Przegląd Polski 21 września 2007
- Literackie eksperymenty Marka Danielewskiego - Grażyna Kozaczka
- Naprzeciwko przemijania - Jarosław Armatys
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
Żabką przez Atlantyk
Śpiewający dentysta
Poniedziałkowy wieczór i sporą część nocy spędziłem w pubie. Czytelnik może zapytać, co mógł porabiać felietonista tygodnika kulturalnego w knajpie z wyszynkiem. Oczywiście nic innego, jak tylko zażywać kultury. Mam na to świadków, i to bardzo kulturalnych oraz "robiących w kulturze" (co nie zawsze idzie w parze), którzy tam ze mną zażywali i spożywali. Oczywiście spożywali owoce talentów tzw. miejscowej ludności. Mogłoby się wydawać, że wyszukane potrawy w postaci pizzy i kurzych skrzydełek oraz przednie trunki, takie jak kanadyjskie piwo - przypominające smakiem i kolorem soczek dla dzieci Bebiko - nie są w stanie wywołać żadnych emocji. Bynajmniej. Tym bardziej że napoje i potrawy stały się pretekstem do wzięcia udziału w wydarzeniu artystycznym.
Na scenie pubu o wdzięcznej nazwie Harfa produkowała się kapela rockowa, całkowicie profesjonalna, ale dziwnie zmieniająca co kilka numerów solistę lub solistkę. Zrazu nie docierało do naszych głodnych (kultury) mózgów, dlaczego klezmerska kapela ma aż tylu wokalistów. I wszyscy oni, jak i wszystkie one, śpiewali na bardzo przyzwoitym, a nawet średnio-wysokim poziomie. Po drugim piwie i trzecim skrzydełku nasze intelekty uskrzydliła myśl, że ci nieprzeciętnie utalentowani ludzie to nie żadne spadłe gwiazdy rocka ani bluesa, a podobni do nas, przygodni bywalcy pubu.
Jeden z nich, po twórczym odśpiewaniu dwóch kawałków z repertuaru zespołu Rolling Stones, przysiadł się do naszego stolika i rzecz całą obszernie wyjaśnił. Miał na imię Mitch, był dentystą, a przychodził tu pośpiewać, bo lubi, podobnie jak i pozostali wokaliści z przypadku. Każdy z ich wykonywał na co dzień wyuczony zawód, a wieczorem wyuczone na pamięć, ulubione piosenki. I to takim głosem, z taką sceniczną swobodą, że wszyscy oni mogliby spokojnie wystąpić na festiwalu w Opolu, zgarniając liczne nagrody, gdyby tylko dopuszczano nań barowiczów z Port Credit - nie na kredyt, oczywiście. Zapytany, dlaczego śpiewa, dentysta-solista spod Toronto przypomniał niby mimochodem obietnicę, głoszoną już przez Fiodora Dostojewskiego, że "świat będzie zbawiony przez piękno". Próbowała z nim polemizować doktorantka profesora Wojciecha Ligęzy z Krakowa, Justyna Budzik, obecna przy konsumpcji nóżek i kultury, przypominając twierdzenie Witolda Gombrowicza: "Świat jest zły i jeszcze mu się to ułatwia". Jak to się ułatwia, protestował śpiewający ząbodłub, czy my światu rzucamy kłody pod nogi na drodze ku powszechnemu szczęściu? Wprost przeciwnie, schodzimy się tu pośpiewać, a radując się wspólnie i ogólnie dodajemy światu krzepy. Faktycznie, "tylko łącząc się, odnajdujemy to, co nas dzieli" - cytowała z kolei Witkacego nasza wszechstronnie oczytana doktorantka, obchodząca tego dnia barbarzyńskie imieniny, czyli obrządek zupełnie nieznany kulturalnemu dentyście, wiercącemu Justynie przysłowiową dziurę w brzuchu w nadziei na odwiedzenie jego fotela. W odpowiedzi usłyszał zdanie z Gustawa Herlinga-Grudzińskiego: "Ostatecznie, czym jest nadzieja? Bezsilnym buntem przeciw rozpaczy", ale i to go nie zniechęciło do ponawiania zaproszeń na śpiewające zapasy z wiertłem i flossem.
Gdy krótko po północy na barową scenkę wkroczył Mateusz, śpiewając przebój z repertuaru Oasis, oboje z żoną uświadomiliśmy sobie, że nasze dorosłe już dziecko nigdy tego utworu nie wykonywało, nawet przy goleniu. Okazało się, że radośnie twórcza atmosfera śpiewającego pubu dodała skrzydeł skromnemu chłopcu. Każdy śpiewający amator zamieniał się na kilka minut w gwiazdę rocka czy bluesa, sprawdzając czynem myśl Goethego: "To, czym jesteśmy, innym zawdzięczamy", jak i poniekąd uwagę Conrada: "Człowiek jest zdumiewający, ale arcydziełem nie jest". A może za tym niecodziennym rozpasaniem kulturalnym do bólu trzewi pragmatycznego świata stanęło z cicha pęk komercjum, które, jak pisał Roman Sabo, "nie może obyć się bez wentyla bezpieczeństwa, stąd pozorne zezwolenia na marginalność, istnienie na obrzeżach, coraz węższych, coraz gwałtowniej podmywanych przez te wszystkie historie o ludziach z marginesu wspinających się na mocy jednego pomysłu, jednej myśli, jednej zgrabnej uwagi na wyżyny sukcesu".
Tymczasem w Harfie uczestniczyliśmy w czymś akurat przeciwnym komercjum. Braliśmy udział, jak pisał Sabo, w "ruchu odwrotnym, ruchu osadzania rozbuchanego konia, ruchu stopniowego ograniczania żądań, odchodzenia od dyktatu komercjum, ruchu zaciskania pasa, uruchamiania szarych komórek". Okazało się, że "tak pędząca, dźgana ostrogami, okładana pejczem cywilizacja zachodnia, najprężniejsza cywilizacja schyłku świata", niekoniecznie sama siebie wykańcza w opętańczym biegu, "szale, któremu i Podkowiński by nie sprostał"... Że potrafi się zatrzymać, usiąść i wspólnie śpiewać nieśmiertelne przeboje.
Pizza, piwo, kurze skrzydełka i dobra muzyka wywołują zawsze pozytywne emocje, będące antidotum na komercjum - przynajmniej do chwili regulowania rachunku...
