dawno wyszły z użycia. A jednak skrojony na ludzką miarę, łatwy w obcowaniu i przystępny w czytaniu. Przejrzysty w intencjach, wierny w przyjaźniach, nieustępliwy w pisarskim boju. W ostatnich latach często polegiwał, ale i na leżance, a potem w szpitalu, cały czas pracował. Był monotematyczny: pisanie i pisanie. A co za tym idzie, albo idzie przed tym, a na pewno wyprzedza czynność pisania - czytanie. Zachłanne. Pożerał książki, gazety, czytał nawet kwity z pralni i ogłoszenia na słupach. I w tych wszystkich znakach na papierze znajdował ciekawy materiał. Za pustym krzesłem w pracowni spiętrzone na półkach tomy filozofów. W pobliżu biurka, na długim stole setki tomików poezji, dziesiątki antologii poezji w kilku językach.

Za oknem pracowni, na blaszanym dachu garażu, wygrzewają się w słońcu te same od lat trzy koty sąsiada. Lubił na nie patrzeć, podglądać ich leniwe rytuały. Musiał im chyba zazdrościć tego nieśpiesznego żeglowania po bezmiarze czasu dziewięciu żywotów...

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail