Przegląd Polski 28 września 2007

Ostatnie dni powstania warszawskiego

PIOTR BADMAJEW

30 września otrzymaliśmy rozkaz podpalenia i opuszczenia bloków w okolicach Dworca Gdańskiego. Byłem zdziwiony tym rozkazem, gdyż przypuszczałem, że nasze bloki mogły się jeszcze bronić. Okazało się, że groziło nam odcięcie od strony Żoliborza, gdyż na placu Wilsona były już czołgi niemieckie. Punkt zborny wszystkich oddziałów żoliborskich został wyznaczony w Szklanym Domu. Stamtąd mieliśmy się przedzierać na drugą stronę Wisły. W związku z tym należało wszystko pozostawić, z wyjątkiem broni i amunicji. Nasza klatka wycofywała się ostatnia. Powrzucaliśmy kilka butelek zapalających do mieszkań. Gdy opuszczaliśmy nasze stanowiska, z okien wydostawały się czarne kłęby dymu. Przechodząc przez opuszczone bloki widziałem wszędzie zniszczenie, trupy, walającą się broń. Utkwił mi w pamięci obraz żołnierza w kurtce granatowego policjanta, opartego jak żywy o stojący w jednym z okien na klatce schodowej ciężki karabin maszynowy. Przyjrzałem mu się bliżej, zobaczyłem, że ma przestrzeloną głowę. Gdy wchodziliśmy do okopu przy ul. Potockiej, w piwnicy stał por. Starża z naszym zepsutym ręcznym karabinem maszynowym i pytał, kto chce go wziąć. Szło nas kilku, każdy odwracał głowę i udawał, że nie słyszy. A ja odruchowo wziąłem bezużyteczny rkm z rąk mojego dowódcy, u którego jeszcze w czasie okupacji składałem przysięgę, lojalność przemogła. Przez ten cholerny rkm nie dostałem Krzyża Walecznych w Pruszkowie. Widziałem porzucone rkm-y w czasie opuszczania stanowisk, co za sens było ratować z narażeniem życia zepsuty karabin, bez amunicji, poza tym, gdzie była jego obsługa? Wyfasowałem sobie dobry kubrak, koc, miałem chlebak z amunicją do schmeisera, granaty, mój ładunek był dość ciężki, do tego dodać rkm, to o biegnięciu nie było mowy.

Uciążliwy marsz

Weszliśmy do garaży Straży Pożarnej, gdzie w szeregu leżały zwłoki naszych kolegów, pośród których rozpoznałem ciało Barszczanina, rzuciłem mu ostatnie pożegnalne spojrzenie. Byłem zaskoczony, że nie został pochowany, przecież zginął przed dziesięcioma dniami, ale widocznie nie było na to warunków. Po wyjściu z garaży musieliśmy przejść przez podwórze Straży Pożarnej, gdyż piwnice i parter budynku były zawalone. Na Potockiej stał czołg, który stale ostrzeliwał przejście. Strzały padały właściwie ze wszystkich stron. Przede mną szedł żołnierz niosący na plecach skrzynkę granatów. W pewnym momencie potknął się o druty telefoniczne i runął jak długi. Skrzynka z granatami upadła z trzaskiem na ziemię i kilkadziesiąt granatów zaczęło się toczyć po podwórzu. Stanąłem jak wryty i czekałem, co będzie dalej. Na szczęście żaden granat nie wybuchł.

Dotarliśmy do okopu, który ciągnął się wzdłuż ulicy Słowackiego w stronę Feniksa. Brzegi okopu roiły się od wulkaników ziemi wzbijanych pociskami. Rzuciłem koc, kurtkę, byłem oblany potem. Łączniczka Ama wzięła ode mnie schmeisera, prosiłem, żeby go nie zapiaszczyła. Tak się przejęła moją prośbą, że wsadziła palec do lufy, żeby zabezpieczyć ją przed piaskiem. Szedłem jak automat mając przed sobą nogi poprzednika. Nie wiem, jak długo trwał ten marsz, gdy nagle kolumna stanęła. O tym, co się działo wówczas w czołówce kolumny, dowiedziałem się znacznie później. Rów, którym maszerowaliśmy, urywał się przy ul. Mickiewicza. U jej wylotu na placu Wilsona stały czołgi oraz ckm-y kładąc zaporowy ogień przez całą długość ulicy. Przeskok usiany był trupami. Zginął tam między innymi podchorąży Oksza ze swą żoną łączniczką. Major Żubr, pomimo wszystko, wydał rozkaz przeskakiwania przez ul. Mickiewicza. Porucznik Zych początkowo się sprzeciwiał, twierdząc, że jest to równoznaczne z prowadzeniem ludzi na pewną śmierć, lecz po ostrej replice ze strony Żubra zgodził się przeskoczyć, ale sam, bez swoich ludzi.

Walka pod ostrzałem

Przy pierwszym skoku został ranny w bark i z ledwością udało się go ściągnąć z powrotem do rowu. Po tym eksperymencie Żubr dał rozkaz do odwrotu. Por. Zych był jednym z nielicznych oficerów, którzy poza cechami bohaterstwa potrafili dbać o życie swoich ludzi.

Poczęliśmy wycofywać się tą samą drogą. U wylotu rowu stał dwupiętrowy budynek będący dalszym ciągiem Feniksa, do którego trzeba było przeskoczyć pod obstrzałem. Przy wycofywaniu się z okopu pierwsza fala automatycznie dostała się do Feniksa, następna zaś z całym dowództwem podążyła w kierunku Znicza.

Owczym pędem wpadłem do Feniksa. Postawiłem rkm na schodach, a sam zacząłem czyścić wyciorem lufę schmeisera. Tłumy powstańców ogarnięte paniką pchały się bezmyślnie przez drzwi budynku i podążały do piwnic. Wtem rozległ się krzyk: "Zdrada! Nie ma żadnego oficera". Zrobiła się niesamowita panika, wszyscy zaczęli się domagać, aby wystąpił choć jeden oficer. Rzeczywiście, w budynku nie było ani jednego oficera. Sytuację starał się opanować jakiś sierżant, zresztą bez większego skutku. Przyskoczył do mnie i zapytał, dlaczego bezczynnie siedzę z rkm-em. Odpowiedziałem, że po pierwsze nie jestem od obsługi rkm-u, a po drugie, broń jest uszkodzona i niezdatna do użytku. Wyznaczył mi stanowisko na pierwszym piętrze. Podszedłem do okna. Kilkanaście metrów od budynku zobaczyłem kilku Niemców, dalej na ul. Słowackiego stał tygrys z lufą wycelowaną w stronę Feniksa. Pociągnąłem długą serię z mojego schmeisera. Jeden Niemiec upadł, reszta schowała się do sąsiedniego budynku. Nagle ktoś podskoczył do mnie i zaczął krzyczeć: "Nie strzelaj, zdradzasz naszą obecność, Niemcy zrobią nam masakrę!". Zupełnie ogłupiały wycofałem się z powrotem na klatkę schodową.

Pierwsze pociski tygrysa poczęły wybuchać w obrębie naszego budynku. Panika narastała z każdą minutą. Czułem, że za wszelką cenę muszę się stąd wydostać. Na pomoc przyszedł nam nalot samolotów sowieckich. Zebrało się nas 4 czy 5 osób, między innymi łączniczka Wiera. Uświadomiłem sobie, że obciążony rkm-em nie zdołam przeskoczyć 200-metrowego pasa obstrzału, który oddzielał nas od następnego rowu łącznikowego.Ujrzałem jakąś znajomą twarz, poprosiłem o pomoc w przeniesieniu rkm, odmówił, poprosiłem drugiego powstańca, również odmówił. Nie było czasu do stracenia. Bombardowanie sowieckie mogło się w każdej chwili skończyć. Zostawiłem rkm na schodach i wyskoczyłem na zewnątrz. Kule świstały ze wszystkich stron. Ukryliśmy się w jakimś leju, wykorzystując nasilające się bombardowanie stanowisk niemieckich, zaczęliśmy się czołgać wzdłuż parkanu. Osłonięta przestrzeń łącząca rowy łącznikowe usiana była trupami. Na chwilę przed skokiem ktoś rzucił granat w stronę ul. Słowackiego. Wykorzystaliśmy moment wybuchu i wszyscy szczęśliwie przeskoczyliśmy do następnego rowu.

Gdy dotarłem do Znicza, znalazłem Starżę w piwnicy w trakcie popędzania ludzi, którzy kopali podkop pod ul. Mickiewicza. Był wyraźnie mocno zdenerwowany. Gdy zameldowałem mu o pozostawieniu rkm-u w Feniksie, gdyż nie byłem w stanie przenieść go sam pod obstrzałem, machnął ręką i odrzekł, że to nie jest czas na meldunki. Odetchnąłem z ulgą, poczułem, jak mi kamień spadł z serca.

Obsadziliśmy Znicz i czekaliśmy do zmierzchu, żeby przedostać się do Szklanego Domu. Dookoła znajdowali się Niemcy, wszędzie słychać było złowrogi warkot czołgów. Na korytarzu spotkałem naszego amunicyjnego, od którego dostałem trochę amunicji. W trakcie wyliczania nabojów wybuchł pocisk z tygrysa w sąsiednim pokoju. Stojący w drzwiach plutonowy X został ranny odłamkami w nogę i rękę. Krzyknął: "Jestem ranny!" i zbiegł do piwnicy. Ja byłem częściowo zakryty przez ścianę, która zawaliła się na mnie, dostałem parę odłamków w nogi i ponownie ogłuchłem.

Gdy już było zupełnie ciemno, pościągano wszystkie posterunki do piwnicy. Kanonada nieco przycichła, cały Znicz otoczony był przez Niemców. Musieliśmy się przedostać do Szklanego Domu przez nieszczęsną ul. Mickiewicza. Podkop robiony pod ulicą zawalił się, przysypując pracujących tam ludzi. W piwnicy zalecano stale jak największą ciszę. Dostało mi się przy tym parę szturchańców i przekleństw, gdyż z powodu chwilowej głuchoty nie rozumiałem, co do mnie mówiono, więc pytałem się na głos, o co chodzi, a chcąc lepiej usłyszeć, przybliżałem głowę do sąsiada stukając się z nim hełmem, co przy panującej ciszy powodowało piekielny hałas.

Morze płomieni

Wykorzystaliśmy godzinne zawieszenie broni i pojedynczo zaczęliśmy przeskakiwać do Szklanego Domu. Ulica zasłana była trupami, gdzieniegdzie dochodziły jęki rannych i wołanie o pomoc. W Szklanym Domu zebraliśmy się w kotłowni. Dokoła morze płomieni, o przedostaniu się na drugą stronę Wisły nie było mowy. Ostatnia nasza pozycja była szczelnie otoczona przez Niemców. Na twarzach widoczna była rezygnacja i całkowite zobojętnienie. Major Żubr w swojej nieodłącznej skórzanej kurtce wlazł na beczkę i przy świetle pożogi oznajmił nam, że została podpisana kapitulacja, i podziękował za bohaterską walkę z wrogiem. Oświadczył, że kto chce, może na własną rękę próbować przedrzeć się przez kordon niemiecki, reszta idzie do niewoli na prawach kombatantów.

Była to ponura chwila, każdy z nas jeszcze do ostatka łudził się nadzieją przedarcia na drugą stronę Wisły. Porucznik Starża próbował dość ostentacyjnie strzelić sobie w głowę, ale w porę odebrali mu pistolet. Zwróciłem się do niego z pytaniem, czy nie można by jednak spróbować przedrzeć się do Wisły, lecz machnął tylko ręką.

Traciłem grunt pod nogami. Ślepa, bezgraniczna wiara w najwyższe wówczas dla mnie autorytety ustąpiła beznadziejnej pustce i wrażeniu, że zostałem oszukany.

Czułem się jak dzikie zwierzę, które za chwilę zamkną do klatki, instynktownie bałem się niewoli i chciałem jej za wszelką cenę uniknąć. Ujrzałem jakiegoś dowódcę Armii Ludowej, który zebrał koło siebie kilkunastu ludzi i miał zamiar przedostać się z nimi na drugą stronę Wisły. Zapytałem go, czy mógłbym się do nich przyłączyć. Odpowiedział, że muszę się pospieszyć, gdyż zaraz ruszają.

Skoczyłem do kotłowni, zacząłem gorąco namawiać Boya, żebyśmy się dołączyli do oddziału AL. Boy był ranny w nogę, więc od razu odmówił. Gdy wyszedłem na ulicę, oddziału już nie było. Za chwilę usłyszeliśmy strzelaninę. Podobno wszyscy, którzy próbowali się przedrzeć, zginęli.

Około godziny dziesiątej wieczorem opuściliśmy ostatnią naszą pozycję i w szyku zwartym, z bronią, przeważnie już uszkodzoną, udaliśmy się na otoczony reflektorami i bronią maszynową plac Wilsona, gdzie nastąpiło rozbrojenie. Każdy z osobna wychodził na środek placu i rzucał broń. Ja do placu doszedłem już bez schmeisera, gdyż jeden z eskortujących Niemców wyrwał mi go. Po rzuceniu broni dwóch Niemców przeszukiwało każdego, potem należało przejść do następnej grupy przez jakieś sznury, na których ludzie się przewracali, a Niemcy wrzeszczeli.

Opaska jak relikwia

Po rozbrojeniu staliśmy przez dłuższy czas w kolumnie, zupełnie otępiali. W pewnej chwili podszedł do nas jakiś pijany Niemiec i zaczął coś wrzeszczeć, pokazując na opaski. Każdy z nas miał na ramieniu biało-czerwoną opaskę, nie było rozkazu zdjęcia. Dwa szeregi przede mną stał strzelec Praktykant, którego ów Niemiec wyciągnął z szeregu i na naszych oczach zastrzelił. W kolumnie rozległ się szum protestu, lecz natychmiast zostaliśmy oświetleni reflektorami i ujrzeliśmy lufy skierowane w naszą stronę. Nie było komu interweniować, gdyż nasi oficerowie zostali już odtransportowani. Na rozkaz Niemców poczęliśmy zdejmować opaski i chować je jak relikwie.

Kolumna wyruszyła w stronę Bielan. Maszerowaliśmy tak przez całą prawie noc, tam i z powrotem, bez określonego celu. Naokoło zniszczenie, rozkładające się trupy ludzkie i końskie. Kilkakrotnie sądziliśmy, że Niemcy po prostu chcą nas w ustronnym miejscu rozstrzelać. Nasz marsz był przerywany nalotami samolotów sowieckich. Byliśmy tak znieczuleni na wybuchające bomby, że korzystając z tego, że wartownicy chronili się w rowach, każdy kładł się, gdzie stał i od razu zasypiał. Budziły nas wrzaski Niemców.

Przypominaliśmy widma, a nie żywych ludzi. Gdy weszliśmy na Marymoncką, usłyszeliśmy charakterystyczny terkot kukuruźnika, a za chwilę ujrzałem go w świetle reflektorów rozpadającego się w ogniu dział niemieckich. Niestety, nam już zrzuty były niepotrzebne. Długa kolumna cieni ruszyła do niewoli.

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail