Przegląd Polski 10 sierpnia 2007
- O praktykowaniu pogranicza w dialogu z Czesławem Miłoszem - Krzysztof Czyżewski
- Nasza ojczyzna-polszczyzna - Krystyna S. Olszer
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
O praktykowaniu pogranicza
w dialogu z Czesławem Miłoszem
Czesław
Miłosz podczas odwiedzin w klasztorze wigierskim. Za plecami poety -
Krzysztof Czyżewski.
Zdarzyło się, że spotkałem Czesława Miłosza nieopodal Krasnogrudy, razem z moją żoną Małgorzatą, po raz pierwszy w życiu, zupełnie niespodziewanie. Przyjrzyjmy się bliżej wszystkim okolicznościom tego spotkania.
Krasnogruda. Nazwa wskazuje nie tylko na piękno niezwyczajne miejsca położonego w polodowcowym pejzażu wzgórz, jezior i lasów, także na czerwone zabarwienie tutejszej gleby. W dodatku po litewsku grudes znaczy ziarno. Dwór Krasnogruda położony jest w odległości ośmiu kilometrów od Sejn, tuż przy granicy polsko-litewskiej. Pierwsze o nim wzmianki pochodzą z połowy XVII wieku. Od końca XVIII wieku do czasu drugiej wojny światowej jego dzieje związane są z historią dwóch rodzin ziemiańskich, Eysymontów i Kunatów. Matka Czesława Miłosza, Weronika, była z Kunatów, jej ojciec pochodził z Krasnogrudy. W najbliższej okolicy znajduje się wioska Krasnogruda, zamieszkana głównie przez Litwinów, dalej wioska Sztabinki, w której żyją coraz mniej liczni tutaj staroobrzędowcy, oraz Żegary, z ufundowanym przez właścicieli dworu kościółkiem, która to nazwa (od rozżarzonych węgli przenoszonych do pieca na rozpałkę) znawcom literatury polskiej kojarzyć się może z poetycką grupą katastrofistów wileńskich Żagary, której Miłosz był członkiem. Po wojnie ziemię rozparcelowano, a dwór przejęło państwo. Urządzono w nim niewielkie mieszkania dla robotników leśnych. Co się dało, rozkradziono. Sady wycięto, budynki gospodarcze rozebrano. Park zarastał i dziczał. "Przedzierałem się gąszczem - pisał Miłosz w wierszu Powrót - tam gdzie kiedyś był park, ale nie znalazłem śladów alei". Wszystko popadło w ruinę. Okolica pełna była śladów końca świata "starej cywilizacji" (jak nazywał obszary pogranicza dawnej Rzeczypospolitej Jerzy Stempowski): zrujnowane dwory, puste klasztory, świątynie zamienione na karczmy albo magazyny nawozów sztucznych, trakty handlowe urywające się na świeżej, bo po pierwszej wojnie światowej przeprowadzonej granicy, potężne przęsła zagubionych w lesie mostów, które niczego już nie łączą i nigdzie nie prowadzą, zaniedbane cmentarze z napisami w niezrozumiałych językach...
Gdy w 1989 roku Miłosz odwiedził Puńsk, "małą stolicę" Litwinów żyjących w Polsce, spotkał koleżankę z okresu studiów na Uniwersytecie Wileńskim, Władysławę Pojawis. Bardzo zaskoczony, zapytał: "Jak pani te wszystkie czasy przeżyła? - Od wszystkich uciekaliśmy" - odpowiedziała. Od z górą stu lat ludzie to miejsce jedynie opuszczali. Skrywali się w niszy oddalenia, bezimienności i milczenia, przenosili do miast, emigrowali za ocean, uciekali przed kolejnymi nawałnicami konfliktów i wojen, byli wywożeni w bydlęcych transportach w głąb imperiów, pozbawiani majątku i praw, wykorzeniani... "Innego końca świata nie będzie,/ Innego końca świata nie będzie" - powtarzał "siwy staruszek" w wierszu Miłosza Piosenka o końcu świata. Krasnogruda, dobytek materialny i duchowy dworu, pamięć o ludziach w nim mieszkających, cały jego kosmos, skazane zostały na zagładę.
Czas spotkania
Późny wrzesień 1989 roku. Trzy miesiące po wygranych przez Solidarność wyborach. Za kilka miesięcy (11 marca 1990 r.) Litwa ogłosi niepodległość. Granica ciągle jednak jest pilnie strzeżona. Wkrótce, obok polskiej i radzieckiej kontroli celnej, pojawi się jeszcze litewska. Po obu stronach tworzyć się będą wielokilometrowe kolejki samochodów, a na przekroczenie granicy czekać trzeba będzie czasami ponad dobę. Miłoszowi nie wolno jeszcze podróżować na Litwę, więc sekretnie spotyka się w Sejnach z delegacją twórców litewskich. Surowe prawa przebywania w strefie nadgranicznej z ZSRR (obowiązek meldowania się i donoszenia władzom, jeśli w okolicy pojawił się "obcy") nie są już przestrzegane.ż2
ż1 Idzie nowe. Choć władze lokalne nie zmieniły się jeszcze, nowi senatorowie z regionu Suwalszczyzny, Andrzej Wajda i Bronisław Geremek, mają już tu biuro Komitetu Obywatelskiego i przekonują ludzi do budowania nowej Polski. Przyszli członkowie zespołu "Pogranicza" prowadzą pierwsze rozmowy w sprawie utworzenia ośrodka w Sejnach. Początkowo urzędnicy nie są im życzliwi, wyjątkowo niejasna jest dla nich koncepcja pogranicza, posłuszni są jednak instynktowi przetrwania działacza na posadzie państwowej - nigdy nie iść pod prąd, zawsze z prądem. A ponieważ młodzi artyści przybywający z Poznania na odległą prowincję utożsamiani są z tym, co nowe, nikt nie ma odwagi powiedzieć im "nie" i negocjacje postępują.
Rusza proces zwrotu majątku dawnym właścicielom. Kościół odzyskał klasztor w Sejnach. Stara poczta powróci do rodziny przedwojennych właścicieli, po czym jeden ze spadkobierców odsprzeda budynek miastu, które z kolei przekaże go za symboliczną złotówkę Ośrodkowi "Pogranicze". Przekonanie o powrocie majątku w ręce dawnych właścicieli było tak silne, że za rzecz oczywistą uznano, iż ludzie z "Pogranicza", którzy zagospodarowali dawną synagogę i szkołę talmudyczną, są Żydami. Niektórym do dzisiaj trudno wytłumaczyć, że jest inaczej, ale to już inna sprawa.
Jesień była w pełni, na progu ulubionego przez Miłosza października. "Naprawdę nie oczekiwałem takiego daru od Pana Boga jak te dni tutaj" - zwierzy się później w wywiadzie. Wszystko wydawało się wtedy możliwe. Napotkawszy poetę niespodziewanie, przywitaliśmy się z nim i onieśmieleni poszli dalej swoją drogą. Dogonił nas w Sejnach. "Dlaczego tak uciekacie - powiedział z uśmiechem. - Może byśmy porozmawiali...".
Atsparumas
Czesław Miłosz. Przybywał do Krasnogrudy po ponad pięćdziesięciu latach. W młodości, najpierw jako uczeń gimnazjum im. Zygmunta Augusta, a potem jako student prawa Uniwersytetu Wileńskiego, spędzał we dworze, u ukochanych ciotek Kunatówien, Eli i Niny, prawie każde wakacje. Odwiedzał rodziców i brata, mieszkających w Suwałkach. Pływał w jeziorze Wigry. Smakował znakomite dania rybne u słynnej "mamy Fligeltaub", prowadzącej gospodę nieopodal synagogi w Sejnach. Dużo czytał, korespondował z Jarosławem Iwaszkiewiczem, przeżywał miłosne wtajemniczenia, pisał. Krajobraz Suwalszczyzny, krainy "za siódmym śniegiem", wietrznej nawet latem, z niezwykłą intensywnością obłoków i taflami jezior, na których łuszczy się fala, wszedł na trwałe do języka poetyckiego autora Trzech zim. Po raz ostatni podróżował tędy latem 1940 roku, uciekając "na zielono" z zajętego przez Sowietów Wilna do Warszawy przez cztery granice, szlakiem kurierskim Prusy Wschodnie - Rzesza - Generalne Gubernatorstwo.
Wcześnie doświadczył wygnania. Wiersz W mojej ojczyźnie, rozpoczynający się słowami "W mojej ojczyźnie, do której nie wrócę", napisał już w 1937 roku w Warszawie. Można go interpretować jako antycypację przyszłego losu emigranta. Ale emigracją był już sam wyjazd z Wilna do Kongresówki. Pozostawiał za sobą nie tylko ogród dzieciństwa, także dawne Księstwo Litewskie, co oznaczało przekroczenie granicy dwóch różnych kultur. Z Wilna musiał uciekać, bo naraził się nacjonalistycznie nastawionej administracji polskiej audycjami w radiu, w których, razem ze swoim ówczesnym szefem,Tadeuszem Byrskim, promowali wielokulturowość miasta, zapraszając chóry białoruskie albo Żydów wygłaszających pogadanki religijne. Nie rozrywał szat, bo doskwierała mu prowincjonalność Wilna i ciągnęło go już w świat. A potem były kolejne ucieczki, jak ta w 1951 roku ze stalinowskiej Warszawy do Paryża, gdzie poprosił o azyl polityczny. Po dziesięciu latach znowu ucieka, tym razem od kręgów francuskich intelektualistów i pisarzy, którzy nic nie rozumieli z istoty sowieckiego imperium. Na wiele dziesięcioleci przystań znajduje na Uniwersytecie Berkeley, gdzie zostaje profesorem języków i literatur słowiańskich. W 1993 roku, na koniec rozmowy o poszukiwaniu ojczyzny, powie mi: "Spostrzegłem, że miejscem, gdzie najdłużej w życiu mieszkałem, jest Berkeley w Kalifornii". Jednak to nie tam, na Niedźwiedzim Szczycie z widokiem na zatokę San Francisco, dane mu było doczekać kresu swojej tułaczki. Podróż będzie trwała dalej.
Miłosz doskonale wpisuje się w paradygmat wygnania, tak mocno zrośnięty z kondycją pisarza i "dziecięcia Europy" XX wieku. W kulturze polskiej paradygmat ten utrwalony został w epoce romantyzmu, przede wszystkim przez Adama Mickiewicza. Los autora Miasta bez imienia można by odczytywać jako wypełnienie powtarzającego się wzorca wędrówki z litewskiego matecznika, przez edukację na polskim uniwersytecie w Wilnie, prześladowania zaborców i tyranów, po ucieczkę i emigrację. A jednak żył wystarczająco długo, by ten wzorzec przekroczyć i otworzyć nową perspektywę. To, co stało się udziałem jego późnej biografii, przygotował wcześniej swoimi książkami. Kolejne tomy wierszy, a zwłaszcza poemat Gdzie wschodzi słońce i kędy zapada, powieść Dolina Issy, zbiory esejów przynoszące świadectwo duchowych poszukiwań, takie jak Rodzinna Europa czy Ziemia Ulro, one wszystkie wyrastały w pewnym sensie z niezgody na ostateczność wygnańczego wzorca losu, z litewskiego atsparumas - upartej wytrzymałości na wykorzenienie, połączonej z przeciwstawieniem się mu. Choć sprawa wyglądała równie beznadziejne jak próba lotu przezwyciężająca siłę ciążenia, nie zaprzestawał pracy, smagając się codzienną dyscypliną.
Po raz pierwszy możliwość powrotu do Polski otworzyła mu Nagroda Nobla i rewolucja Solidarności. W 1981 roku witany był jak wieszcz narodowy, na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim przyjmował tytuł doktora honoris causa, spotkał się z robotnikami w Gdańsku, gdzie odsłonięto pomnik Poległych Stoczniowców 1970 z cytatem z jego wiersza Który skrzywdziłeś, a w księgarniach ustawiały się długie kolejki po pierwsze od 1945 roku oficjalne wydania jego książek.
Darowane dni szczęścia
Podczas drugiego pobytu, niemal bezpośrednio po wyjściu z samolotu, pojechał na Suwalszczyznę. Potrzebował intymnej podróży, więc trzymał ją w tajemnicy przed mediami i znajomymi. Porównując ten pobyt z poprzednim, mówił: "Przechodzimy ewolucje, przechodzimy ciągłe zmiany. Myślę, że ten przyjazd zbiegł się również z moją wewnętrzną ewolucją w ciągu ostatnich ośmiu lat. Tak, że ten pobyt tu, na Suwalszczyźnie, jest niesłychanie ważny". Miał prawie osiemdziesiąt lat, a ciągle był w drodze, ciekawy nowego. Przybywał do miejsca "wielu sprzecznych przeżyć". Urywał szybko rozmowę o wrażeniach z pobytu w Krasnogrudzie: "... wolałbym nie mówić [o tym]. To zbyt intymne". Nie ukrywał, że są to dla niego darowane dni szczęścia. "Po dziesiątkach lat, będąc nad Wigrami, wreszcie miałem uczucie... powrotu". Nie był to jednak nostalgiczny powrót poety do miejsc swojej młodości. A przynajmniej nie tylko. Nie pozwalał, aby jego percepcja świata przesłonięta została rozpamiętywaniem tego, co było. Interesowało go wszystko, co stanowiło puls bieżącego życia: perspektywy młodego pokolenia, stosunki polsko-litewskie, programy ochrony środowiska...
W rozmowie z młodymi twórcami "Pogranicza" zdawał się troszczyć o jedno: by ich idea nie okazała się utopijną mrzonką, która pod naporem konieczności życiowych szybko się rozwieje, by to miejsce w okolicy Krasnogrudy przyjęło ich trwale. Konsekwentnie sprowadzał ich na ziemię, a koncept pogranicza do wymiaru codziennego praktykowania, które uwierzytelnia się nie w szybkich i efektownych rezultatach, a przez to, że nie ustaje. Historia ostatnich stuleci utrwaliła w tym zakątku świata poczucie krótkotrwałości i niepewności. Ledwie coś zaczynano budować albo odbudowywać po kataklizmie, a już nadciągał kolejny, pozostawiając po sobie pożogę, zmienione granice, nowych władców i brak poszanowania, jeśli nie nienawiść do tego, co było przedtem. I oto teraz on, powracający wygnaniec, który wszystkiego doświadczył, starał się im powiedzieć, że spotykają się w wyjątkowym momencie dziejów, bowiem dana jest im szansa zbudowania swojego życia na fundamencie długiego trwania (longue durée), i że nie jest to po raz kolejny wyłącznie beznadziejna perspektywa. Spotkanie z nimi, podobnie jak z wieloma innymi ludźmi, za którymi szło nowe, było także częścią silnie doznanego przez Miłosza uczucia powrotu. Nie stało się to samo z siebie. Pracował nad tym z taką samą dyscypliną jak przy pisaniu.
Obszerny fragment Wykładu Kopernikańskiego 2007, wygłoszonego przez Krzysztofa Czyżewskiego 30 marca br. w Rockham Amphiteatre na Uniwersytecie Michigan.
