Przegląd Polski
12
października 2007
- Ofiara i hedonizm - Z Włodzimierzem Staniewskim rozmawia Ewa Kara
- Obraz pokonał cenzurę - Katarzyna Buczkowska
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
Ofiara i hedonizm
Z Włodzimierzem Staniewskim, reżyserem, założycielem i dyrektorem Ośrodka Praktyk Teatralnych Gardzienice rozmawia Ewa Kara

Premiery spektakli Gardzienic należą do prawdziwych rarytasów, stąd też publiczność nowojorska ma niezwykłą okazję obejrzeć narodziny najnowszego przedstawienia pt. "Ifigenia w Aulidzie". Co skłoniło Pana do pokazania tej sztuki w La MaMa?
Nowy Jork jest zawsze na naszej trasie. Przyjeżdżamy do Ameryki regularnie z każdym nowym przedstawieniem. Najpierw była to katedra St. John the Divine podczas 1. Nowojorskiego Festiwalu Sztuk, a teraz po raz trzeci gości nas La MaMa.
Dlaczego zdecydował się Pan wziąć na warsztat kolejny dramat Eurypidesa?
Po pierwsze ze względu na samego Eurypidesa, którym jestem zafascynowany. Szczególnie zajmujące jest jego spojrzenie na czasy mu współczesne, które się wyjątkowo aktualizuje dzisiaj, ale także jego sposób patrzenia i analizowania postaci kobiecych. To prawdziwy Dostojewski swoich czasów: jeśli nie znawca, to wielki badacz duszy i natury kobiecej. Dzisiaj, kiedy mamy tak wyraźnie postawiony problem miejsca i roli kobiet w społeczeństwie, jego zainteresowania stają się znów bardzo aktualną sprawą. Odwieczny spór pomiędzy mężem i żoną: Agamemnonem i Klitajmestrą, sięga tutaj zenitu. O dziwo - Eurypides w czasach niezwykle zmaskulinizowanych bardzo wyraźnie staje po stronie kobiety. Trzecia rzecz: Eurypides, jako jeden z ojców dramatu i teatru antycznego, wydaje mi się najciekawszy ze względu na niezwykłą rozpiętość tematyki, którą podejmował, oraz stylów teatralnych, jakimi operował. Zafascynowałem się Erypidesem i już się od tego nie uwolnię.
A kwestia ofiary, którą symbolizuje Ifigenia?
Jest ona szczególnie ważna w dzisiejszych czasach, kiedy czujemy, że musimy oddać trybut, by siebie lub świat uratować i zatrzymać ten szalony rozwój cywilizacyjny. Po obaleniu komunizmu wydawało się, że wejdziemy w epokę posthistoryczną, krainę wiecznej szczęśliwości i wiecznego pokoju. A okazuje się, że weszliśmy w jeszcze gorsze okrucieństwa, konflikty, pogromy, które wymuszają składanie jeszcze większej ofiary z krwi. Nie tylko w Iraku czy Darfurze, ale na każdym kroku. Natomiast w Ifigenii w Aulidzie tę sprawę Eurypides fantastycznie przedstawił: konieczne jest złożenia ofiary z tego, co najsubtelniejsze, najbardziej dziewicze, piękne, nieskalane, słowem: cudowne życie w kategoriach metaforycznych i symbolicznych, bo tak naprawdę Ifigenia jest tylko wielkim symbolem.
Ifigenia Eurypidesa jednak sama podejmuje tę decyzję, ale Pan się nie zgadza na taką idealistyczną interpretację. Dlaczego?
Właśnie ten jej hurrapatriotyzm zaczął mnie zastanawiać. Można spojrzeć nań poprzez fundamentalizm, bo dzieci faktycznie są tak indoktrynowane, że wysadzają się w powietrze. Można byłoby też zobaczyć jej akt samopoświęcenia w imię imponderabiliów własnej rasy, narodu, interesu własnego plemienia, społeczności. Przecież coś tu nie gra! To dziecko jest pod presją skrajnych emocji i zdarzeń, że jest właściwie jednym wielkim kłębkiem nerwów, co odbija się w ciele, a Karolina Cicha pokazuje w swojej interpretacji aktorskiej. Nawet w polskim tłumaczeniu widać, że Ifigenia jest rozdzierana przez skrajne emocje. Kiedy wypowiada patriotyczną kwestię, to przyjmuje perspektywę ojca. Nagle, niespodziewanie, ku totalnemu zaskoczeniu wpada w socpropagandę i zaczyna mówić jakby była egzorcyzmowana. Agamemnon (życiowa rola Mariusz Gołaja) wrył w jej dysk propagandowe, hurrapatriotyczne słowa i ona to teraz odklepuje, lecz to, co mówi nie ma nic wspólnego z nią samą. Jej tekst jest manifestacją przebarwionej, przerysowanej pompatyczności i determinacji, która brzmi groteskowo.
Co szczególnie zdumiewa w Pańskiej interpretacji, to ilość zabawnych sytuacji. Skąd ten tak mocny pierwiastek komizmu?
Ifigenia od strony gatunkowej jest podobna do Elektry, czyli jest to melodramat, w którym aspekt tragiczny jest kontrowany przez zabawne sytuacje, niektóre na pograniczu dramatu satyrowego. Poczucia humoru Eurypidesa, nasycające ten kryminał, w którym - jak u Hitchcocka - napięcie wciąż wzrasta, jest widoczne w pełnym groteskowej barwności wjeździe Klitajmestry, którą gra Joanna Holcgreber. Ale równocześnie Eurypides jest wielkim poetą, poetą melicznym, który komponował muzykę. Jego pieśni funkcjonowały w tamtych czasach jak przeboje. Wspaniały poeta, wręcz po hollywoodzku malujący sceny zbiorowe, pejzaż czy sceny batalistyczne. Wielkim freskiem w Ifigenii jest opis wojsk Achajskich.
Prawdopodobnie najbardziej "greckim" momentem jest materializujący się na scenie antyczny kuros prosto z Metropolitan Muzeum. Czy nie miał Pan problemów z przekonaniem aktora do pokazania nagiego ciała Achillesa?
Achilles jest zawsze taki sam jak był przez dwa i pół tysiąca lat - hedonistyczny. Nie miałem problemów z przedstawianiem nagości na scenie, ponieważ dla aktora jest to jedynie zadanie aktorskie. Achilles, który jako heros - idol swoich czasów - jak sam deklaruje, powinien stanąć odważnie i poświęcić się dla sprawy i bronić Ifigenii, stanąć całą siłą swojego cielesnego oręża - tchórzy w ostatniej chwili. Piękny ciałem, ale słaby charakterem. On się wręcz przykłada do śmierci Ifigenii przez grzech zaniechania. Co to za heros? Co to za lider? Co to za bohater?
Jak układała się Pańska współpraca z kompozytorem muzyki Zygmuntem Koniecznym?
Od młodości byłem zakochany w muzyce Koniecznego, ale nie powiem, żeby to była łatwa przygoda. Świetnie dogadaliśmy się na samym początku, bo w Krakowie od razu coś zaiskrzyło między nami. Sugerowałem, by Zygmunt zechciał potraktować relikty muzyki antycznej niekoniecznie jako inspirację, ale jako punkt odniesienia, ale Konieczny ma swój styl i to, co skomponował, bardzo mnie zaskoczyło, a z drugiej strony - stało się wielkim wyzwaniem. Po prostu musiałem wszystko zmienić. Miałem już swoją własną interpretację tekstu, a nagle musiałem duże fragmenty zinterpretować na nowo.
Skomponowana muzyka narzuca konwencję, z którą trudno eksperymentować, więc różnie kombinowałem: ciąć, montować inaczej, przyspieszać tempo, ale Zygmunt bronił swojej reduty. Kiedy nagraliśmy muzykę w studiu, to jeszcze bardziej narzuciło mi konwencję, która jest z gruntu słowiańska, a moja Grecja jest trochę inna: powiedzmy - wykopaliskowa. Musiałem pożenić te dwie tradycje. I koniec końców wymyśliłem, że będą to dwie rzeczywistości: rzeczywistość apolińska z ducha muzyk Koniecznego, która wprowadza nas w piękną bajkę, jak Alicja w Krainie Czarów na drugą stronę lustra, z rzeczywistością dionizyjską.
Jak inni awangardowi reżyserzy - Robert Wilson czy Elizabeth LeCompte - wykorzystuje Pan elementy tradycyjnego teatru japońskiego. Czy podobną funkcję spełnia choreografia przygotowana przez Julię Bui Ngoc i kostiumy zaprojektowane przez Monikę Onoszko?
Pyrricha - taniec wojenny - jedno z ciekawych świadectw na temat starożytnej Grecji, pojawia się u Platona. Pyrricha udowadnia, że Grecja była skoczna, zwinna, szybka, mieniąca się, migotliwa, pełna wysokich częstotliwości, frenetycznego ruchu. Szukaliśmy takich form ruchu, które inspirowane były przez malowidła antyczne. Może się kojarzyć ze stylami walk wschodnich, bo tak naprawdę w Grecji uprawiało się to, co i teraz. A poprzez ubranie - obszerny kostium - próbowaliśmy uzyskać efekt większego uskrzydlenia. Kostium jak żagiel w przestrzeni kreśli formy plastyczne. Kimono, choć nie koniecznie musiało to być właśnie kimono, jest też znakiem, który można odnieść do dawnych, jak i do dzisiejszych czasów.
W efekcie końcowym ten spektakl popycha Pana w innym niż dotychczas kierunku, w którym semantyczne znaczenia wydają się dominować.
Muszę powiedzieć z całą szczerością, że sam jestem zdumiony, co z tego wyszło. Jak pani wie, mocno tnę tekst i przekładam go na inne środki wyrazu. Starałem się zawsze tak robić. Ale wbrew temu, co się powszechnie sądzi, materiał literacki jest dla mnie podstawowym warsztatem, od którego wychodzę. A w tym przedstawieniu tekst bardzo mocno domaga się swoich praw. Zobaczymy, jak to się będzie rozwijać.
A więc następna na tapecie będzie "Medea"?
Może. Kto wie? Oliver Taplin, profesor z Oksfordu, jeden z najbardziej znanych klasycystów, autor Tragedii greckiej w działaniu i mój dobry znajomy, stawia w swojej nowej książce Pots and Plays: Interactions between Tragedy and Greek Vase-painting of the Fourth Century B.C. tezę, że w antyku istniała wielka rozpiętość możliwych interpretacji mitu, tak że w niektórych przedstawieniach Medea mogła w ogóle nie zabijać dzieci. Powiedziałem mu ostatnio: Oliver, idziesz dalej niż ja w Elektrze, doczytujący się, że została ona zgwałcona przez ojczyma, Ajgistosa, i w Ifigenii, którą widzę jako porażoną psychiczną i fizyczną chorobą.
Czyli za dwa lata zobaczymy w La MaMa "Medeę"?
Jeśli mnie Pani usilnie namawia...
Dziękuję za rozmowę i mam nadzieję, że jednak wyreżyseruje Pan spektakl o Medei, a wszystkich czytelników serdecznie zapraszam do La MaMa na "Ifigenię w Aulidzie".
