Przegląd Polski
4 lipca 2008

Kartki ze skażonej strefy

EWA BERBERYUSZ

Rzepak kwitnie. I poprzez Węgry, i poprzez Polskę jedziemy wśród tak jaskrawo żółtych pól, że w oczy kole. Z rzepaku mamy już teraz całkiem przyzwoity olej jadalny, a za chwilę będziemy go przerabiać na miód, podobno o zupełnie wyjątkowych walorach. Natomiast rzepak nie sprawdził się u nas jako surowiec na biopaliwa, za dużo najlepszej ziemi by zabrał.

NIE OPUSZCZAŁAM DŁUGO WARSZAWY, która staje się z dnia na dzień brzydsza, oklejona wielkimi reklamami, upstrzona smutnymi halami marketów i chaosem wieżowców; niestety, dziś pomysł i ręka człowieka fatalnie stolicę psują.

Więc jazda wśród pól, poprzez olśniewającą Przełęcz Dukielską wydaje mi się cudem. Jedziemy starym szlakiem tokajowym prosto do węgierskiego uzdrowiska Eger. Żadnych barier. Dawne budynki graniczne, przyprawiające podróżnych o szybsze bicie serca, popadają w ruinę. Nikogo.

Termy w Eger mają poprawić stan moich kości. Nie, nie żywię tej nadziei, bo wiem, że na degenerację nie ma rady, ale samo wyjście spod domowego klosza, przemieszczanie się w terenie, kontakt z innością sprawiają mi czystą rozkosz. Kocham podróż. Podróż przegania depresję.

Gdyby mnie kto zapytał, co było najlepsze w ciągu tych dziesięciu węgierskich dni, odpowiedziałabym: niezrównane otwarte baseny, do których szłam z hotelu w szlafroku kąpielowym, gorące langosze, popijane cienkim młodym winem w cieniu 250-letniego platana wyglądającego jak fantazja artysty i przechadzki po Starym Mieście, tym bardziej dojmujące, że zasnute mgłą bólu fizycznego. Ja, zamiłowany piechur, dziś z trudem mogę się poruszać. Moim ostatnim etapem był niedaleki plac przed kościołem św. Antoniego Padewskiego. Osuwałam się z ulgą na ławkę i kontemplowałam pomnik przedstawiający walkę Węgrów z Turkami; pada głowa najeźdźcy pod stopy węgierskiego rycerza. Pomnik świetnie skomponowany, do patrzenia, jak wszystko, co tu zbudowano przedtem i dziś. Jakaż różnica między tym, co u nas powstaje w tym zakresie! Stefan Starzyński, którego figura "zdobi" warszawski park Ujazdowski, powinien wytoczyć proces z zaświatów temu, który tak go potraktował. Wygląda jak żaba.

Eger, podobnie zresztą jak Buda, ponad sto lat pozostawał pod zaborem Turków. Po wyzwoleniu w roku 1686 z zapałem i maestrią zajęto się odbudową miasta - w stylu barokowym, jaki wówczas panował. Po Turkach ostał się samotny, jakby zapomniany minaret. Natomiast łaźnie tureckie nie tylko przeżyły, ale dały napęd rozwojowy jedynym w swoim rodzaju leczniczym węgierskim kąpieliskom.

SIEDZĄ WE MNIE TE WĘGRY I CI WĘGRZY. Ludzie zamknięci w języku, ale otwarci na innych. Nic z ponuractwa. Żywi i weseli, ale nie hałaśliwi. Nawet dzieci! Kompetentni. Gdy kelner pochyla się nad gościem, odnosi się wrażenie, że jest mu całkowicie oddany. Objaśnia cechy dania, doradza odpowiednie wino, wcale nie ze względów merkantylnych. Mam w oczach tę grzeczność, jakby XIX-wieczną, tak bardzo odbijającą od naszego cwaniactwa.

Węgrzy palą! W pobliskim ogródku kelnerka podaje świetnie zmrożoną palinkę z papierosem w zębach. Obok stolik studentów, palą przy piwie. Choć nigdy w życiu nie miałam papierosa w ustach, wcale mnie to nie razi. Przeciwnie! Może poprzez kontrast z obecnym terrorem niepalenia, a może dlatego, że pamięć zadymionych sal kojarzy mi się z młodością. Nigdy nie paliłam, a i tak mam astmę i obturacyjne płuca, więc nie bardzo wierzę, że papieros zabija. Węgrzy żyją najdłużej w Europie, jeżeli w młodości nie popełnią samobójstwa. Odsetek długowieczności i samobójstw pokrywa się. Zastanawiające.

Kuchnia węgierska, najlepsza na świecie, nie zrobiła światowej kariery. Dlaczego? Czy dlatego, że Węgrów jest raptem 8 milionów i nieliczni emigrowali? Ale teraz, owszem, emigrują. Proporcja ich zarobkowej emigracji na Wyspy jest podobna do naszej.

PRZETOCZYŁA SIĘ U NAS OSTATNIO"SPRAWA AGATY". Z krzywdą dla 14-letniej dziewczynki, która zaszła w ciążę z kolegą. Rodzice chłopca z miejsca przenieśli go do innej szkoły, ślad zatarli; na placu została Agata. Matka zgłosiła się z nią do szpitala, żeby dokonać aborcji. Zgodnie z obowiązującą ustawą ciążę usunąć można w kilku przypadkach: jeżeli jest wynikiem czynu przestępczego (tu był - stosunek z nieletnią); jeżeli zagraża życiu matki i jeżeli płód jest nieodwracalnie uszkodzony. Jednak w przypadku Agaty żaden lekarz nie chciał podjąć się zabiegu, natomiast w szpitalu pojawili się zwolennicy organizacji pro-life z księdzem na czele, namawiając ją, żeby urodziła. Jakaś "zacna" kobieta podjęła zobowiązanie, że adoptuje ją i dziecko... W końcu po wielkiej awanturze znalazł się szpital, gdzie zabiegu nie odmówiono.

Pamiętam pracę nad tą ustawą w latach 90. ub. wieku. Rodziła się w bólach i była wynikiem kompromisu, który rzadko się u nas zdarza. Nie zmniejsza to dramatu takich sytuacji.

"W PIERWSZEJ CHWILI CHCIAŁEM ZABIĆ - powiedział premier Tusk. - Kogo?! - zakrzyknęli dziennikarze. - Już wy wiecie, kogo...". Wiedzieli. Sędziego meczu Polska - Austria, Anglika Harolda Webba. Podyktował Polakom karnego w ostatniej minucie gry. Tego się nie robi. Wszyscy Polacy chcieli Webba "zabić", ale premierowi, mimo że jest zagorzałym piłkarzem-amatorem, powiedzieć tego nie było wolno. Wybuch emocji karygodny u urzędnika państwowego tego szczebla.

Zastanawiam się, dlaczego piłka nożna kumuluje uczucia tylu ludzi, niezależnie od poziomu umysłowego czy sytuacji materialnej. Co magicznego jest w tej grze? Kiedy przegrywaliśmy w piłkę w Austrii, w Montrealu Robert Kubica wygrał wyścig Formuły 1. I co? Słaba reakcja. Radość mimochodem. Serce Polaków jest przy piłce nożnej.

Niestety, nasza drużyna szybko wróciła do domu. Gorszych od naszych nie było. Na ostatnim miejscu w najsłabszej grupie polscy piłkarze skończyli występ na mistrzostwach Europy.

Kibice zastąpili piosenkę śpiewaną po kolejnych przegranych: "Nic się nie stało, nic się nie staaało!" inną: "Już za cztery lata, już za cztery lata Polska będzie mistrzem świata!".

Wróciliśmy z Austrii na tarczy, ale w glorii męczenników. Coś jest w naszej naturze, że nas ten stan uskrzydla.

MINĘŁO 25 LAT OD ŚMIERCI MIRONA BIAŁOSZEWSKIEGO, pisarza i poety wyjątkowego. Miał 60 lat. Nie szanował zdrowia. Żył pod dyktando twórczości.

Był nie tylko człowiekiem utalentowanym, ale niezwykle ciekawym w obcowaniu. Miałam to szczęście, że należałam do wąskiego grona jego znajomych. "Wtorki Mironowskie" w jego mieszkaniu przy placu Dąbrowskiego, a potem na "Chamowie" (wówczas ziemia między Saską Kępą a Grochowem) były i atrakcją, i pociechą w monotonii komunistycznego bytowania. Trudno je opisać. Naznaczone jego osobowością, choć nie było w nim ani cienia dyktatu.

Chorował długo, umarł nagle. Pamiętam, zamykałam za sobą drzwi w pośpiechu; miałam robić materiał dla Tygodnika Powszechnego, bo właśnie przyjeżdżał Jan Paweł II. Biegłam korytarzem do windy, kiedy mąż rzucił za mną: "Miron nie żyje!"...

Wtorki się skończyły, ale ktoś z jego grona wymyślił Mironalia. Pomysł wypalił. Mironalia odbywają się rokrocznie w czerwcu na ulicy Tarczyńskiej, tam, gdzie przed laty Miron miał swój teatr w prywatnym mieszkaniu. Przedstawienia dalece odbiegały nie tylko od tego, co zobaczyć można było w komunie, ale w ogóle na świecie. Do ciasnych pokoików, które stanowiły scenę, wspinał się po schodach kamienicy Jean-Paul Sartre w czasie wizyty w Polsce...

Mironalia stały się tradycją. W czerwcową niedzielę mała Tarczyńska, z bramami i podwórkami tchnie Mironem. Mieszkańcy słuchają na balkonach jak w lożach. W początkowych latach była prezentowana wyłącznie jego twórczość. Wyjątki prozy, wiersze, inscenizacje. Tego roku spotkanie rozrosło się o poetów z ducha Białoszewskiego; o Barbarę Sadowską, jej syna, zabitego przez MO Grzegorza Przemyka, poetę Romana Śliwonika, o malarki uwieczniające na płótnie drugą stronę ulicy. Zawsze jest też coś specjalnego dla dzieci (o to dba już Wanda Chotomska). Atmosfera zupełnej swobody; ludzie wchodzą i wychodzą, grill na chodniku; starzy znajomi, niewidziani od lat. Trudno jest mi rozstać się z Tarczyńską...

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail