Przegląd Polski 31 sierpnia 2007
- Dwie rewolucje - Sierpień '80 i Październik '56 - Kazimierz Wierzbicki
- Potrójne życie - Jan Zieliński
- Tajemniczy pan Adolf - Andrzej Beck
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
Żabką przez Atlantyk
Z zazdrości ptakom jest samolot
Powyższy tytuł zaczerpnąłem z pięknego wiersza Wincentego Fabera Wędrówka, równie pięknie śpiewanego przez Marka Grechutę. Zazdrościłem ptakom "od zawsze". Na moje pierwsze pytania, skąd się wziąłem, babcia Cecylia odpowiadała, że przyniósł mnie bocian. Mama stukała się na to w głowę, co mogło oznaczać, że albo babcia ma kuku na muniu, albo że przyniósł mnie dzięcioł. Tak czy siak byłem przekonany, że pojawiłem się na tym Bożym świecie na skrzydłach. Zapewne skrzydłach miłości, jak piszą w złych romansach. Wiem tylko, że moi rodzice bardzo się wtedy kochali.
W trzy miesiące po śmierci Stalina (wtedy w Polsce czas odmierzano zgonami wodzów narodu) mój bezpartyjny tato posadził mnie na swoich kolanach w przedniej kabinie szybowca Bocian. To było wydarzenie przełomowe w moim niespełna dwuletnim życiu: po kilku minutach lotu zwymiotowałem ojcu na nowe spodnie poranną kaszkę, a potem dostałem od mamy pierwszego klapsa. Zapamiętałem to wszystko nie z powodu pierwszego lotu, a pierwszego doświadczenia niesprawiedliwości społecznej. To w końcu nie ja byłem winowajcą, a turbulencja. Tato Józef wysłuchał długiego oskarżenia mamy Alicji o próbę zabicia własnego dziecka, po czym spakował się i poleciał na jakieś zawody szybowcowe. Wrócił pociągiem, z małym fragmentem usterzenia szybowca Mucha w plecaku: przeżył wypadek, otwierając spadochron tuż nad ziemią. Działo się to nad górskim szybowiskiem, tak że nikt z dołu nie widział wyskakującego pilota. Dobiegli do szczątków szybowca, ale szczątków pilota nie było. Ktoś zapytał - a gdzie trup? Tu - rzekł Józef wychodząc zza drzewa.
Takie były początki mojego dzieciństwa. Upłynęło niemal w całości na lotnisku (oczywiście poza zimami, które spędzaliśmy na nartach, bo ojciec próbował zrobić z nas i kilkuset innych zapaleńców Czechów, Marusarzów i Bachledów). Tata szkolił, a w porze drugiego śniadania zabierał mnie lub brata do Czapli albo Bociana i... ucinał sobie zasłużoną drzemkę. Smacznie chrapał na tylnym siedzeniu, a ja bawiłem się w szybownika. Miał ptasi instynkt, stale czuwał i zawsze budził się, gdy tylko groziło szybowcowi przepadnięcie, albo na moment przed lądowaniem. Dyskretnie wyrównywał lot, a potem gratulował mi udanego przyziemienia.
Pod koniec lat 50. wpadł na pomysł uskrzydlenia na powrót przedwojennego szybowiska w Ustianowej pod Ustrzykami Dolnymi. Rozłożyliśmy się namiotami pod zboczem Żukowa i starsi harcerze rozpoczęli szkolenie szybowcowe. Z obozu najbardziej zapamiętałem złowioną do butelki żmiję oraz pewną żmijkę, która nie chciała na mnie zwracać uwagi. Zaczęła w rok później, na obozie w Czarnej, gdy na drodze do latryny o mało nie wlazłem na poniemiecką minę talerzową, podłożoną tam przez miejscową ludność. Przyjechali saperzy, mina wyleciała w powietrze, a w ślad za nią wyleciał z funkcji komendanta mój ojciec, gdy wieczorem, w czasie inspekcji czynników poprosił nas w te słowa: "No, druhowie, paciorek, siusiu i spać"...
W moim domu żyło się lataniem, nartami i górami. Ściany oblepione były starymi śmigłami, fragmentami skrzydeł, nartami, dyplomami. To był stary modrzewiowy dworek z ogromną werandą i dużym ogrodem, ocieniony amerykańskim orzechem. Po dniu spędzonym pod chmurkami towarzystwo przenosiło się pod gościnne skrzydła mego ojca. Po krótkiej nocy Józef zrywał nas na równe nogi hasłem: - Froncik przeszedł, możemy latać! Nie było żadnej wojny, przeszedł tylko front burzowy, zapowiadała się lotna pogoda.
Były to piękne lata, pełne uniesień znanych tym wszystkim, którym dano skrzydła. Wielu też skrzydła odebrano i złamano: pod polskim niebem szybują dziś duchy tysięcy lotników, rozsianych przez wojnę po świecie. Józef uczył nas, że duchy lotników po rozstaniu z ziemskim padołem lecą ponad zamkniętymi niegdyś granicami i zasiekami - nad swoją ziemię, krążą nad swoimi domami, polami, miastami. Uczył nas, że krążą nad Lwowem i Wilnem, Stanisławowem i Stryjem, nad Pokuciem i Kołomyją, nad Drohobyczem i Borysławiem. Z początku nie rozumiałem, dlaczego nauczyciel historii wyzywał mnie i brata od rewizjonistów. A tato, jak gdyby nigdy nic, najpierw się w szkole tłumaczył z braku patriotycznego wychowania synów, po czym wracał do swojej mantry o duchach lotników, krążących nad swymi domostwami i sycących się zapachami pól i łąk dzieciństwa, tudzież rozgrzanych zboczy górskich szybowisk.
Gdy wyemigrowałem na ten kontynent, poznałem wielu pilotów żyjących na obczyźnie. Jak tylko mają okazję, jak tylko są w Polsce, jadą na te swoje pierwsze szybowiska, na przykład do bieszczadzkiej Bezmiechowej, by chociaż popatrzeć na Góry Słonne, z nowym ośrodkiem na szczycie przedwojennej Akademii Szybowcowej. Mój ojciec odfrunął pod cumulusy zaledwie na dwa miesiące przed oddaniem do użytku swego ukochanego szybowiska, o którego reaktywowanie walczył przez całe lotnicze życie.
Zazdrościłem ptakom, ale przestałem, odkąd wiem, że razem z nimi krąży nad swoim domem, pod wysokim cumulusem, mój ojciec, lotnik wspaniały...
