Przegląd Polski
4 lipca 2008

Żabką przez Atlantyk

Gwóźdź w podeszwie

Marek Kusiba

Obudziłem się o czwartej nad ranem, pogryziony przez złośliwego komara lub inną czarną muszkę. Na dodatek gryzło mnie sumienie, i to nie moje własne, prywatne, z nim bym sobie jakoś poradził, a tak zwane zbiorowe sumienie narodu. Byłem oto na kanadyjskich Kaszubach, gdzie poprzedniego wieczoru brałem udział w długich nocnych Polaków rozmowach na temat Lecha Wałęsy. Jego tu nie było, to nie te Kaszuby, był w tym czasie w dalekim Gdańsku, albo gdzieś w świecie, dając kolejny wykład na temat mitologicznej - ważniejszej dziś dla obcych niż swoich - Solidarności i jej - oraz własnych - zasług w wywracaniu komunizmu i przywracaniu zachwianego przez zimną wojnę światowego ładu. To właśnie między innymi dzięki Wałęsie i jego gotowym na wszystko kolegom i koleżankom zimna wojna skończyła się bezkrwawym zwycięstwem nad imperium zła. Nie zakończyła się jednak wojna o Wałęsę, a nabrała teraz impetu, tak jakby imperium nie zabrało ze sobą do grobu swej największej plagi: zła.

Za oknem stała cisza nieomal grobowa, przerywana tylko ćwierkaniem pierwszych, przebudzonych już ptaków. Na jeziorze Kamaniskeg nie było jeszcze kaczek ani nurów, nie było nawet rodaków-rybaków lubiących poranne połowy na tych ontaryjskich, ale przesiąkniętych polskością terenach. Rodacy mają też inne hobby, mniej romantyczne - połowy w mętnych wodach historii, nurkowanie w archiwach i rozgrzebywanie starych ran w celu przyszpilenia do korka kolejnego motyla narodowej chwały, kolejnego mitu i bohatera. Dla uspokojenia wyrzutów sumienia lubimy się podpierać literaturą, która nakazuje wręcz rozdrapywanie narodowych ran, aby nie zabliźniły się "błoną podłości". To nic, że przy okazji udaje nam się popełnić wiele czynów haniebnych, chodzi generalnie o to, by za kilka lub kilkanaście lat zbudować Wałęsie spiżowy pomnik i oddać mu wtedy spóźnioną sprawiedliwość.

Jak bowiem pokazuje historia, nasz naród nigdy za bardzo nie lubił swoich żywych bohaterów. Za ziemskiego żywota byli poddawani najwyszukańszym szykanom, pomawiani i linczowani przez kąśliwe i zawistne języki. Tak jak Lech Wałęsa jest teraz przede wszystkim "Bolkiem", czyli agentem bezpieki, Maurycy Mochnacki był dla wielu tylko carskim cenzorem, Romuald Traugutt carskim oficerem, a Józef Piłsudski agentem austro-węgierskiego wywiadu. Ale po śmierci, gdy już nikogo nie uwierała ich wielkość, budowano im pomniki, składano zbiorowe hołdy i czczono jako męczenników narodowej sprawy. A zaszczuwano ich przede wszystkim za to, że wyskoczyli ponad szarą przeciętność i dokonali czynów wielkich. Taka to już nasza narodowa przypadłość - potrafimy wielbić naszych wielkich zmarłych, a nie umiemy docenić naszych wielkich żywych.

Do takiego wniosku doprowadziły nas nocne Polaków rozmowy na kanadyjskich Kaszubach. Wnioski szczegółowe są bardziej budujące. Mądrych Polaków zamieszkałych w świecie dosłownie przeraża szafowanie narodowymi mitami i szarganie nie tyle świętości, co narodowych świetności, uznawanych przez wszystkich, tylko nie swoich. A w końcu polskie nazwiska na trwałe zapisane w annałach XX wieku i zbiorowej pamięci społeczeństw świata można policzyć na palcach jednej ręki. A konkretnie, na dwóch palcach, niekoniecznie rozcapierzonych w znak zwycięstwa: Karol Wojtyła i Lech Wałęsa. I nikogo w świecie nie obchodzi, czy Wałęsa boli Polaków jako "Bolek" czy inny "Lolek". Usilne starania krajan, na czele z prezydentem kraju, o skompromitowanie laureata pokojowej Nagrody Nobla, człowieka, którego zasług nikt rozsądny nie podważa, bo są nie do podważenia, mogą być odbierane jedynie jak postępki małostkowych ludzi bez wyobraźni, nierozumiejących, że działają na własną i kraju szkodę.

W naszej nocnej rozmowie Polaków, w której uczestniczyła na szczęście para zupełnie niespolonizowanych Kanadyjczyków, dzięki czemu rozmowa miała charakter wyważony, by nie powiedzieć obiektywny - i nie przerodziła się w awanturę - przewijały się wielokrotnie pojęcia: "rozsądek narodowy", "interes narodowy", "zbiorowa mądrość narodu" czy wreszcie "mądry patriotyzm". I to właśnie nie kto inny, a rodowity Kanadyjczyk, Terry D., powiedział zdania, jakich nie uświadczysz w polskich swarach o Lecha Wałęsę: "Może powinniście przyjąć do wiadomości, może to wam pomoże zakończyć spory o ´Bolkaª, że Wałęsa nie jest już tylko waszym, polskim bohaterem albo antybohaterem. On jest symbolem odwagi i nadziei dla milionów ludzi w świecie. Za jego nazwiskiem stoi zatem ogromna armia spragnionych swojego Wałęsy, który nada tym bezimiennym, wyzyskiwanym ludziom podmiotowość i wyprowadzi ich z zaklętego kręgu biedy, poniżenia i wyzysku".

Mocno powiedziane. I może to jest jakiś pomysł? Może Wałęsę należałoby eksportować albo deportować do tych społeczeństw, które nadal czekają na swojego Wałęsę - skoro w kraju uwiera jak gwóźdź w podeszwie albo gryzie sumienia niczym złośliwy komar albo inna czarna muszka?

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail