Przegląd Polski
4 lipca 2008
- Kolebka amerykańskiej rewolucji - Halina Niedzielska
- Kartki ze skażonej strefy - Ewa Berberyusz
- Gibraltar, 1943 rok - Krzysztof Mazowski
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
Kolebka amerykańskiej rewolucji
J.L.G. Ferris (1863-1930), Writing the Declaration of Independence, 1776 r. Od lewej: Benjamin Franklin, John Adams i Thomas Jefferson
Angielskie posiadłości ciągnęły się wówczas wzdłuż Atlantyku począwszy od Maine, które wchodziło wtedy w skład Massachusetts, a skończywszy na Georgii. Pod władaniem brytyjskiej Korony znalazło się trzynaście kolonii, a ich zachodnią granicę wyznaczały Appalachy.
Położona mniej więcej pośrodku Pensylwania zajmowała wydłużony prostokąt. Stolicą gęsto zaludnionej i kwitnącej prowincji była Filadelfia, największe miasto kolonialnej Ameryki. Tu właśnie krystalizowały się idee, jak również odpowiadające im formy organizacyjne i prawne, które pozwoliły na przekształcenie rebelii w wojnę o niepodległość.
Miasto wyróżniały ładne dwupiętrowe kamieniczki, imponujące gmachy publiczne i prywatne rezydencje, szerokie ulice i aleje, które przecinały się pod kątem prostym, zamiast odchodzić promieniście od ratusza, jak to było w zwyczaju. Jednym słowem, stanowiło ładną oprawę dla wolnościowych dążeń.
Filadelfijczycy w większości umieli czytać i pisać, dzięki nauce w przykościelnych i publicznych szkołach. Wykształceni przez prywatnych nauczycieli, młodzieńcy z zamożnych rodzin znali grekę i łacinę. Nic dziwnego, że powstało tutaj pierwsze amerykańskie Towarzystwo Filozoficzne, założone przez Benjamina Franklina. Self made man, który parał się piórem, pasjonował nauką i wynalazkami, zaczynał wielką karierę od drukowania gazety. Już w 1751 r. ufundował on Philadelphia Academy, zaczątek Penn University.
Udany eksperyment
O pozycji Pensylwanii przesądziła nie tyle geografia, co bardzo szczególne początki. Sir William Penn, jeden z londyńskich bankierów, udzielił swemu monarsze pokaźnej pożyczki w wysokości 16 tys. funtów w złocie. Po jego śmierci wierzytelność przeszła na syna i zarazem imiennika. Karol II uregulował ów dług w naturze, nadając mu w 1681 r. ogromną połać ziemi za oceanem, wraz z nominacją na gubernatora. 37-letni William Penn nazwał ją z łaciny Sylvanią, od zalesionych terenów, wzbogacając - na królewskie żądanie - o człon "Penn". Przy tej okazji trzeci z rzędu Stuart, dzierżący berło, pozbył się większości kwakrów, którzy już wtedy byli solą w oku Kościoła anglikańskiego.
William, gorliwy członek Society of Friends, zamierzał zrealizować w Nowym Świecie ideały swoich współwyznawców: skromne zachowanie i takiż ubiór, proste, a zarazem pracowite życie i wspólne modlitwy pozbawione jakichkolwiek obrzędów i rytuałów. Częste spotkania i dyskusje sprzyjały wymianie myśli. Nie stawiano też przeszkód przedsiębiorczości i bogaceniu się, ale pod warunkiem właściwego spożytkowania pieniędzy. Przyznawano kobietom dość wysoką pozycję społeczną, co łagodziło patriarchat, ale podobnie jak gdzie indziej prawo głosu przysługiwało tylko właścicielom posesji.
Nowa kolonia miała stanowić Holy Experiment i być przykładem harmonijnego i pokojowego współżycia różnych ludów i wyznań, co potwierdzało wiele praw i swobód. Kwakrzy odrzucali zbrojne konflikty i rozlew krwi. William Penn dał temu wyraz, zawierając przymierza i traktaty z okolicznymi plemionami indiańskimi. Zarówno Rada, jak i Ogólne Zgromadzenie, pomagające gubernatorowi w sprawowaniu rządów, pochodziły z wyborów. Wolność i tolerancja, uprawiana nie tylko na papierze, ale i w praktyce, przyciągała jak magnes przybyszów z całej Europy. Dzięki temu Pensylwania stała się jednym z pierwszych tygli, w których wytapiała się Ameryka. Naturalną koleją rzeczy kwakrzy znaleźli się w mniejszości, tracąc częściowo swoje wpływy. Choć po kilkudziesięciu latach rzeczywistość znacznie odbiegała od wizji założyciela, szczególnie w stosunkach z tubylcami, to kolonia była nadal uważana za oazę demokracji w XVIII-wiecznym rozumieniu tego pojęcia.
Walka o należne prawa
Okupione wielkim kosztem zwycięstwo w wojnie francusko-indiańskiej, która toczyła się o brytyjskie terytoria w Nowym Świecie w latach 1754-63, opróżniło królewski skarbiec. Uznawszy, iż koloniści powinni partycypować w pokryciu długu publicznego z tego tytułu - bądź co bądź walczono o wspólne interesy - parlament w Londynie uchwalił w 1765 r. tzw. Stamp Act. Każda najdrobniejsza transakcja, czynność, akt prawny itp. wymagały zakupienia znaczka skarbowego o odpowiedniej wartości. Drakońska podwyżka wzbudziła powszechne oburzenie w Ameryce.
Największe protesty zgłaszały: Filadelfia, Boston i Nowy Jork, gdzie zresztą zniszczono pierwszy transport znaczków. Zawiązały się tutaj organizacje pod nazwą The Sons of Liberty. Jednocześnie politycy argumentowali, nie bez racji, iż nakładanie nowych podatków leży tylko i wyłącznie w gestii władz kolonialnych. Obrazowało to hasło: No taxation without representation.
Opłaty skarbowe były jednym z najgorszych pomysłów finansowych nowego premiera George'a Grenville'a. Po pierwsze, nie dało się ich praktycznie wyegzekwować, po drugie, stały się one zarzewiem buntu. Dzięki interwencji Williama Pitta uchylono niefortunną ustawę. Tym niemniej Korona nie zrezygnowała z haraczu, toteż zastąpiło je wysokie i łatwe do ściągnięcia cło na importowane towary, w tym cukier i herbatę. Tym razem reakcje były znacznie ostrzejsze, gdyż obawiano się dodatkowo zrujnowania gospodarki kolonii.
John Adams, Benjamin Franklin, James Otis, Thomas Jefferson i inni pracowali usilnie na rzecz wspólnej akcji. Doprowadzili do ukonstytuowania się nowego ciała. Pierwszy Kongres Kontynentalny, w którym wzięły udział delegacje z dziesięciu kolonii, zebrał się w Filadelfii. Nie odstąpiono od własnych praw, uchwalając 5 września 1774 r. ograniczenie do minimum stosunków handlowych z macierzą. Jednocześnie wystąpiono z petycją do Jerzego III o pokojowe rozwiązanie konfliktu. Uparty i niezbyt mądry król zignorował prośby zamorskich poddanych. Zgadzało się to zresztą z powszechną opinią. Brytyjczycy uważali kolonistów za gorszy gatunek ludzki.
Sytuację zaogniła bostońska "herbatka", która zakończyła się masakrą. Liczne zamieszki przerodziły się w otwarty bunt, który wymagał nie tylko przywódcy i organizacji, ale i określenia celu.
Kuźnia idei
Oświecenie sprzyjało radykalnym myślicielom. W Bostonie był nim Samuel Adams, w Nowym Jorku Alexander Hamilton, zaś w Wirginii taką rolę pełnił Patrick Henry. Podsycali oni skutecznie ogień oporu, uzyskując przydomek firebrands. Filadelfijczycy mieli niemały udział w tym gronie. Brytyjczycy uważali ich wszystkich - i słusznie! - za szczególnie groźnych buntowników.
Poznawszy w Londynie Thomasa Paine'a, Franklin zaprosił go do Filadelfii. Paine, rodowity Anglik i niezwykle zdolny samouk, parał się w życiu różnymi zawodami. Miał głowę wypełnioną zapalnymi ideami, które potrafił przelać na papier w prosty, a przy tym przekonujący sposób. Na nalegania Franklina i dr. Benjamina Rusha napisał płomienny manifest zatytułowany Common Sense. Uzasadnienie niepodległości opierało się według niego na kilku pewnikach:
1. Traktując obywateli jak poddanych, każda dziedziczna monarchia jest najgorszą formą władzy z możliwych.
2. Wielka Brytania niemiłosiernie eksploatuje swoje zamorskie kolonie.
3. Mała wyspa nie może skutecznie rządzić wielkim kontynentem, położonym na drugiej półkuli.
4. Amerykanie są w pełni zdolni do samostanowienia.
5. Wyzwolenie się z nałożonych pęt jest obowiązkiem nie tylko wobec następnych pokoleń, ale i całej ludzkości.
Paine przypomniał także o glorii, jaką trudne i krwawe zmagania opromienią nową nację. Wydrukowany w styczniu 1776 r. manifest rozszedł się w mgnieniu oka. Rozpowszechniony we wszystkich koloniach, został przeczytany przez milion osób, czyli prawie połowę populacji. Stał się biblią wszystkich patriotów, którzy uświadomili sobie jasno, o co walczą.
Przekroczenie Rubikonu
W maju 1776 r. zwołano Drugi Kongres, w którym uczestniczyły delegacje ze wszystkich kolonii. Nie było wątpliwości, iż Amerykanie siedzą na beczce prochu. Pospiesznie mianowano generała Jerzego Waszyngtona głównodowodzącym armii kontynentalnej. Umożliwiło mu to przeprowadzenie niezwłocznej inspekcji w Nowym Jorku. Kazał tu umocnić wszystkie przyczółki i twierdze, a także pobudować nowe fortece w samym mieście i dolinie Hudsonu. Bohater wojny francusko-indiańskiej zdobywał szlify w brytyjskiej szkole militarnej i umiał przewidzieć strategię nieprzyjaciela.
Kongres był podzielony. Wigowie opowiadali się za walką aż do osiągnięcia niepodległości, torysi popierali sprawę królewską, z kolei pragmatycy nie wierzyli w zwycięstwo rewolucji, ostrzegając przed porywaniem się z motyką na słońce. Anglia panowała na morzach, skutecznie pognębiając swoich wrogów. Dla uspokojenia nastrojów zdecydowano się na wysłanie do George'a III drugiej i ostatniej petycji o przywrócenie harmonii pomiędzy zamorskimi prowincjami a Koroną. Odtrąciwszy gałązkę oliwną, monarcha kazał pospiesznie najmować żołnierzy heskich. Najemnicy tych czasów byli gotowi do walki po każdej stronie, byleby za odpowiednim żołdem.
Bieg wypadków nabrał oszałamiającego tempa, gdy na początku czerwca 1776 r. na Staten Island wylądowała największa ekspedycja karna w historii Anglii, złożona z 35 tysięcy dobrze uzbrojonych i wyćwiczonych żołnierzy pod wodzą Williama Howe'a. 7 czerwca delegat z Connecticut Richard Henry Lee zaskoczył kongresmanów, zgłaszając pod obrady rezolucję o pozbawieniu Korony politycznego zwierzchnictwa nad koloniami i zerwaniu wszystkich stosunków z Wielką Brytanią. Co ostrożniejsi delegaci doradzali przelanie rezolucji na papier, aby nadać jej uzasadnienie i niebudzącą zastrzeżeń formę. Nad Deklaracją Niepodległości pracowali trzej delegacji: John Adams, Benjamin Franklin i Thomas Jefferson. Przyjęta jednomyślnie, choć nie obyło się bez kilku głosowań i presji, została ogłoszona publicznie w dniu 4 lipca 1776 r.
Choć idee miały sprawczą moc, to niepodległość osiągnięto dopiero na polach bitew.

