Przegląd Polski
23 listopada 2007
- Przekraczając bariery. Retrospektywa Jerzego Skolimowskiego - Łukasz Dziatkiewicz
- Rozkołysany księżyc na carskim tronie - Joanna Sokołowska-Gwizdka
- Kawaler nie znaczy mnich. Miłosne perypetie Mieczysława Grydzewskiego - Aneta D. Jadowska
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
Przekraczając bariery

Retrospektywa filmów Jerzego Skolimowskiego w Antology Film Archives na Manhattanie (30 listopada - 12 grudnia) przypomni dokonania jednego z najciekawszych polskich reżyserów.
W kwestionariuszu Wysokich obcasów (dodatek Gazety Wyborczej dla kobiet), w rubryce "Chciałbym jeszcze..." Jerzy Skolimowski napisał "...i jeszcze, i jeszcze". Takie jest całe jego życie.
Biografia Skolimowskiego wygląda jak spod pióra pisarza lub scenarzysty. Urodził się 5 maja 1938 r. w Łodzi. Sam potwierdza tę datę, mimo to niektóre źródła podają rok 1936, który według niego pochodzi ze sfałszowanych dokumentów. Ich powstanie związane było ze stanem zdrowia małego Jurka: "Byłem chorowitym dzieckiem: dyfteryt, różyczka, zapalenie opon mózgowych. Kiedy zakończyła się wojna, wyglądałem jak cień. Matka chciała mnie ratować i w szalonym widzie sfałszowała moją metrykę, postarzając mnie o dwa lata, dzięki czemu mogłem wyjechać na rekonwalescencję do Szwajcarii".
Nieco później zamieszkał w Pradze, gdzie matka pracowała jako attaché kulturalny. Do gimnazjum chodził z przyszłym słynnym reżyserem Miloem Formanem i Vaclavem Havlem; z oboma do dziś utrzymuje przyjacielskie kontakty. Wróciwszy do Polski, najpierw ukończył etnografię na Uniwersytecie Warszawskim (1959 r.), a cztery lata później wydział reżyserski w łódzkiej filmówce. Wkrótce pochłonął go film, ale nie bez reszty. Jeszcze pod koniec lat 50. ub. wieku wydał debiutancki tomik poezji, co nie przeszkadzało mu w karierze boksera (ma na koncie 26 walk). Żywo interesował się również jazzem. Związany był ze środowiskiem warszawskiego STS-u i gdańskiego teatru studenckiego Bim-Bom. W Łodzi na PWSTiF poznał m.in. Romana Polańskiego i Andrzeja Wajdę. Praca z tą wielką dwójką była dlań startem w świecie filmu. Najpierw wspólnie z Jerzym Andrzejewskim napisał scenariusz do Niewinnych czarodziejów (1960), gdzie wystąpił w epizodzie bokserskim, rok później współtworzył scenariusz Noża w wodzie, pełnometrażowego debiutu reżyserskiego Romana Polańskiego. W 1964 r. zadebiutował już własnym dziełem, które było znacznym wydarzeniem. Znawca polskiego kina prof. Tadeusz Lubelski jednoznacznie określa rangę początków twórczości Skolimowskiego: "W latach 60. Jerzy Skolimowski był ´cudownym dzieckiemª polskiego kina. Jego ówczesne filmy - zlepiony z etiud nakręconych w łódzkiej szkole filmowej Rysopis, a potem Walkower i Bariera - były jedyną w kinie polskim reprezentacją ówczesnego przełomu nowofalowego, odważne i nowatorskie zarówno jako propozycja estetyczna, jak i dla portretu bohatera odmawiającego uczestnictwa w kulturze PRL. Nawet kiedy bokiem, z rozpędu zrealizował wtedy film na Zachodzie - to był to Le Depart (znany w Polsce jako Odlot lub Start - przyp. ŁD) z samym gwiazdorem francuskiej Nowej Fali Jean-Pierre'em Léaudem i od razu dostał Złotego Niedźwiedzia w Berlinie".
Walkower kontynuował dzieje Andrzeja Leszczyca (w tej roli ponownie Skolimowski), głównej postaci Rysopisu, który to film przyniósł mu także sławę poza granicami Polski. W trzecim filmie - Barierze - główną rolę oddał Janowi Nowickiemu, ale problem bohatera pozostał zbliżony: szukanie samookreślenia, co tu miało wymiar łamania blokujących go barier. Taką blokadą stała się dla Skolimowskiego peerelowska cenzura. Lubelski: "Niestety, niedopuszczenie na ekrany w 1969 roku kolejnego filmu z tej serii - Ręce do góry - złamało karierę artystyczną Skolimowskiego. Zawziął się wtedy i zapowiedział, że przestanie kręcić filmy w Polsce. Owszem, niby bardzo szybko odnalazł się na Zachodzie, już w 1970 roku zrealizował Deep End (Na samym dnie - przyp. ŁD) i odtąd co jakiś czas robi filmy, ale żaden z jego późniejszych utworów nie dorównał oryginalnością spojrzenia wczesnym filmom z okresu PRL".
Nie jest Skolimowski wyjątkiem w polskim kinie. Wielu twórców nie potrafiło się już spełniać, gdy zabrakło rozmaitych barier ustrojowych. Dobitnie ujawniły to filmografie wielu filmowców po 1989 r. - mimo wolności ich dzieła nie były już tak dobre.
Po Starcie i problemach z wejściem na ekrany Rąk do góry (premiera dopiero w 1985 r.) powstał wspomniany dramat obyczajowy Na samym dnie, otwierający na dobre zagraniczny etap jego kariery. Kolejne dwa to kostiumowe komedie: Przygody Gerarda (1970), między innymi z Claudią Cardinale, oraz Król, dama i walet (1972) z Giną Lollobrigidą i Davidem Nivenem. Ten drugi powstał na podstawie powieści Nabokowa i zdobył nominację do Złotej Palmy w Cannes. W 1978 r. wchodzi na ekrany Krzyk (czasem jako Wrzask, org. The Shout). Mroczny film będący opowieścią pensjonariusza (Alan Bates) zakładu psychiatrycznego. Twierdzi on, iż posiadł umiejętność zabijania krzykiem. Scenariusz tego dziwnego obrazu, będącego kolażem kina grozy, filmu psychologicznego, dramatu i fantastyki, oparto na powieści Roberta Gravesa. Film doczekał się kolejnej nominacji do głównej nagrody na canneńskim festiwalu (otrzymał nagrodę specjalną jury).
Dopiero po czterech latach przedstawia Skolimowski światu swój następny film, głośny w Polsce przede wszystkim za sprawą bliskiej tematyki. Albowiem Fucha (Moonlighting, 1982) traktuje o pracujących w Wielkiej Brytanii na czarno Polakach. Tam zastaje ich stan wojenny. Główną rolę (Nowaka) zagrał Jeremy Irons. I znów nominacja do Złotej Palmy i nagroda za scenariusz autorstwa samego Skolimowskiego.
Po dwóch dość udanych dziełach cztery zdecydowanie gorsze. Najpierw był to dramat o polskim emigrancie: Najlepszą zemstą jest sukces (Success Is the Best Revenge, 1984), aczkolwiek po raz kolejny jury w Cannes przyznało nominację do najważniejszej nagrody. Później Latarniowiec (The Lightship, 1986) - dramat kryminalny o konfrontacji ludzi morza i przestępców. Mimo dobrej obsady (Klaus Maria Brandauer, Robert Duvall) i nagrody specjalnej jury na festiwalu w Wenecji nie można go zaliczyć do filmów wybitnych.
Nieco później sięgnął Skolimowski po klasykę, bowiem Wiosenne wody (Torrents of Spring, 1989) to nic innego jak ekranizacja głośnego dzieła Turgieniewa. W Cannes - jak i kilkakrotnie wcześniej - doczekał się takiego samego uznania. Główne role w filmie przyjęli Timothy Hutton i Nastassja Kinski. Wreszcie ostatni - ekranizacja daleko innej klasyki, dzieło uważane za niepoddające się ekranizacjom, czyli Ferdydurke wg Gombrowicza. Ambitna próba - prawie kompletna porażka. Scenariusz tego filmu współtworzył Joseph Kay, czyli syn z drugiego małżeństwa (z Joanną Szczerbic). Kay wraz z bratem Johnem Yorickiem nakręcili w 1993 r. Motyw cienia (The Hollow Man); ich ojciec był producentem. W ostatnich tygodniach ruszyły w Polsce zdjęcia do najnowszego filmu Skolimowskiego, co będzie powrotem do reżyserii (bo nie na plan filmowy, gdyż parę razy wystąpił w filmach innych twórców, np. w Marsjanie atakują! i Operacja "Samum") po 16 latach, a do reżyserowania w kraju po 40! Fabuła Czterech nocy z Anną brzmi frapująco. Bohaterem jest robotnik ze spalarni odpadów medycznych w szpitalu w prowincjonalnym miasteczku. Ma obsesję na punkcie jednej z pielęgniarek. Dosypuje jej środki nasenne do cukru, a następnie nocami zakrada się do jej pokoju. Ale tylko przygląda się śpiącej oraz wykonuje drobne prace w domu. Dziwny związek trwa do chwili ujęcia go przez policję. Z kolei w USA w fazie przygotowań jest America. Ma to być historia polskiej aktorki emigrującej do USA. Tam trafia do Kalifornii, gdzie zakłada komunę. Rzecz jest adaptacją powieści Susan Sontag In America (2001) - o Helenie Modrzejewskiej.
Od wielu już lat Skolimowski zajmuje się malarstwem (maluje również syn Joseph, ich prace wspólnie były prezentowane w Polsce). Sześć lat temu w wywiadzie dla Gazety Wyborczej na pytanie o to, czy tworzenie obrazów to przymusowe wyżycie się w innej niż filmowa formie, mówił: "Nie. Po prostu tak się złożyło, że dopiero w Kalifornii, gdzie mieszkam od 17 lat, udało mi się stworzyć odpowiednie warunki do malowania. Miejsce, w którym mieszkam, jest unikalne, leży na skale zawieszonej nad oceanem. Nie widzę domów ani samochodów, słyszę tylko szum fal. To obcowanie z ogromem oceanu i nieba powoduje, że oko przestaje być rozbiegane. Ostrość widzenia nie przenosi się z punktu na punkt. Obcuję z kolorem, z dużą przestrzenią, z masą faktur wody i nieba... To pozwala na skupienie".
