Przegląd Polski 3 sierpnia 2007

Kartki ze skażonej strefy

EWA BERBERYUSZ

Kawaleryjska jazda. Nie umiemy inaczej. Dwudziestodwuletni kierowca wiezie polskich pielgrzymów po Europie od sanktuarium do sanktuarium. Wracając z La Sallete, Francja, wybiera drogę krótszą, ale karkołomną, zakazaną nie tylko dla autokarów, ale nawet małych ciężarówek. Na tym małym odcinku szosy w pobliżu wioski Vizille w trzech najpoważniejszych wypadkach, do których doszło w 1970, 1973 i 1975 roku, śmierć poniosło 77 osób. Wmurowana jest stosowna tablica. Postawiono odpowiednie znaki drogowe. Kierowca zignorował jednak wyraźne zakazy. "Jakoś to będzie!". Chce zdążyć na umówiony nocleg w Niemczech. Nie wyhamowuje. Autokar spada w przepaść. Na miejscu ginie 26 pielgrzymów.

Żałoba narodowa we Francji i w Polsce przybiera niespotykane rozmiary. Prezydenci Sarkozy i Kaczyński są na miejscu wypadku. Samoloty i wszelka pomoc dla poszkodowanych i rodzin.

Tragedia, wiadomo, straszna. Ale któż to słyszał, żeby wysyłać młodego, niedoświadczonego kierowcę (zaledwie po ośmiu miesiącach praktyki!) na alpejskie turnie?!

***

W tym samym czasie jechałam przez płaskie Mazowsze. Na stacji benzynowej, gdzie się zatrzymałam, podszedł do kasy słaniający się na nogach wyrostek: - Żywca! - zapiszczał. Spojrzałam w tył: rozklekotany samochód wypełniony po brzegi kompletnie pijaną młodzieżą. Też jechali po śmierć. Bilans wypadków drogowych w Polsce rośnie. Przyjmujemy to z westchnieniem smutku, ale z zupełną biernością. Czasem drogowa tragedia wstrząśnie nami za sprawą mediów (jak ta we francuskich Alpach), ale na ogół - cóż... (glosa: w radiu podano, że w ostatni weekend w Polsce na drogach w wypadkach zginęły w sumie - kierowcy, piesi, rowerzyści - 24 osoby. Żałoby narodowej nikt nie ogłaszał).

Technika sprawia, że żyjemy dłużej, ale i giniemy gwałtowniej. Polacy wydają się szczególnie podatni na podejmowanie ryzyka. Drogowskaz wskazywał naszemu młodziutkiemu kierowcy drogę do Grenoble dłuższą i zapewne nudniejszą. Na pewno nie zdążono by na zamówioną kolację. Koń przyspiesza biegu, gdy czuje bliskość stajni... Kierowca wybrał więc drogę na skróty. Z góry na pazury. Typowe. Wieść niesie, że nie znał się na systemie dodatkowych hamulców, uruchamianym w ostateczności. Albo nie zdążył. Prokuratura francuska i polska badają.

***

W tym samym czasie, w którym autokar z pielgrzymami spadał w przepaść, trąba powietrzna - zjawisko dotychczas w Polsce mało znane - unicestwiła w powiecie częstochowskim dwie wsie. Mieszkańcy uszli z życiem, wsie zmiotło z powierzchni ziemi. Z pomocą spieszą ludzie dobrej woli - zewsząd. Ale są to przypadkowi ochotnicy. Firmy, pojedyncze osoby. Samorząd jakby śpi.

W Polsce utarło się już kapitalistyczne powiedzenie: "a gdzież tam gołodupiec pomoże biednemu?!". Ale samorządy bynajmniej nie są gołodupcami. Mają środki. Coraz większe. Niestety, idące na popieranie swoich. (Rozbrajające było wyznanie posłanki Samoobrony z trybuny sejmowej: "No, przecież my też mamy rodziny, dzieci, musimy gdzieś ich upchnąć..." - prośba o zrozumienie w oczach).

- To dlatego, że Polska jest krajem bez obywateli - mówi człowiek (ale to już przy innej okazji), którego zwą Warszawiak.

***

Okazją, o której mówię, było "białe miasteczko", które rozłożyło się pod siedzibą Rady Ministrów w Alejach Ujazdowskich w Warszawie. Pielęgniarki z całej Polski koczowały w namiocikach. Pokojowy protest w celu uzyskania podwyżki płac, haniebnie niskich.

Gdy próbowały stanąć tuż przed budynkiem w celu negocjacji, zostały zepchnięte przez policję na trawnik przy ogrodzeniu Łazienek Królewskich. Stało się to o godzinie 7:19 rano. Odtąd w tym samym czasie budziły sumienie rządu łomotaniem plastikowych butelek napełnionych miedziakami. Symbolizowały grosze, jakie zarabiają. Czyniły to przez cały dzień, co godzinę. Orkiestrę butelek wzbogacał bęben, na którym bębnił młody historyk zajmujący się historią ruchów pracowniczych. Przyłączał się, kto mógł, wrzało wesołe życie.

Ludzie chodzili na spacer nie do Łazienek, ale do sióstr. Milej niż w parku. Bielały fartuchy i pielęgniarskie czepki, które - niestety! - znikły już ze szpitali. Można było napić się kawy, przysiąść na murku, pogadać, zaproponować kąpiel we własnym domu, no i popatrzyć. Dużo się dzieje.

Smażyły konfitury z wiśni, mierzyły przechodniom ciśnienie, miały samorząd. Powstał też Biały Uniwersytet, zainagurowany wykładem profesora Karola Modzelewskiego o systemie negocjacji. Krzysztof Daukszewicz dawał koncerty. Znany plastyk zrobił plakat powielony w stu egzemplarzach. Nie powiesiły. Zabrały do swoich szpitali. Bo pracy nie opuściły. Zmieniały się...

W parku pałacowym w podwarszawskich Oborach odbywał się rodzinny piknik bogatego Banku Handlowego. Przysiadłam się do dyżurnej pielęgniarki, pijącej kawę za kawą. - Gdzie pani była w nocy? - spytałam. - W "miasteczku". A teraz obiecali mnie zawieźć do mojego szpitala na dyżur...

"Białe miasteczko" pielęgniarek przed Urzędem Rady Ministrów rządziło się wzorowo. Lepiej niż niejedna gmina. Miało mądre władze; burmistrzynię i szeryfa. Miało kolorową własną gazetę Kurier Białego Miasteczka.

- Warszawiacy są wspaniali - mówiły. - Przynoszą jedzenie, koce, śpiwory, plandeki, przydatne, gdy nagle z nieba spada ściana deszczu. Od upałów chronią lipy. Gorzej mają pilnujący nas policjanci. Nie wolno im od nas przyjąć ani jedzenia, ani okrycia od deszczu, ani nawet uśmiechu. Surowo zakazane. Ale dobrze, że są, bo chuligani nie napadną.

***

Kiedy pielęgniarki likwidowały "białe miasteczko", łzom, zarówno sióstr, jak i odwiedzających, nie było końca. Ale dłużej tu stać nie było sensu. Urząd Ministrów opustoszał. Ministrowie wyjechali nad ciepłe morza. - Przyjedziemy we wrześniu, jak wrócą władcy - obiecują. I wiem, że tak zrobią.

Czy coś uzyskają przy tym naszym targanym niepewnościami losie politycznym? Wątpię. Ale to, co zrobiły, stanowiło dobrą lekcję obywatelskości. Serce rosło.

Ale, ale... Gdy w tym samym czasie w niedalekim Konstancinie, w renomowanym ośrodku ortopedycznym poddawałam się zabiegom, i gdy zagadnęłam rehabilitantów: - A pod URM-em to się dzieje, co? - otworzyli oczy: - A co to jest URM?

Tak blisko, a tak daleko.

***

- Jako całość narodu nie jesteśmy obywatelami. Jesteśmy stadem - powiedział człowiek światły, o doskonałym umyśle: - Polacy jako naród zaistnieli przez przypadek. To jeszcze plemię.

Niestety, istnieją sytuacje, które tę tezę potwierdzają.

Tadeusz Rydzyk (nie przechodzi mi przez usta słowo "ojciec") obraził żonę prezydenta nazywając ją czarownicą, która powinna poddać się eutanazji; jej spotkanie z dziennikarkami nazwał szambem ("bo nie sposób mówić, żeby była to perfumeria", tak się wyraził); podczas wykładów na swoim "uniwersytecie" sieje antysemityzm; czepia się imiennie zasłużonych ludzi bez żadnych podstaw - właściwie nienawiść, nienawiść przeziera z każdego jego słowa. W jego świecie są albo wiernopoddani, albo wrogowie. Pewny swoich wiernopoddanych, traktuje ich z coraz większym lekceważeniem, wrogów - z coraz bardziej zaciętą złością.

Opublikowane przez tygodnik Wprost zapisy nagranych wykładów Rydzyka zbulwersowały katolików. Pod apelem do władz kościelnych podpisało się kilkaset najświatlejszych osób ze świata kultury, "żeby coś z tym zrobić". Apel wystosowano do generała głównego zakonu redemptorystów, ojca Josepha Tobina. Spodziewano się pozytywnej reakcji. Ja byłam sceptyczna; myślałam: najwyżej go upomni. Nawet tego nie zrobił. Nie upomniał. Odesłał sprawę do decyzji krajowego prowincjała, ojca Zdzisława Klafki. A ten, choć na stole leżały dowody prawdy, uznał je za wredną manipulację.

Znany katolicki publicysta Jan Turnau pisze: "Wypowiedź ojca prowincjała osłupia. Szczególnie, że powołuje on się na swego rzymskiego zwierzchnika. Trudno zrozumieć, jak doszło do takiego odwrócenia kota ogonem...".

A mnie łatwo: redemptorystami rządzi dziś Rydzyk. Prowincjał jest najwyżej jego asystentem.

Nie można oprzeć się wrażeniu, że to polski episkopat popełnił gdzieś na początku błąd, nie ściągając Rydzykowi cugli. Kunktatorstwo rzadko popłaca.

***

Odnoszę wrażenie, że w Polsce w zastraszającym tempie narasta zjawisko społecznego zobojętnienia. Tracimy wrażliwość, coraz rzadziej dziwimy się. Niedawne dwie wypowiedzi premiera, że w sprawach własnościowych (spory na tzw. ziemiach odzyskanych) sądy powinny kierować się nie prawem, ale "polską racją stanu", a polityk oskarżony o przestępstwa powinien udowodnić swą niewinność (a nie jemu powinna zostać udowodniona wina), w każdym normalnym demokratycznym kraju wywołałyby prawdziwą burzę. Tym bardziej że premier jest przecież prawnikiem. U nas żadnej reakcji. Nic poza krótkimi notkami odnotowującymi te wypowiedzi. Cisza. Czy bombardowana przez polityków chamstwem, niekompetencją, arogancją nasza wrażliwość całkowicie już zobojętniała? Byłoby to społecznie niesłychanie groźne.

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail