Przegląd Polski
7 grudnia 2007
- Kartki ze skażonej strefy - Ewa Berberyusz
- "Ewangelie dzieciństwa". Teatr ZAR z Wrocławia w Los Angeles - Anna Krajewska-Wieczorek
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
Kartki ze skażonej strefy

Długo żyję, więc zdarzało mi się widzieć sporo ludzi żywiołowo szczęśliwych: ojców, którym urodziło się upragnione dziecko, zawodników wygrywających zawody, nagradzanych artystów, ale - z ręką na sercu - nigdy nie widziałam człowieka tak szczęśliwego, jak Donald Tusk. I to nie tylko w dniu wygranych przez Platformę Obywatelską wyborów, ale - że tak powiem - w permanencji, do dziś. Im stawał się bledszy z niewyspania, bo roboty i palących problemów huk, dnia nie staje - tym bardziej promieniał, tryskał pomysłami i dowcipem.
Skończyła się dla niego pewna wygoda bycia w opozycji, która daje swobodę osobistą, kiedy to po skończonej sesji w Sejmie siadał za kierownicą i pruł do domu, do Sopotu, co jako człowiek rodzinny wysoko sobie cenił.
Oboje z żoną Małgorzatą mają po pięćdziesiąt lat; poznali się na studiach; dorosłe dzieci wyglądają jak ich młodsze rodzeństwo. Lubią rezydować w kuchni...
Teraz - koniec prywatności. Premier z małżonką zamieszka (jeżeli nie znajdzie czegoś skromniejszego!) w rządowej willi niedaleko Belwederu. Oboje stwierdzają, że jest za duża na ich potrzeby, i - choć urządzona z luksusem - pozbawiona półek na książki! "Jedyny plus to obietnica Gosi, że pozwoli mi grać tu w piłkę". (Tusk jest zagorzałym piłkarzem-amatorem). Ich willa sąsiaduje z siedzibą poprzednika na urzędzie, czyli Jarosława Kaczyńskiego. (Będzie z niej korzystał przez trzy miesiące "wypowiedzenia"). Kaczyński mieszka z mamą i z kotem. "To my na pewno weźmiemy sobie psa" - oświadcza Tusk.
***
Exposé premiera, na które wszyscy czekali w napięciu, nie było bez wad. Przede wszystkim - za długie. Trzy godziny. "Polski Fidel Castro!" - krzyczano z ław sejmowych. Na usprawiedliwienie przypomnę, że Platforma nie rządzi sama, ale w koalicji z Polskim Stronnictwem Ludowym, które objęło resorty gospodarcze i które przygotowało premierowi tezy z tej dziedziny. Nad całym tekstem panowało słowo "zaufanie"; powtórzone kilkadziesiąt razy. Wcale mi to nie przeszkadzało; może przez kontrast do dotychczasowej demonstrowanej przez pisowców nieufności. Tusk nie dzielił społeczeństwa na dobrych i złych, na wyznawców i wrogów. Dominowała wiara w jednostkę.
W exposé każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Przytaczam za prasą: liberałowie (liberalizm w Europie ma inne znaczenie niż w USA!) dostali dość dowodów, że mają do czynienia z liberałem, konserwatyści, że słuchają konserwatysty, socjaldemokraci, że exposé wygłasza socjaldemokrata, katolicy mogli mieć pewność, że słuchają katolika, rolnicy, że widzą obrońcę chłopskich interesów, kibice piłkarscy, że mają przed sobą pierwszego kibica Rzeczypospolitej, niepełnosprawni, że wreszcie premierem został ich adwokat. A na dodatek Marek Borowski z LiD-u, czyli opozycji, zaczął swoje wystąpienie od pochwały pięknego języka nowego premiera. Prawda! Choć jestem wrogiem dłużyzn, wysłuchałam exposé w całości, nieznużona. Po ociekających żółcią wystąpieniach Kaczyńskich Tusk działał terapeutycznie. Kamera przesuwała się z mówcy na lożę prezydencką, ukazując pusty fotel z godłem państwowym. Prezydent Lech Kaczyński wyjechał do Gruzji.
Tusk niewiele sobie robił z afrontu. Gdy przyszedł czas na pytania posłów (ponad pięćset pytań), spokojnie ripostował. Zapytany o niezliczone domy wypoczynkowe dla klasy rządzącej nie tylko odpowiedział, że zostaną sprywatyzowane w ciągu kilku tygodni, ale zdziwił się, dlaczego poprzednicy tego nie zrobili: "Przecież to sama rozkosz nieco odchudzić państwo tak łatwym sposobem...".
***
W odpowiedzi na exposé lider PiS-u strzelał do premiera ślepakami, opowiadając brednie o jakiejś polityce transakcyjnej, co w gruncie rzeczy da się sprowadzić do konkluzji, jaką się posłużył wobec obejmującej rządy Platformy Obywatelskiej: "pacyfikacja, petryfikacja i restauracja, czyli PPR". Nigdy nie był zdolny do pochwały przeciwnika, ale w tym przypadku porażka zdecydowanie odebrała mu rozum. A Tuskowi w rozmowie z dziennikarzami wyrwało się: "Ja jako głowa państwa...". Natychmiast się poprawił: "Boże, przejęzyczyłem się, muszę się pilnować...".
Tym bardziej że ekipę Tuska czeka ciężka próba. Budżet odziedziczony po poprzednikach jest knotem. Mimo to nowa Rada Ministrów musiała projekt przyjąć, żeby zdążyć w przewidzianym konstytucyjnie terminie. Za plecami sunie lawina strajków służby zdrowia i nauczycieli; budowa stadionów i całej infrastruktury na piłkarskie Euro w 2012 roku, które odbędą się w Polsce i na Ukrainie. Fundusze unijne nie wystarczą. Mimo balastu trudności Tusk, jak wspomniałam, promienieje, i ten optymizm się udziela.
Może tylko mnie? Może jestem stronnicza? A może bierze się to z ulgi, że strząsnęliśmy z siebie niechętne ludziom rządy PiS-u. Czy na długo? Cóż, że przegrali. Przecież na PiS głosowało 5 mln Polaków, więcej niż w poprzednich wyborach. Dla mnie niepojęte, skąd biorą się ci rodacy. Szukam odpowiedzi. Po części znajduję je w wypowiedzi prof. Magdaleny Środy, filozofa i etyka z Uniwersytetu Warszawskiego.
W artykule o strukturze socjalnej pisowców konstatuje, że "oni wszyscy z nas", czyli narodu polskiego. "Jesteśmy nie tyle wspólnotą - pisze - ile stowarzyszeniem rodzin (i to wcale nie tradycyjnych). Jesteśmy nieufni, podejrzliwi, pasywni, nieczuli. Nie angażujemy się w działania lokalne, inicjatywy obywatelskie; nie interweniujemy, gdy słyszymy przemoc za ścianą, nie znamy swoich sąsiadów i nie interesujemy się ich życiem; nie potrafimy (nie chcemy?) budować przestrzeni ´międzyª. Więzi u nas budowane są przez pompatyczne formy pamięci o heroicznej przeszłości... Czasem tworzymy historyczne, krótkotrwałe wspólnoty ´przeciwª, by zaprotestować, zagłosować, zmobilizować się przeciw jakiemuś wrogowi... Jarosławowi Kaczyńskiemu udało się zebrać wszystkie te cechy i stworzyć z nich podmiot polityczny. Wielkie stowarzyszenie ludzi na ´nieª. To znaczy tych, którzy nie lubią PRL, nie lubią III RP, nie lubią wykształciuchów, nie lubią oligarchów, nie lubią wspólnoty europejskiej, nie lubią biedy i wykluczenia, a jednocześnie nie lubią procesów modernizacyjnych; tęsknią za bliżej nieokreśloną przeszłością, boją się przyszłości... Są dekoracyjnie religijni; pragną ojca, wodza lub władzy, która ukróci rozgadaną demokrację i zapewni im mały dobrobyt. Jak Gierek...".
O, nie! Tu zaprotestuję. Przeżyłam wszystkie etapy komunizmu, z których za najwstrętniejszy uważam gierkowszczyznę. Ze względu na zakłamanie.
***
Uważa się, że Platforma wygrała wybory dzięki głosom bardzo młodych Polaków. Też protest. Kontaktuję się z moimi rówieśnikami, czyli ludźmi starymi, z których każdy głosował "na Tuska". Bezinteresownie, bo mamy świadomość, że nawet przy najsprawniejszych rządach Platformy doli materialnej sobie nie poprawimy. Więc co zadziałało? Jednak instynkt obywatelski i poczucie demokracji. Nieśmiało ufam, że nie jest to chwilowy odruch, ale rzeczywista przemiana świadomości narodowej.
***
Przegraliśmy wyścig o Expo 2012 we Wrocławiu. Było do przewidzenia. Mimo dynamicznie rozwijającego się miasta dzięki znakomitym władzom lokalnym, centrala, czyli Warszawa, nic w tej dziedzinie nie robiła. W szufladach Anny Fotygi, niedawnej minister spraw zagranicznych, znaleziono listy ze świata w tej sprawie, na które nie raczyła odpowiedzieć. W tej sytuacji nieobecność w Paryżu, gdzie decydowały się losy Expo, naszego prezydenta czy dopiero co obranego premiera nie miała istotnego znaczenia. Prezydent, oczywiście, mógł pojechać, ale nie pojechał. Przypuszczam, że trudno mu się do dziś otrząsnąć z traumy przegranej PiS-u. Bo wiadomo, że jego deklaracja o byciu prezydentem wszystkich Polaków to slogan. W rzeczywistości całkowicie identyfikuje się z bratem-bliźniakiem.
Nasi konkurenci: Korea Południowa i Maroko - zrobili wielkie plenerowe show z zespołami tanecznymi i śpiewem; z prezentami za bajońskie pieniądze dla głosujących państw. Patrzyłam ze smutkiem na osamotnionych naszych przedstawicieli; tym bardziej że byli wśród nich tak twórczy wrocławianie, jak obecny minister kultury i dziedzictwa narodowego Bogdan Zdrojewski i prezydent Wrocławia Rafał Dutkiewicz.
No nic, stało się. Wygrało miasto Josu w Korei Południowej. Można się pocieszać, że my graliśmy w konkurencji fair. Bo była między kandydatami umowa, żeby nie namawiać nowych krajów do przystępowania do Biura Wystaw i do głosowania. Nasi konkurenci zasadę tę złamali. Można się też pocieszać, że może nie udźwignęlibyśmy w jednym czasie dwu tak kolosalnych imprez, jak Expo i piłkarskie Euro. Nie ma też pewności, czy Expo nie zrobiłoby finansowej klapy. Tak stało się w dobrze zorganizowanych Niemczech i dawno temu w Kanadzie. Po Expo w Montrealu oprowadzała mnie córka generała Andersa, Hanna Nowakowska z mężem. Mówiła, że był to ekscytujący czas dla miasta, ale pieniądze się nie zwróciły. Chodziliśmy po przepastnych terenach z niewykończonymi kikutami awangardowych budowli...
Na przegranej Expo rola Wrocławia się nie kończy. Bogdan Zdrojewski, obejmując resort kultury, zapowiadał, że widzi swoją rolę szerzej niż zawiadywanie zabytkami. Wśród nowych inicjatyw ma wizję stworzenia we Wrocławiu, na przykład, Instytutu Techniki na wzór Doliny Krzemowej. Zarówno minister Zdrojewski, jak i Dutkiewicz (pobił w Polsce rekord w głosowaniu na prezydenta miasta) wzbudzają zaufanie.
28 listopada 2007 r.
