Przegląd Polski
9 listopada 2007

Debiut
- spełnienie marzeń

ROMAN MARKOWICZ

Już pierwsze kilka minut solowego występu Łukasza Kuropaczewskiego w Weill Recital Hall (Carnegie Hall) uzmysłowiły mi, że to gitarzysta obdarzony wielkim talentem i zdolnościami instrumentalnymi. Początkowe pozytywne wrażenie jedynie pogłębiło się w trakcie reszty recitalu.

Kuropaczewski, wysoki i przystojny 26-latek, podczas gry jest całkowicie zaabsorbowany muzyką i zewnętrzny świat dla niego nie istnieje: skupia się wyraźnie nad wydobyciem maksimum efektów ze swego instrumentu, który w jego rękach wygląda niemal jak zabawka.

Pomimo że zdobył już pewną sławę w Polsce i w innych krajach Europy, Kuropaczewski obecnie szlifuje swoje artystyczne rzemiosło w Peabody Institute w Baltimore, znanej amerykańskiej uczelni, jako student światowej sławy mistrza Manuela Barrueco. Trzeba przyznać, że jego przyjaciele i koledzy z uczelni nie zawiedli go: większość prawie doszczętnie wypełnionej sali przybyła właśnie z Baltimore na jego nowojorski debiut, który - jak powiedział artysta - stał się spełnieniem jego marzeń.

Repertuar recitalu obejmował zarówno oryginalne kompozycje - te wypełniły drugą część programu, jak i transkrypcje dzieł oryginalnie skomponowanych na klawesyn albo fortepian. Wśród tych ostatnich znalazły się dwie suity polskich melodii ludowych i tańców: pierwszą była grupa melodii Witolda Lutosławskiego, drugą suita tańców In modo Polonico Aleksandra Tansmana. Tę część programu otworzyła klawesynowa kompozycja J.S. Bacha Preludium, Fuga i Allegro Es-dur (tym razem w transkrypcji na łatwiejszą dla gitary tonację G-dur). Oryginalne już kompozycje wypełniły drugą część programu. Były nimi wirtuozowska fantazja Rossiniana nr 3 Mauro Giulianiego (1781-1829) oraz trzyczęściowa Elogio de la Guitarra Joaquino Rodrigo (1901-1999).

Ten różnorodny zestaw stanowił swego rodzaju przegląd gitarowej techniki i stylów i dał soliście możliwość zademonstrowania niemal wszystkich możliwych sposobów gry. Nie zauważyłem u Kuropaczewskiego słabych stron, a jego manualne zdolności są rzeczywiście rewelacyjne. Co więcej, ten wrażliwy artysta potrafi w naturalny sposób wydobyć ze swojego instrumentu wielkie bogactwo brzmienia i zaprezentować także subtelne gradacje dynamiczne.

Jego gra jest niezmiernie czysta, pewna i niezawodnie muzykalna. Nie jestem specjalistą repertuaru gitarowego ani wybitnym znawcą tego instrumentu, ale była to gra nie na niższym poziomie niż oferowana przez wybitnych wirtuozów gitary, których miałem okazję słyszeć. W żadnym momencie nie mogłem przyczepić się do usterek albo życzyć sobie dokładniejszej, bardziej przejrzystej gry. Imponowała w równym stopniu i techniczna biegłość, i umiejętność przekazania bogactwa polifonii, i delikatność w hiszpańskim repertuarze: raz jeszcze podkreślam - jeśli polski wirtuoz ma jakieś słabe strony, to ich podczas recitalu nie zauważyłem.

Ujęło mnie, że Kuropaczewski podkreślił ze sceny swoją wdzięczność dla pedagoga, uczelni i dla kraju, który go przynajmniej tymczasowo zaadoptował. Był to ładny gest, szczególnie w sytuacji, kiedy młodzi - i nie tylko młodzi muzycy - swoje sukcesy rzadko przypisują komuś innemu, a w szczególności pedagogom, którzy ich wykształcili.

Młody wirtuoz ma wielce przyjazne usposobienie i poczucie humoru, zademonstrowane podczas ostatniego z bisów. Można uznać, że był to moment błazenady, która przy tak wysokim poziomie gry powinna mu być wybaczona. Sam pan Łukasz wyraził nadzieję, iż obecny na sali profesor nie zabije go za to: nieczęsto bowiem widzi się stojącego gitarzystę grającego na instrumencie trzymanym pomiędzy nogami, ze strunami skierowanymi w stronę podłogi. I to grającego bezbłędnie! Był to jego ostatni bis (zdaje się Romanse Tarragi) i pożegnanie z uśmiechem. Ten rewelacyjny muzyk powinien tu wkrótce powrócić, tym razem może nawet dla polskiej publiczności, która tego wieczoru była w znacznej mniejszości.

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail