Przegląd Polski 31 sierpnia 2007
- Dwie rewolucje - Sierpień '80 i Październik '56 - Kazimierz Wierzbicki
- Potrójne życie - Jan Zieliński
- Tajemniczy pan Adolf - Andrzej Beck
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
POD INNYM KĄTEM
Potrójne życie

Dlaczego tak trudno się od lektury tych wspomnień oderwać? Przede wszystkim dlatego, że stoi za nimi nieprzeciętny indywidualista, a zarazem człowiek pełny: Polak w wojsku carskim, o sympatiach socjaldemokratycznych, świetnie wykształcony i obdarzony talentem organizacyjnym, zmysłowy i zdolny do przeżywania stanów mistycznych, a w dodatku posiadający nieprzeciętne poczucie humoru sytuacyjnego. Karol Wędziagolski.
Dwie tożsamości
Ciekawy jest już punkt wyjścia, sytuacja autora. Pochodzący z polskiej rodziny szlacheckiej spod Wilna (herbu Pomian), trafił do petersburskiego korpusu kadetów. Z chwilą wybuchu I wojny światowej znalazł się na ziemiach polskich, a ponadto mianowany został nadzorcą zaopatrzenia. Funkcja ta obejmowała "zakup pszenicy, żyta i owsa od okolicznych ziemian, dostawy do młynów, remont dróg i mostów w rejonie korpusu". Stanowiła zatem dla młodego i przystojnego oficera rosyjskiej armii dobry punkt wyjścia do kontaktów z miejscową szlachtą z jednej strony, Żydami zaś z drugiej. Łatwo sobie wyobrazić, że taka sytuacja prowadziła do niecodziennych zdarzeń, które autor opisuje z wielkim poczuciem humoru, także, a o to zwykle najtrudniej, wobec siebie.
Rozmaite qui pro quo brały się z tego, że ziemianie z okolic Staszowa z trudem przyjmowali do wiadomości, iż ten oto człowiek w rosyjskim mundurze, odpowiedzialny za zaopatrzenie korpusu armii, nie jest wrogiem i okupantem, który serią kontrybucji doprowadzi ich do ruiny, tylko takim samym Polakiem jak oni, w dodatku wywodzącym się, jak oni, ze szlacheckiej, ziemiańskiej rodziny. Panny ze szlacheckich dworów przychylnym okiem patrzyły na dobrze wykształconego i dowcipnego młodzieńca w mundurze. Swoją drogą byłoby ciekawe prześledzić dzienniki Żeromskiego pod kątem ewentualnych zbieżności osób - okolice były te same, tylko czas akcji o kilkanaście lat wcześniejszy.
Karol Wędziagolski jest przykładem na to, że podwójna tożsamość narodowa, nawet w obliczu odwiecznego konfliktu między odnośnymi narodami, może wzbogacać, być źródłem ciekawych doświadczeń o skali wykraczającej poza jednostkowy los.
W jego przypadku dodatkowym elementem komplikującym sytuację stanowiły nabyte w młodości sympatie socjaldemokratyczne. Zarazem jednak to właśnie dzięki tym sympatiom i dzięki umiejętności rozmawiania z ludźmi niezależnie od ich stanu - zrewoltowani żołnierze rosyjscy jego właśnie wybrali na swego delegata.
Dwa bieguny
W pewnym sensie życie Karola Wędziagolskiego było rozpięte między dwoma biegunami - zmysłowości i mistycyzmu. O ile pierwsze nie dziwi w biografii oficera, zwłaszcza w burzliwych czasach wojenno-rewolucyjnych, drugie jest zjawiskiem rzadszym. Rzadka też jest umiejętność pisania - na przemian - o obu tych sferach ludzkiego doświadczenia nie w powieści, tylko w książce autobiograficznej.
"W oczach zaczęła się zmieniać z płochliwego zwierzątka w kobietę. Już ustąpiła jej obronna dzikość, już uderzyła we mnie zaczepnymi uśmiechami, to zuchwałymi, to dziecinnie nieśmiałymi, a w głębi czarnych oczu zapalały się skry tak straszliwie uwodzące i niewspółmierne do wpółdziecinnej urody, świeżej i czystej pod plamami sadzy jak lustro krynicy w zachwaszczonym bagnie moczaru. W układzie przyjemnych rysów, niemal klasycznie prawidłowych, nieskoślawionych nędzą i prostactwem Bóg wie jakiej rasy, paliły się wilgotną czerwienią wpółotwarte usta".
Ten opis przemiany napotkanej koło Seletyna nad Suczawą młodziutkiej zdziczałej dziewczyny, "łasicy", "górskiej kozicy" w kochankę przypomina Przemiany Owidiusza i najzupełniej trafnie rozdział opatrzony został tytułem Seletyńska nimfa.
"W ramie otwartych drzwi wydawała się ładna, choć wcale nie uderzająco piękna. Właśnie ładna i rewelacyjnie przyjemna. Wrażenie to pochodziło głównie od jakiegoś sprężonego potencjału wesołości, co się był czaił za sztywną maską konwenansu, koniecznego przy spotkaniu z nieznajomym. Wydawało się przecież, że zaraz, za chwilę pęknie to sztuczne napięcie powagi i ze ślicznych ust parsknie tak zaraźliwa wesołość, iż postronnemu, a już urzeczonemu świadkowi tej dziecinnej maskarady nie pozostanie nic innego, niż chwycić dziecko w ramiona i wycałować do utraty tchu w płucach".
Ten z kolei opis, w innych, cywilizowanych ramach umieszczony, przypomina raczej Kornela Makuszyńskiego. Młoda polska szlachcianka, w której domu w Czerniowcach Wędziagolski stanął kwaterą, otrzymuje etykietę kobiety "nie byle jakiej" ("nie byle jaką jest kobieta, którą się po pięćdziesięciu latach wspomina z takim samym podziwem i wzruszeniem jak po tygodniu rozstania").
Pamiętniki Wędziagolskiego funkcjonują w literaturze historycznej, polskiej i rosyjskiej dzięki zawartym w nich informacjom z pierwszej ręki oraz portretom takich osobistości, jak Piłsudski, Sawinkow czy Kiereński. Ale w pamięci czytelników równie wyraziście pozostają portreciki napotkanych przez autora na drodze życiowej kobiet.
Drugi biegun rysuje się równie ciekawie. To mistyczne poczucie jedności z kosmosem, odczuwane szczególnie na łonie przyrody. Nawet uzasadnienia są tu podobne. Oto jak Wędziagolski komentuje potrzebę ucieczki w góry, kiedy zbyt trudno mu było wytrzymać z krwiożerczymi bliźnimi - ucieczki ku ciszy i pustce: "... wyzbywałem się wszystkich niepokojów, łączących mnie z rzeczywistością, opuszczało mnie poczucie teraźniejszości, jak kurz strząsałem z siebie psychiczne i mentalne zaśmiecenia zbiorowością. Znów stawałem się odbiorcą przestrzeni i planów, na których tle wojna i rewolucja nabierały najwłaściwszego dla nich kształtu w najwłaściwszych proporcjach: obojętnej, przypadkowej i krótkotrwałej tymczasowości". W innym miejscu Wędziagolski pisze o właściwej mu skłonności do wysnuwania swego "małego życia z kosmicznej kądzieli" i wiąże to z przeświadczeniem o reinkarnacji. Sam miał być - kolejno - karpackim niedźwiedziem, marynarzem na pirackim statku hiszpańskim, Eskimosem. W Pamiętniku skupia się na kilkuletnim zaledwie okresie ostatniego swego wcielenia, które zamyka się datami 1886-1974.
Dwie wiadomości
Osobną kwestię stanowią sprawy edytorskie. W największym skrócie można je ująć tak: Karol Wędziagolski, jak sam przyznawał, pisał osobliwym mieszanym językiem polsko-rosyjskim, słowem, "po wędziagolsku". W dodatku jego wspomnienia z okresu 1914-20 obejmowały materiał trzykrotnie obszerniejszy od książki, którą obecnie możemy czytać. Osobą, która się podjęła zredagowania i przetłumaczenia tekstu z "wędziagolskiego" na polski, była Barbara Toporska. Opowiadała o tym w artykule opublikowanym w roku 1978 w londyńskich Wiadomościach. Jej nazwisko nie figurowało na stronie tytułowej pierwszego wydania ponieważ obawiała się, niesłusznie, czy autor zaaprobuje jej daleko idące ingerencje w tekst (nie figuruje też obecnie, choć jej rola została omówiona w posłowiu Grzegorza Eberhardta). Nikt bodaj o tym nie wspomina, ja jednak jestem przekonany, w niczym nie umniejszając roli Barbary Toporskiej, że tytuły rozdziałów, przynajmniej niektórych, wymyślał jej mąż Józef Mackiewicz. Odnajdujemy tu charakterystyczne dla niego pary przeciwstawnych lub uzupełniających się tytułów (Trup w lesie - Trup w hotelu, Szczury i ludzie - Wrogowie i sojusznicy) albo intrygujących tytułów rozbudowanych (Tatiana, czyli taktyczny sojusz z bolszewikami). Mackiewicz, dodajmy, powitał ukazanie się pierwszego wydania Pamiętników Wędziagolskiego (1972) olbrzymim artykułem na pierwszej stronie Wiadomości, w którym nie tylko wychwalał samoistne zalety książki ("świetnie napisana, ciekawa, interesująca"), ale i wskazywał na analogie ze swoją Kontrą i, generalnie, na aktualność poruszanej przez Wędziagolskiego problematyki.
Z cytowanego w posłowiu listu brazylijskiego przyjaciela Wędziagolskiego wynika, że zachwycony książkowym kształtem swych Pamiętników Wędziagolski przystąpił do spisywania dalszego ciągu: "Wśród niezliczonej liczby książek i periodyków trafiłem na dużą paczkę teczek i arkuszy i zobaczyłem, że to są ręko- i maszynopisy, po polsku i po rosyjsku, do dalszego ciągu jego pamiętników". Grzegorz Eberhardt powiada jednak, że nie udało mu się ustalić losów tej 10-kilogramowej paki papierów.
Mam dwie wiadomości, obie dobre. Pierwsza dla tych, którzy jeszcze Pamiętników Karola Wędziagolskiego nie znają: czeka ich świetna przygoda lekturowa, książka, od której trudno się oderwać. Druga dla tych, którzy tę przygodę mają już za sobą i nadal odczuwają niedosyt. Są jeszcze tu i ówdzie niewydane teksty Karola Wędziagolskiego. Z inwentarza archiwum Instytutu Józefa Piłsudskiego w Ameryce wynika, że zachowały się tam liczne teczki z jego papierami, m.in. kilka odcinków Wspomnień młodości na wsi oraz (intrygujące tytułem) Metafizyczne impresje. Inne papiery Wędziagolskiego, w tym jego wiersze rosyjskie, znajdują się w zbiorach The Amherst Center for Russian Culture. Jego listy do redakcji londyńskich Wiadomości są w Archiwum Emigracji w Toruniu. Będzie co tłumaczyć (z wędziagolskiego na polski), będzie co wydawać, będzie co czytać.
***
Chyba domyślam się w końcu, na czym polega sekret atrakcyjności tego pisarstwa. Podwójna tożsamość, narodowa i społeczna, daje jednej osobie cały wachlarz ról do odegrania. Żywot jednostki ociera się o historię. Jest dużo akcji, przy czym w decydujących momentach pojawiają się dziwne znaki, przeczucia i zapowiedzi. Jest sporo seksu i sporo mistyki. Podwójne życie tego Polaka-Rosjanina nabiera dzięki tym wszystkim przymieszkom jeszcze jednego wymiaru: staje się powieścią. Prawdziwą.
