Przegląd Polski
28 grudnia 2007

Szampanem czas wznieść toast
za nadchodzący Nowy Rok 2008...

Oby był szczęśliwy dla świata
i dla każdego z nas!

Redakcja "Przeglądu Polskiego"

 

Nirwana?

ANDRZEJ GRABKOWSKI

Postanowiłem trzymać się z dala od wszystkiego. Bez radia, telewizora, telefonu, codziennej gazety. Zupełnie odłączyłem się od lawiny przekazywanych informacji. Ostatnie miesiące w Polsce zachęciły mnie do tego eksperymentu. Zaszyłem się w małym pensjonacie nad Bałtykiem. Jastrzębia Góra. Tutaj, ponad trzydzieści lat temu byłem z żoną i malutką Justynką na wczasach. Tu po raz pierwszy wszedłem po schodach latarni morskiej na Rozewiu, by zobaczyć bezkres wody i podziwiać ostry brzeg klifowgo wybrzeża. Dom wczasowy Korab, który stoi w tym samym miejscu, ma tę samą fasadę. Stare domki kempingowe ustawione w półkole straszą swoim wyglądem. Mimo to są pełne wczasowiczów. Te trzydzieści lat to szmat życia. Justyna ma córkę, która ma tyle lat, ile ona, gdy była tu z nami. Tamara pyta mnie o ślimaki.

- Czy one są przyjazne, dziadku?

- Tak, są przyjazne i pożyteczne.

- A czym się żywią?

- Listkami i popijają rosą.

- A co to jest rosa?

Idziemy jarem ku plaży. Wydeptana ścieżka pełna niedopałków, plastikowych butelek po wodzie, kapsli, opakowań po fistaszkach i czipsach. Wchodzimy na plażę. Widzę sinobłękitne fale i czuję powiew bryzy wypełniającej rześkim strumieniem płuca. Staram się nie myśleć o niczym. Czy uda się wytrzymać bez jazgotu gadających głów w krawatach zawiązanych w duży trójkąt tą samą ręką telewizyjnego wizażysty? Na plaży niewiele osób. Przed chwilą przestało padać. Jest chłodno. W oddali przepływa kuter rybacki przerobiony na galeon "Santa Maria". Z pokładu słychać muzykę disco polo. Ogromny banan z kauczuku czeka na chętnych do przejażdżki. W grajdołku otoczonym parawanem w koła i romby skulona z zimna rodzina głośno rozprawia o terminie wyjazdu do domu. Na zapiaszczonym kocu leży Życie na gorąco i Fakt. Plaża jest bardzo wąska, morze wchłania ją coraz gwałtowniej.

WRACAMY Z PLAŻY wspinając się po trzystu drewnianych stopniach na szczyt klifu. Bar z piwem Żywiec usytuowany przy schodach zachęca do wstąpienia tuzinem firmowych parasoli i mendlem wygodnych krzeseł. Wyjście na wierzchołek klifu prowadzi wprost do alei kiczu, która ma się znakomicie. Tu można kupić buty w kształcie smoka, okulary z długopisem w oprawce, setki jednorazowych zabawek z łamliwego plastiku. Można się sfotografować w planszy z wizerunkiem kulturysty, seksbomby albo Shreka. Można kupić pocztówkę z piaskiem plażowym, muszelkami i ziarenkami bursztynu. Przejechać kolejką z wagonikami w kształcie kaczek, zjeść loda w fioletowym waflu albo kupić "ręcznie malowany obraz" made in China, malowany "na metry". To stoisko cieszyło się niemałym zainteresowaniem, mimo że ceny monideł wahały się od 300 do 1500 złotych. Furorę robi tatuaż 2-tygodniowy. Klientkami salonów tatuażu na wolnym powietrzu są głównie nastolatki. Otoczenie zawieranych transakcji handlowych w Alei Kiczu jest przemyślane od A do Z. Zabawki dla maluchów wyeksponowane w zasięgu ich rączek. Gry zręcznościowe i losowe kuszą napisami, że każdy tutaj wygrywa. Robisz jeden krok ku przestrzeni gastronomicznej i już jesteś obsługiwany. Kicz ma się dobrze również wieczorem. Karaoke w piwnym barze, disco polo w Krypcie, ostra jazda na chińskich quadach pod prąd, bez kasku, ale z dziewczyną na tylnym siodełku, podskoki na gumowych szelkach. Noc należy do kakofonii dźwięków z dyskotek, z gardeł spojonych piwem mięśniaków, syren i trąbek. Harmider podświetlany jest czerwonymi kulami i strumieniami laserowych wiązek.

Kicz... Co to jest? Kicz to zjawisko, które przeżywa okres odrodzenia, by nie powiedzieć - świetności. To krótko mówiąc sztuka szczęścia. Na temat kiczu wypowiedziało się wielu krytyków sztuki, antropologów kultury, badaczy etnografów. Powstawanie i rozpowszechnianie się kiczu jest związane z rozwojem cywilizacji mieszczańskiej, z takim układem rynku i kultury, gdzie o nabywaniu produktów decyduje wola przeciętnego człowieka. Wielki magazyn - supermarket kultury otwiera swoje drzwi na wszystkich piętrach, tworząc namiastkę raju dla mało wymagających. Postawa konsumencka w odniesieniu do przedmiotów kiczowatych determinowana jest chęcią posiadania, poszukiwaniem zabawy, myślą o innych ludziach oraz mniemaniem, że szczęście można nabyć w postaci uprzedmiotowionej.

DESZCZ ZNIECHĘCA DO SPACERU. Chcę już wracać z Tamarą do domu.

- Dziadku, a może pójdziemy na chwilkę do lasu zobaczyć, jak ptaszki szykują się do snu?

Bukowy las dostatecznie chroni przed wiatrem i deszczem.

- Zobacz, dziadku, tutaj nie pada i jest bardzo cichutko. Popatrz, czy to jest sikorka bogatka czy pośmieciuszka? - Tamara wypatrzyła ptaka, który podskakiwał na mchu wybierając spod liści owady. Wszystkie myśli i całą swoją energię kieruję w stronę głodnej wiedzy mojej pierwszej wnuczki. Trzymam ją za rękę tak samo delikatną jak ręce moich córek. Nie wiem dlaczego, ale przypominam sobie Yehudę Nira, nowojorczyka, którego poznałem ubiegłej jesieni na odczycie o Zagładzie na Columbia University. Po kilku zdaniach zorientowałem się, że to niezwykła postać. Niezwykła, bo ciepła, przyjazna, otwarta i szczera. Niezwykle szczera. Przyjąłem jego zaproszenie do mieszkania przy Park Avenue, a pierwsza rozmowa dotyczyła sztuki i pasji kolekcjonerskich. Siedzieliśmy w salonie w wygodnych fotelach. Na ścianach grafiki Rauschenberga, Kokoschki, Liebermanna. Dużo oprawionych gustownie w drewniane ramy zdjęć. Ale na szafach bibliotecznych stały puzderka oraz figurki pasterek, krasnali, baletnic i zwierzątek. Zestawienie zaiste piorunujące.

- Co to za sztuka, profesorze? - pytam zdumiony.

- Practical and beautiful, mój drogi. To amerykański kicz z lat pięćdziesiątych. To nasza pasja kolekcjonerska od dwudziestu kilku lat! - Yehuda Nir odpowiada z dumą. W tych latach zebrali ponad cztery tysiące przedmiotów kiczowatych, które stanowią znaczącą i znaną w świecie tego typu kolekcję. Nir i jego małżonka są zaprzeczeniem wszelkich naukowych definicji kolekcjonerów. Potrzeba posiadania, gromadzenia i przechowywania przedmiotów wpisuje się w tę definicję, ale kolekcjonerzy poszukują obiektów za wszelką cenę. Kicz, jako wielkoseryjny produkt pop kultury, szczególnie w USA był, jest i nadal będzie obecny w życiu codziennym. Ale Nir dostrzegł jego inność!

I dostrzegając tę inność nie poluje na obiekty, kupuje je albo okazyjne, albo same wpadają mu w ręce.

YEHUDA NIR, ROCZNIK 1930, jest profesorem psychiatrii na Cornell University w Nowym Jorku, autorem książki biograficznej Lost Childhood. Utracone dzieciństwo ukazało się w Polsce w 2005 roku; był to ósmy przekład. Przejmująca i szczera relacja jego ucieczki przed Zagładą, napisana prostym i pełnym swady językiem porusza każdego czytelnika. W Stanach Zjednoczonych Lost Childhood weszło do kanonu lektur szkolnych.

Pełna ciepła natura, specyficzny humor i dystans do wszystkiego, co banalne, a przede wszystkim szczerość aż do bólu stanowią o niepowtarzalnej wielkości Yehudy Nira.

- Dlaczego akurat kicz? - pytam. - Przecież w mieszkaniu jest dużo obiektów, których nie powstydziłaby się niejedna renomowana galeria sztuki.

- A dlaczego nie? Czy ktoś mi wyjaśni, co jest piękne, a co brzydkie? - odpowiada, a ja patrzę na figurkę tancerki z gipsu, pomalowaną w kolorach seledynowym, fioletowym, malinowym i brązowym, spełniającej podstawę lampki nocnej z abażurem w kształcie gondoli. Owszem, przedmiot spełnia dwie funkcje. Practical and beautiful. Jest zachowany w doskonałym stanie. Na tej samej półce stoi mały krasnoludek.

- Popatrz na tę figurkę. To jestem ja! - figurka jest zrobiona z białej porcelany, malowanej naszkliwnie. Ma najwyżej 8 centymetrów wysokości. Nir ujmuje krasnala za główkę i go podnosi. Pod zewnętrzną powłoką jest druga figurka skulonego, przestraszonego żydowskiego dziecka. Prezentacja figurki zrobiła na mnie duże wrażenie.

- A teraz popatrz na jeden z naszych pierwszych eksponatów!

Przechodzimy do ściany odgradzającej salon od jadalni. Wiszą na niej cztery tancerki z terakoty spełniające funkcję wiszących flakonów na cięte kwiaty. Każda tancerka wyszła z tej samej formy, jednak każda jest inaczej pomalowana.

- To jest moja siostra, Lala, w różnych wcieleniach - oświadcza Nir z pełną powagą. Zaczynam się zastanawiać, jaki wpływ na pasję kolekcjonerską miała hekatomba wojenna. Yehuda Nir w wielu zgromadzonych przedmiotach widzi fragmenty swoich wspomnień.

Przechodzimy do jadalni, w której na stoliku i na podłodze obok są ustawione obrotowe tace z fajansu i porcelany.

- To część kolekcji Lazy Susans - mówi Nir i podkreśla - każda inna i każda z wczesnych lat 50. XX wieku.

"Leniwa Zuzanna" to nazwa bardzo praktycznego naczynia kuchennego. Składa się z ruchomej, obrotowej podstawy, na której ustawia się pięć salaterek układających się w formę fantazyjnej rośliny. Naczynie to pozwala gospodyni zasiąść do stołu z domownikami, bowiem salaterki zawierają cały obiad dla wszystkich.

- Z kolekcji "Leniwych Zuzann" jesteśmy dumni, bowiem mamy ich ponad czterdzieści. Wszystkie kupowaliśmy na wyprzedażach garażowych po kilka dolarów. Nie interesują nas zakupy w galeriach, do których trafiają ostatnio kicze i osiągają nieraz wysokie ceny.

GDY W 2003 ROKU UKAZAŁ SIĘ W NEW YORK TIMESIE duży artykuł o nim i o kolekcji kiczu, trochę się zmartwił.

- Teraz będzie mi trudniej kupić coś oryginalnego i taniego. Strzeliłem sobie samobójczą bramkę - mówi uśmiechając się.

W kolekcji Nirów jest wiele przedmiotów, których się nie produkuje od wielu lat. Wykonane z gipsu, terakoty, drewna czy porcelany zostały wyparte przez plastik i tanich producentów z Azji. Dzisiejszy kicz nie ma tego smaczku. Jest ordynarny, nietrwały i często monochromatyczny. Przychodzi mi do głowy pomysł namówienia Nira do opisania tej kolekcji i na wyjaśnienie fenomenu kolekcjonowania kiczu. Myślę, że zadanie to wpisałoby się w rozdział o codziennym życiu cywilizacji konsumpcyjnej XX wieku.

Usiedliśmy na wygodnej sofie, nad którą wisi duży, ponadmetrowy relief z terakoty przedstawiający tancerkę w klasycznym pas.

- To jest Lala. Moja siostra. Dla niej życie to nieustanny taniec. Taka jest do dziś!

W Utraconym dzieciństwie Lala jest przedstawiona jako dzielna, inteligentna, opiekuńcza i silna osobowość. Los rodzeństwa, które ocalało przed Zagładą, w dużej mierze zależał od Lali. Nir zdaje sobie z tego sprawę, a o siostrze wyraża się z szacunkiem i rozrzewnieniem. Mówi piękną polszczyzną z lekką lwowską domieszką. Do dziewiątego roku życia nie znał trosk. Mieszkali we Lwowie. Pokazuje mi fotografie rodzinne. Ma ich tylko kilka. Z rodzicami przed domem, z Lalą na tle pejzażu i jego fotografia, gdy miał 8 lat. Ta mała, ocalona fotografia posłużyła amerykańskiemu wydawcy do wykonania projektu okładki pierwszego wydania.

Umawiam się z profesorem na kolejne spotkanie. Tym razem w Trenton, NJ, gdzie wspólnie z moim przyjacielem zaplanowaliśmy wieczór autorski promujący Utracone dzieciństwo w środowisku Polonii.

***

Wychodzimy z Tamarką na główną ulicę Jastrzębiej Góry, wybudowaną jeszcze w międzywojniu. Granitową kostkę użytą do wyłożenia nawierzchni ściągano aż z Wołynia. Droga ma się dobrze, pomimo niebywałego ruchu samochodów. Tamara idzie po krawężniku trzymając mnie za rękę. Przypominam sobie moje dzieciństwo. Podobnie jak Nir, ojca utraciłem w dzieciństwie. Ciężko chorował. Corocznie jeździł do szpitali i sanatoriów. Umarł w wieku 40 lat. Dzieciństwo mojego ojca to także Lwów. Pamiętam jego opowieści o zabawach w wojsko w Kaiserwaldzie, o figlach z jedzeniem cytryn przed frontem orkiestry Pułku Ułanów Jazłowieckich, o łowieniu kleni na koniki polne... Ale ja nie przeżyłem strachu, upokorzeń, obawy o jutro, beznadziejności. Nie ukrywałem się, nie utraciłem ani na chwilę swojej tożsamości. Rozumiem Nira i słucham go, jakbym słuchał swojego ojca.

Nir po wojnie wyjechał do Izraela, a stamtąd na studia do Austrii. Na emigrację do USA zdecydował się w latach 50. Tu zdobył specjalizację w psychiatrii i związał się z Cornell University, na którym wykłada do dziś. Pod koniec lat 80. na zjeździe naukowym spotkał przypadkowo swojego kolegę ze szkolnej, lwowskiej ławki. Jak się okazało, tylko oni dwaj ocaleli z Zagłady. To on namówił Nira do opisania wspomnień.

Jeden z najbardziej wstrząsających fragmentów Utraconego dzieciństwa dotyczy powstania warszawskiego, w którym Nir uczestniczył jako łącznik z ugrupowania "Radosław". Pogrzeb młodziutkiego powstańca rozszarpanego przez granat. Ten mały powstaniec był również Żydem. I podobnie jak Nir walczył nie ujawniając swojej tożsamości...

***

Słońce dotknęło horyzontu. Postanowiliśmy pożegnać je z klifowej krawędzi. Okazały dąb stoi zaledwie metr od przepaści. Z góry widać cienki skrawek plaży, a na sinoniebieską wodę kładzie się ostatni, rudawy promień słońca. Jutro ma być piękna pogoda.

Nie można trzymać się z dala od wszystkiego. Jesteśmy kamieniami opłukiwanymi przez fale. Jesteśmy drzewami wrośniętymi w ziemię. Jesteśmy...

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail