Przegląd Polski
19 października 2007
- Być pisarzem w gronie sławnych Mackiewiczów - Z Kazimierzem Orłosiem rozmawia Romuald Mieczkowski
- Zło świata, magia kina - Maria Kornatowska
- Gala w Carnegie i wspaniały debiut w Met - Roman Markowicz
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
Zło świata i magia kina

Organizowany przez Film Society of Lincoln Center Nowojorski Festiwal Filmowy uroczyście i z rozmachem otwiera jesienno-zimowy sezon filmowy w metropolii nowojorskiej.
To już tradycja. Rytuał, bez którego trudno by się było obejść nie tylko kinomanom. Przegląd tego, co dzieje się w światowym kinie i w niezależnej rodzimej produkcji. Dzieła starych, uznanych mistrzów i młodych talentów, które obiecująco się zapowiadają. Poszukiwania i eksperymenty. Niektórzy mówią z przekąsem, że NYFF ma charakter elitarny, co brzmi jak zarzut niemal w imperium demokratycznej pop-kultury. Ale, moim zdaniem, pewna elitarność podkręca zdrowy snobizm i wspiera kino ambitne, artystyczne, a z tym w dzisiejszych czasach bywa, jak wiadomo, krucho.
W programie tegorocznej, 45. już edycji festiwalu, znalazło się 30 filmów. "Wszyscy wiemy, że stan świata jest katastrofalny" - powiedziała podczas konferencji prasowej Chilijka Carmen Castillo, autorka chilijsko-francuskiego filmu Calle Santa Fe. I ten katastrofalny stan świata znalazł swoje odbicie w wielu prezentowanych filmach. W Calle Santa Fe, w animowanym francuskim Persepolis Marjane Satrapi i Vincenta Paronnauda - dramatycznej opowieści o najnowszych dziejach Iranu i losach jego mieszkańców, o prześladowaniach, egzekucjach i przymusowej emigracji. W filmach o okrucieństwach i bezsensie wojny: Redacted Briana De Palmy - epizodzie wojny irackiej - rozgrywającym się na granicy fikcji i dokumentu, w Aleksandrze Rosjanina Aleksandra Sokurowa - niekonencjonalnej opowieści o wizycie babci jednego z żołnierzy w obozie wojskowym w Czeczenii.
To, co różni najnowsze filmy o wymowie politycznej od dawniejszych, to ich subiektywny, osobisty, ocierający się o autobiografię charakter. Jednostkowy, przefiltrowany przez własne życiowe doświadczenia sposób widzenia zastępuje bezosobowe, zobiektywizowane opisy. Polityka dotyczy w tym rozumieniu każdego, wdziera się w prywatność, w nasze własne i naszych najbliższych losy.
Calle Santa Fe to dokument, ale podobnie jak Persepolis opowiedziany został w pierwszej osobie. Autorka - działaczka chilijskiej organizacji rewolucyjnej MIR - jest główną bohaterką swego filmu, opowiada o sobie, o śmierci ukochanego męża, rozmawia z dawnymi przywódcami ruchu, z sąsiadami, komentuje wydarzenia. Film mówi jej głosem o losach Chile od chwili krwawego zamachu Pinocheta, o dyktaturze, o przemocy, o konieczności i dylematach emigracji. Mówi też o przemianach ruchu rewolucyjnego. Dziś młodzi, o ile się buntują, walczą w ramach społeczności lokalnych o małe, można by sądzić ograniczone cele, nie marzą o ruszeniu "z posad bryły świata", nie wierzą w możliwość radykalnych, systemowych zmian. Calle Santa Fe jest filmem szalenie ciekawym, bogatym w podteksty i konteksty - dokument, esej, autobiografia, opowieść o miłości silniejszej niż śmierć, portret fascynującej kobiety.
Podobnie fascynujący, mimo że animowany portret wyłania się z Persepolis. Satrapi tłumaczy, że animacja, utrzymana zresztą w sugestywnym, ekspresjonistycznym stylu, w czarno-białej tonacji nadaje filmowi wymiar uniwersalny.
Brian De Palma w Redacted z jednej strony pokazuje postępujące zezwierzęcenie młodych żołnierzy amerykańskich rzuconych w obcy, zupełnie niezrozumiały, wrogi świat, skazanych na izolację i wciąż narastający lęk, z drugiej zaś dowodzi całkiem przekonująco, że media zakłamują obraz wojny. Oglądamy różne jej wersje, żadna nie jest jednak prawdziwa, nie sięga istoty rzeczy.
Absurdy bezsensownej wojny odsłania również Sokurow w Aleksandrze. Do interesujących wniosków prowadzić może porównanie obu filmów, których twórcy reprezentują identyczną w zasadzie, antywojenną postawę. Amerykańscy żołnierze przypominają kosmiczne roboty napędzane strachem i imperatywem zabijania. W Rosjanach dochodzi do głosu mityczna dusza rosyjska: zabijają i cierpią. Ich sumieniem staje się schorowana babcia, która odwiedza obóz wojskowy, bo tęskni za wnukiem - żołnierzem. Kocha go, ale i potępia zarazem.
Metaforą owego "katastrofalnego stanu świata" jest niewątpliwie świetny i okrutnie krwawy niby to western braci Coen No Country for Old Men. Obrońca prawa i ładu, stary szeryf (Tommy Lee Jones) próbuje walczyć ze złem uosobionym w postaci psychopatycznego mordercy Antona Chigurha (prawdziwie demoniczny w tej roli Javier Bardem). Ale walka jest daremna, zło tryumfuje. Film Coenów trzyma w nieustannym napięciu, jest w nim istotnie coś zatrważającego, metafizyczna wizja zła zagarniającego kraj i ludzkie dusze. Coenowie budują swoją opowieść komponując niemal muzycznie twarze bohaterów i pejzaż rewelacyjnie fotografowany kamerą ich ulubionego operatora Rogera Deakinsa.
Równie fascynującą kompozycję twarzy i krajobrazu odnajdujemy w meksykańsko-francuskim filmie Carlosa Reygadasa Stellet Licht - historii miłosnej pasji dwojga ludzi o surowych, purytańskich przekonaniach, członków niemieckiej enklawy żyjącej w izolowanych rejonach północnego Meksyku. Konflikt sumienia i namiętności nabiera tu wymiaru greckiej tragedii. Grają "naturszczycy" wywodzący się spośród owej dziwnej, niemieckiej mniejszości, mówiącej anachronicznym dziewiętnastowiecznym językiem, zachowującej przebrzmiałe obyczaje.
Trudno nie wspomnieć o dwóch jeszcze znakomitych pozycjach festiwalowego programu. Rumuński film 4 Months, 3 Weeks and 2 Days Cristiana Mungiu stanowi prawdziwe objawienie AD 2007. Laureat canneńskiej Złotej Palmy zgarnia nagrody wszędzie, gdzie się pojawi. Na pierwszy rzut oka jest to rzecz o ostatnich dniach reżimu Ceausescu, o absurdach ówczesnej rzeczywistości, o aborcji. W istocie ten świetnie skonstruowany, przejmująco zagrany film dotyka spraw głębszych, bardziej uniwersalnych - ludzkiej samotności, pustki damsko-męskich relacji, przyjaźni.
Kinematografia rumuńska przeżywa, jak się zdaje, złoty wiek i co rusz wypuszcza jakieś dzieło wybijające się ponad przeciętność. Jestem przekonana, że Rumun Mungiu zderzy się w konkurencji oscarowej z Iranką Satrapi. Popieram oboje...
Do kategorii dzieł wybitnych zaliczyłabym również The Man from London, utrzymaną w niezwykle efektownej, godnej mistrzów ekspresjonizmu czerni i bieli adaptację powieści Georges'a Simenona w reżyserii znakomitego Węgra Beli Tarra. Choć kryminał, nie jest z pewnością filmem dla szerokiej publiczności, przywraca jednak wiarę w to, co przed laty zwano filmową sztuką. W magiczną moc kina. Tarr maluje światłem. Wydobywa obrazy z mroku i w mroku pogrąża. Niezwykle powolne ruchy kamery mają w sobie coś demiurgicznego. Stwarzają świat na nowo, z pustki, z ciemności. Twarze aktorów przypominają rysunki Groscha czy portrety Muncha. Tarr jest, moim zdaniem, geniuszem kina, może już ostatnim. Dobrze, że wciąż jeszcze znajdują się szaleńcy skłonni inwestować w twórczość, która wprawdzie nie przynosi zysków, ale jest piękna. Na przekór "katastrofalnemu stanowi świata".
