Przegląd Polski 5 października 2007

Polskie akcenty
w Metropolitan Opera

ROMAN MARKOWICZ

Nowojorska Metropolitan Opera zainaugurowała sezon 2007-08 przedstawieniem jednej z najsłynniejszych opery epoki bel canta Lucia di Lammermoor (1835) Gaetano Donizettiego.

Dyrektor opery Peter Gelb powtórnie udostępnił pierwszy spektakl sezonu szerokim rzeszom nowojorczyków, którzy mogli go za darmo obejrzeć na ogromnych ekranach telewizyjnych. Tym razem tysiące krzeseł dla spragnionych wrażeń słuchaczy znalazły się nie tylko na dziedzińcu przed budynkiem opery, ale również na bardziej odległym od Lincoln Center Times Square.

Dla polskiej kultury tegoroczna nowa produkcja tej znanej opery jest szczególnie ważna ze względu na udział polskiego barytona Mariusza Kwietnia (na zdjęciu) w jednej z głównych męskich ról - brata bohaterki opery, szkockiego lorda Enrico Ashtona.

W ostatnich latach Kwiecień stał się nie tylko jednym z czołowych barytonów ściśle związanych z prestiżową placówką nowojorską, ale zyskał również godną pozazdroszczenia renomę artysty o wokalnych i wizualnych walorach godnych filmowego bożyszcza.

Omawiane przedstawienie tę pozytywną opinię krytyków i publiczności jedynie umacnia: Kwiecień stwarza w nim wiarygodną postać opętanego żądzą zemsty i chęcią własnego zysku nikczemnika, gotowego poświęcić szczęście i życie siostry za cenę przeforsowanego małżeństwa z nieznaną jej osobą.

Kwiecień posiada nie tylko nośny i szlachetnego brzmienia głos o doskonałej kontroli wokalnej, ale również znaczne walory aktorskie: scena wydaje się jego naturalnym środowiskiem, w którym wygląda i czuje się swobodnie. Jego głos jest na tyle nośny, że nawet z samego tyłu ogromnej przecież widowni słuchacze nie mają problemu z usłyszeniem śpiewaka ani ze zrozumieniem wyrazistej dykcji.

Lucia, młoda dziewczyna, emocjonalnie niezbyt zrównoważona i ulegająca halucynacjom, jest zakochana w Edgardzie, który - jakże inaczej? - jest śmiertelnym wrogiem jej brata Enrico. W rękach brata Lucia staje się pionkiem na szachownicy i zmuszona jest do podpisania dokumentu ślubnego: to doprowadza ją do odejścia od zmysłów i popełnienia morderstwa podczas nocy poślubnej, kiedy to nożem zabija dopiero co poślubionego małżonka.

Najbardziej dramatyczną sceną opery jest blisko 17-minutowy segment, zwany "sceną obłędu", kiedy Lucia wycofuje się z miejsca zbrodni, nie zdając sobie sprawy, co uczyniła. W obłąkaniu myli nawet własnego brata ze swoim ukochanym.

W tym sezonie Met Opera miała przywilej zaoferować tytułową rolę Natalie Dessay. Ta trudna partia dała pole do popisu znakomitej francuskiej śpiewaczce, sławnej nie tylko z niepospolitych walorów wokalnych, ale w nie mniejszym stopniu z rzadkiego na scenach operowych kunsztu aktorskiego.

Jej kreacja wydała mi się rewelacyjna. Wokalnie jest to jedna z najbardziej wymagających partii w literaturze bel canta i Dessay pozornie bez wysiłku pokonywała wszelkie trudności wokalnych fajerwerków. Obawy o jej możliwości głosowe okazały się w tym roku niepotrzebne i srebrzysty, giętki sopran nie zawiódł francuskiej pieśniarki ani na moment, bez względu na pozycję, w jakiej śpiewała, a musiała to czynić i na leżąco. Podziwiałem jej lotność koloratury, perfekcję intonacji i poczucia rytmu. No i jej przekonujące aktorstwo, szczególnie w przejmującym finale, gdzie tak łatwo popaść w przesadę albo sztuczność.

W roli nieszczęsnego kochanka Lucii, Edgardo, na scenę Metu powrócił tenor Marcello Giordani, stwarzając również łatwą do zaakceptowania postać. W jego śpiewie nie ma może wiele elegancji czy subtelności, ale wciąż jest to głos wysokiej klasy. Inne role otrzymały również dobrą obsadę: szczególnie pozytywne wrażenie zrobił kanadyjski bas John Relyea, w niespecjalnie ciekawej roli Raimondo, duchownego doradcy Lucii.

Tegoroczna Łucja z Lammermoor reżyserowana jest przez Mary Zimmerman, znaną ze swoich często nowatorskich produkcji teatralnych. Choć jej wizja artystyczna w pewnych momentach wzbudza wątpliwości, to generalnie jest stokroć łatwiejsza do zaakceptowania niż podobne próby innych reżyserów teatralnych, niedoświadczonych w świecie opery i z niewyjaśnionych powodów dopuszczonych do pracy ze śpiewakami.

Zimmerman przeniosła akcję opery według noweli sir Waltera Scotta z XVII wieku do wiktoriańskiej epoki w końcu XIX stulecia: jej argumentem było to, że podobnego typu historie o widmach, upiorach i duchach były w tym okresie wysoce popularne. W ten sposób można było wytłumaczyć jej prezentację duchów w krańcowych momentach opery. Mniej przekonany byłem zatrzymaniem akcji w słynnym sekstecie II aktu, kiedy scena ślubna jest prawie storpedowana udziałem fotografa: widzę tu teatralną logikę niepasującą do wymagań opery i jej własnego dramatu. Czy wtargnięcie Edgarda, który usiłuje przerwać ceremonię, jest mniej ważne od fotografa? Czy zastrzyk zaoferowany przez lekarza opętanej bohaterce wspomaga akcję, czy raczej budzi pobłażanie?

Podobała mi się jednak scenografia Daniela Ostlinga, utrzymana w ciemnych barwach i raczej prosta, surowa w wykorzystaniu rekwizytów. Wspomniana scena obłędu ma miejsce jedynie na podłużnym pomoście/balkonie i spiralnych drewnianych schodach: skromne i efektowne.

James Levine prowadził przedstawienie pewną ręką i trudno było uwierzyć w to, że dyrygował "Łucją" po raz pierwszy w życiu. Pod jego batutą orkiestra brzmiała pięknie i dramatyczne momenty nie pozostały zapomniane; równie mistrzowskie były instrumentalne solówki, czego po tej orkiestrze należy oczekiwać. Choć dla niektórych miłośników tempo i puls muzyki były generalnie zbyt wolne, jednak ja nie podpisałbym się pod tą krytyką. Wierzę natomiast, że zdobycie biletów na to przedstawienie nie będzie najłatwiejszym zadaniem dla melomanów żądnych usłyszenia wielkiego śpiewania.

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail