Przegląd Polski 3 sierpnia 2007

Żabką przez Atlantyk

Felieton o niczym

Marek Kusiba

Pisanie jest jak pudełko czekoladek - nigdy nie wiesz, na jakiego czytelnika trafisz. Nie jest to zdanie wyjęte z Forresta Gumpa (tzn. z filmu) ani z ust tytułowego bohatera (tzn. Forresta Gumpa). Przyszło mi do głowy bladym świtem po nocy spędzonej nad książką, której nie mogłem przestać czytać. Są książki posiadające czasami tylko tę jedną zaletę: że nie sposób je przestać czytać. Podobnie jak kobiety, posiadające wiele zalet, ale tę jedną szczególną: że nie można ich przestać słuchać, to na pewno, no i czytać, poznawać wyznawane treści po ruchach warg, gdy uszy się zakryje, by nie słuchać. Rozczytuje się taką pacjentkę jak nagryzmoloną receptę, żmudny proces odcyfrowania jej zawiłej składni i jeszcze bardziej skomplikowanej interpunkcji, tudzież pokrętnej ortografii, trwa czasami lata całe i wiemy jedynie to, że kobieta jest jak pudełko czekoladek: nigdy nie wiesz, kiedy cię trafi tym jednym zdankiem na punkt, tak że leżysz na deskach i myślisz, że to koniec, żegnasz się z tym west padołem, z tym east(nym) rajem na ziemi, a ona przytula się do ciebie i pyta słodziutkim głosikiem: kawusi czy herbatusi, kochaniusi? Mamusi! - krzyczysz w rozpaczy i krzyk ten budzi cię z drzemki, w jaką mimo wszystko zapadłeś po nocy spędzonej nad książką, której nie sposób, etc.

Tytułu książki, której nie sposób przestać czytać, oczywiście nie podam, by nie ułatwiać życia konkurencji. Co by mi z tego przyszło, gdyby garstka czytelników tej kolumny porzuciła ją dla książki, której, etc. Musiałbym pisać jedynie dla pewnej trójcy o świętej cierpliwości, dla trójki najwytrwalszych, która od sześciu lat z okładem śledzi ruchy tej żabki na szerokim przestworze Przeglądu Polskiego, informując mnie skwapliwie, kiedy łódka nabiera wody albo idzie całkiem na dno. Tak było i przed tygodniem, ale w moim czytelniczym obozie nastąpił pewien rozłam, a nawet cała rokosz. Dwoje napisało, że ledwo-ledwo, ale jakoś przepłynąłem, a jedna uznała, żem zszedł na psy i poszedł na dno, podając argumentację, o której nie mogę przestać myśleć, bo jest jak książka, której nie sposób, etc., albo kobieta, której nie sposób, etc. Miła memu sercu Czytelniczka wypowiedziała zdanie, które poruszyło najgłębsze pokłady, a raczej złogi mego felietonowego urobiska. Stwierdziła mianowicie, że jak już nie mam o czym pisać, to piszę o pisaniu.

Zrazu mnie zatkało, a potem zacząłem się tłumaczyć: że przecież Słonimski, że sanacja, przedwojenna i obecna, że zarobki Pilcha, że handel żywym towarem piszących publicystów i innych felietonistów, że to, że tamto. Wszystko ładnie, ale mi się nie podoba, że piszesz o pisaniu, jakby nie było ważniejszych tematów - stwierdziła, utwierdzając tylko mnie w przekonaniu, że pisanie jest jak pudełko czekoladek - nigdy nie wiesz, na jakiego czytelnika trafisz. Trochę mną też zatrzęsło, bo zatrzęsła posadami i nadwerężyła moje własne przekonanie o celowości pisania, pisania nie tylko o pisaniu, ale pisania w ogóle. Nie mogę jednak zostawić tematu bez odpowiedzi, bo osoba, o której mowa, należy do nielicznych nieomylnych, to znaczy do bardzo wąskiej grupy ludzi, jaka stąpa po tej jednej i jedynej we wszechświecie ziemi, której opinie jakoś zawsze znajdują potwierdzenie w tak zwanym życiu. Jest coś na rzeczy, jakby rzekł pewien polityk z LePeRu lub Samejbrony, patrząc po drugiej czystej w toń wód przeczystą. "Tak, jest coś na rzece, panie ministrze", pospieszyła ze skwapliwym przytakiwaniem usłużna i posłuszna we wszystkim ministrowi tak zwana asystentka. "A, widzę, płyną jakieś zwłoki". "Tak jest, drogi ministrze, to płyną zwłoki (tu wpisać nazwisko jakiegoś znienawidzonego przez obóz rządzący publicysty)".

Piszę o pisaniu, zamiast pisać na przykład o zbieraniu znaczków pocztowych albo o życiu po życiu (godziwym), droga Czytelniczko, bo lubię. Na takiej samej zasadzie, jak moja śp. Mama lubiła rozmawiać o gotowaniu, czyli czynności, na której się znała, która ją pochłaniała, by nie powiedzieć - wypełniała jej życie (znacznie więcej czasu niż na gotowaniu moja Mama spędzała na staniu w kolejkach po trudne do zdobycia ochłapy). Uważam, że dobrze jest znać się na czymś, gdy się pisze, więc jeśli piszący zna się jako tako na pisaniu, to niech o nim pisze. W końcu żyje z tego cała armia krytyków literackich, którym marnego ich zajęcia serdecznie współczuję, bo żyć muszą, a pisać za bardzo o czym nie mają, jako że ukazuje się coraz mniej książek, których nie sposób przestać czytać, a coraz więcej takich, których lektury nawet nie sposób napocząć. Odrzucają już samym tytułem i szkaradzieństwem na okładce.

I tak oto, po wielkich trudach włożonych w napisanie kolejnego felietonu o niczym, czyli o pisaniu - wedle definicji mojej Czytelniczki - dobrnąłem do ostatniego zdania, które, podobnie jak cały ten felieton, ma tę przewagę nad pewnymi książkami, których nie sposób przestać czytać, że kończy się już po pierwszych dwóch stronach maszynopisu, w tym właśnie miejscu...

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail