Przegląd Polski
26 października 2007

Żabką przez Atlantyk

I PO ptakach...

Marek Kusiba

Mój przyjaciel Henryk B. wraca do Gdańska. Jego powrót nie ma nic wspólnego z wygraną partii polityka pochodzącego z polskich Kaszub. Henryk sporo czasu spędził na ontaryjskich Kaszubach, gdzie w miejscowości Wilno zapuścił korzenie. Ale postanowił się wykorzenić z Kaszub kanadyjskich i na powrót zakorzenić na polskich Kaszubach, razem z żoną i trójką dzieci. Na decyzję rodziny Henryka nie miały wpływu żadne polityczne kuszenia, nawet w stylu Donalda Tuska: "Szliśmy do tych wyborów, żeby wszyscy bez wyjątku dobrze czuli się we własnym domu, we własnej ojczyźnie, żeby ci, którzy szukają szczęścia, satysfakcji poza Polską, uwierzyli, że wrócą kiedyś do domu i że w tym domu będzie naprawdę dobry porządek".

Na decyzję mojego przyjaciela nie miały także wpływu zapewnienia przyszłego premiera, że ważniejsza od władzy jest miłość, czytaj: nadzieja, że Polska zejdzie z drogi krzyżowej rozliczeń i podziałów, a wejdzie na drogę miłosierdzia i pojednania. Tak się nie stanie, przynajmniej nie od razu, i raczej nie za życia naszego pokolenia. A jednak Henryk wraca do tej Polski, rozjątrzonej konfliktami, skłóconej i podzielonej bardziej przez ostatnie dwa lata niż kiedykolwiek po 1989 r. Co nim powoduje? O ile mi wiadomo, nie jest milionerem, nawet złotówkowym, a artystą, muzykiem i filmowcem. Dlaczego więc zapakował kontener dorobkiem sporej części dorosłego życia, spędzonego w Kanadzie, dlaczego zapisał dzieci do szkół Trójmiasta, choć wychowały się w Toronto, i podejmuje ryzyko powrotu? W kraju nie ma jeszcze własnego domu ani mieszkania, zastanawia się, gdzie przez zimę przechować zawartość kontenera, a najbardziej nurtuje go niepokój o możliwość odrzucenia przeszczepu. Wie, że ich powrót może okazać się niewypałem, że po kilku miesiącach mogą zacząć tęsknić za przyjaznym krajem po drugiej stronie oceanu, gdzie żyje się może i nie całkiem swoim życiem, ale za to spokojnie i wygodnie.

Myślę, że po latach tułaczki po obcych kątach i krajobrazach Henryk poczuł potrzebę powrotu do własnego zakątka świata i własnej przestrzeni duchowej. Może zrozumiał, że jedno życie jest za krótkie na dwa życiorysy, na dwa rozdziały, pisane innym językiem, na dwa zapisy nutowe na zupełnie różne, choć podobnie brzmiące instrumenty. Może postanowił zestroić się na nowo z tym, co mu najbardziej w duszy gra? A najbardziej gra mu Polska, ze wszystkimi jej fałszywymi tonami i rozstrojonymi nerwami społeczeństwa. Wydaje mi się, że na decyzję Henryka wpłynęła także potrzeba uczestniczenia w życiu tego szalonego, niespokojnego narodu, z którym połowa Europy ma stałe problemy, a połowa świata spogląda albo z niepokojem i niedowierzaniem, albo z zachwytem.

Ten naród teraz sam się chyba trochę sobie dziwi, że potrafił się zmobilizować i tłumnie zagłosować, kierowany bardziej instynktem samozachowawczym niż kampanią wyborczą. Dokonał słusznego wyboru dla kraju przypominającego serce i nazywanego sercem Europy. To serce przetrzymało zbyt wiele zawałów politycznych, a jednak wciąż pompuje nadzieję - w serca wątpiących. To serce nie daje żadnych gwarancji, że za kilka tygodni lub miesięcy nie dostanie kolejnej politycznej palpitacji lub migotania przedsionków pomiędzy biurem prezydenta a biurem premiera. Mądremu jednak po szkodzie społeczeństwu, prawdziwie już obywatelskiemu, udało się przeprowadzenie operacji rozdzielenia bliźniaków mających poronione pomysły na Polskę-dziwadło, oddalającą się, zamiast przybliżającą, do nowoczesnej Europy.

Rany pooperacyjne goić się będą długo. Dlatego Polakom potrzeba teraz czasu na rehabilitację. Jakże wielu będzie się musiało zrehabilitować po latach usłużnych umizgów do władzy, odgrzewającej wciąż przeterminowane potrawy, wyciągnięte ze starej lodówki pamiętającej czasy późnego Gierka lub wczesnego Jaruzelskiego.

Nie obejdzie się też bez pokusy rozliczenia sPiSkowców, łącznie z zaciągnięciem ich przed trybuny i trybunały. Nadal będą trwały potyczki nad Bzdurą, co jakiś czas dochodzić będzie do scen wziętych żywcem z przygód kapitana Klossa. POPiSowym numerem opozycji stanie się może znowu dziadek Tuska, wcielony do Wehrmachtu. Mają przecież gromadzone z takim wysiłkiem haki i papiery na każdego. A jednak ten kraj, siedzący okrakiem na politycznym wulkanie, buzuje dzisiaj nową energią, kusząc wędrowne ptaki do powrotów.

Ptactwo wodne na moim jeziorku za oknem od kilku tygodni szykowało się do odlotu do ciepłych krajów - podobnie jak Henryk B. szykuje się do odlotu do Polski. Kanadyjskie kaczory prostowały skrzydła, bijąc nimi zawzięcie o spokojną taflę wody, jakby chciały światu pokazać gest Kozakiewicza: nie odlecimy, bo to nasze bajorko i wara wszystkim od niego. A od kilku dni na jeziorku cisza. Skończyło się indiańskie lato i zabawa w Indian, potrząsanie tomahawkami pogróżek i kaczymi kuprami. Przyszedł zimny, orzeźwiający powiew od północy, od Kaszub. I po ptakach...

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail