Przegląd Polski
25 lipca 2008
- Pojedyncza perła. O poezji Anny Frajlich - Jan Zieliński
- Wspomnienia dowódcy Dywizjonu 303 - Witold Ławrynowicz
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
Pojedyncza perła

Angielska pisarka Tracy Chevalier w wydanej w roku 2001 powieści Girl With a Pearl Earring próbuje odtworzyć tło psychologiczne i religijne jednego z bardziej znanych obrazów Vermeera.
Poezja Anny Frajlich - poetki polskiej, urodzonej w rodzinie żydowskiej, a mieszkającej od lat w Nowym Jorku - stanowi jakby literackie pendant do dwóch innych obrazów Vermeera z perłami: znajdującego się w Berlinie Sznura pereł i obrazu w Waszyngtonie, zwanego dawniej Ważąca złoto lub Ważąca perły. Przedstawia on ciężarną kobietę, która trzyma w ręku wagę szalkową; odkąd w wyniku analizy mikroskopowej ustalono, że szalki są puste, obraz nosi tytuł Kobieta trzymająca wagę.
Oba obrazy nie są zwykłymi scenkami rodzajowymi, tylko mają wymowę alegoryczną. Przedstawione na nich kobiety zastygły na moment w trakcie jakiejś czynności - przymierzania sznura pereł, ważenia. Obie mają naprzeciw siebie zwierciadło (symbol vanitas, znikomości rzeczy doczesnych). Lustro pojawia się na pięciu obrazach mistrza z Delft, ale na czterech (w tym właśnie na dwóch, o których tu mowa) widz nie wie, co się w nim odbija. Kobieta przymierzająca sznur pereł zastygła, jakby w lustrze nagle ujrzała śmierć. Kobieta z wagą wcale w lustro nie patrzy, skupiona na wadze, skupiona na dziecku, które nosi w łonie, rozważająca, jakie będą jego przyszłe losy, jak przejdzie przez życie i dokąd trafi po śmierci (o tym przypomina wiszący na ścianie obraz z motywem Sądu Ostatecznego, a więc sytuacji ważenia dusz). Na razie czas zatrzymuje się w punkcie równowagi, która ma aspekt kobiecy. Na szalkach wagi nie ma pereł, ale taka perła jest we wnętrzu ważącej kobiety: to jej dziecko. Obce ciało, które rośnie wraz z nią, ziarnko piasku, z którego zrodzi się odrębny świat.
Lustro, dodajmy, jest też stałym elementem poezji Anny Frajlich. Od wspomnienia lustra, rozbitego w dzieciństwie, które staje się symbolem utraconego raju, rozbitej harmonii, poprzez stendhalowskie lustro "co biegło kiedyś po szerokich dziedzińcach", a teraz "strzaskane leży przy drodze" (Wylew z tomu W słońcu listopada), aż po wiersz, w którym jest i zwierciadło, i kolor srebrzystoperłowy, i lęk, i perły z bólu geneza:
Odnalazło się odbicie
w srebrnym lustrze
przejmujące
niebezpieczne jak rana.
Sonante
Henri Bergson, zastanawiając się nad intelektualnym wyobrażeniem trwania, użył vermeerowskiej metafory pereł i pisał, że "układamy po kolei jedne za drugimi wyodrębnione byty niczym perły naszyjnika, a żeby trzymały się razem, potrzebujemy nitki, która nie jest ani jednym, ani drugim, nie przypomina ani pereł, ani tej pustej jednostki, prostego słowa. Intuicja daje nam rzecz, inteligencja podchwytuje tylko metaforyczny przekład".
Metaforę Bergsona podjął, powołując się na niego, Maurice Halbwachs w pracy o pamięci muzycznej (La mémoire collective chez les musiciens, 1939). Powiada on, że kiedy słyszymy jakiś utwór muzyczny po raz pierwszy, mało co z niego pozostaje: motywy melodyczne rozdzielają się, a ich nuty rozsypują się "jak perły naszyjnika, którego nitka pękła". Tymczasem w przypadku utworów słyszanych wielokrotnie uczymy się odtwarzać w umyśle, a przynajmniej rozpoznawać ciągi dźwięków jako bergsonowskie czynne schematy, które mamy utrwalone w mózgu, aczkolwiek poza naszą świadomością. Podobnie, dodajmy, jest z poezją, do której się wraca, żeby ją naprawdę poznać.
Anna Frajlich podejmuje ten dialog w wierszu Z Bergsona i od metafory czasu fizycznego przechodzi do organicznego pojmowania czasu:
Czas nie jest sznurem pereł
tylko jedną perłą
nanizaną
na ziarno niepojętej rany
sączy się płynną masą
odwieczną i zmienną
i bezmiar nienazwany
wypełnia
swym trwaniem.
Z kobiecą intuicją (którą Vermeer też był obficie obdarzony) poetka dokonuje tego samego zabiegu, co niderlandzki malarz w obrazie Kobieta trzymająca wagę. Tam sznury pereł wylewają się ze szkatuły na stół, ale nie ma ich na szalach wagi. Zostały symbolicznie zastąpione przez jedną perłę, która się rozwija w łonie kobiety. Tutaj zamiast linearnego sznura czasu mamy czas jako płynną masę, która rośnie wokół "ziarna niepojętej rany", wypełniając swym trwaniem bezmiar, a więc czas ujęty w metaforę ciąży. Zamiast ciągu godzin, minut czy sekund - dziewięć miesięcy rodzenia się nowego świata.
Dla Anny Frajlich ciąża zbiegła się z najcięższym doświadczeniem życiowym, z traumatycznym przeżyciem odrzucenia i wygnania. Rok 1967, potem 1968, wyjazd z Polski jesienią roku 1969. W autobiograficznym tekście Marzec zaczął się w czerwcu pisze: "Najpierw nastąpiło wygnanie z definicji. Z Polaków pochodzenia żydowskiego staliśmy się z dnia na dzień syjonistami. Byłam wówczas w ciąży i cała ta nagonka, wzmocniona ´spontanicznymiª demonstracjami studentów arabskich, napawała mnie fizycznym lękiem". Można zatem powiedzieć tak: okres, w którym kobieta jest najbardziej krucha i podatna na zranienie, zbiegł się z czasem prześladowania, historia jednostki uczestniczącej właśnie w procesie przedłużania gatunku splotła się z historią narodu w chwili kolejnej dziejowej próby.
W biografii Anny Frajlich wyjazd z Polski (wymownie przywołany w pierwszym wierszu z cyklu Powrót - podróż sentymentalna) był najważniejszym, ale nie jedynym etapem życiowej tułaczki, która - niczym biblijna ucieczka do Egiptu - wiodła cały prawie czas na zachód. Ale zanim zaczęła się ta wędrówka indywidualna, nastąpiło jej preludium, kiedy to państwo Frajlichowie ż11
ż1 w obawie przed nazistami uciekli ze Lwowa na wschód (ci członkowie rodziny, którzy pozostali, nie przeżyli wojny). Anna urodziła się w miejscowości Osz w Kirgizji w Azji Środkowej (dzisiejszy Kirgistan). Następny etap w życiowej drodze na zachód to Ural, geograficzna granica Azji i Europy. Tam po raz pierwszy zetknęła się z poezją, z wierszem Adama Mickiewicza. Po zakończeniu wojny rodzina Frajlichów osiada na zachodnim skraju przesuniętej nieco na zachód Polski, w Szczecinie. Po studiach w Warszawie nastąpił wspomniany już, dramatyczny exodus z kraju, który jest literacką ojczyzną Anny Frajlich, a zarazem ziemią, na której rodzili się i umierali jej przodkowie. Pierwszy etap emigracji, z mężem i małym dzieckiem, to Rzym, do którego w szczególny sposób wróciła po latach, pisząc pracę doktorską o przestrzeni Rzymu w poezji rosyjskich symbolistów. Wreszcie najdłuższy skok na zachód, do Ameryki, gdzie po kilku dość egzotycznych zajęciach poetka znalazła pracę w materii sobie najbliższej: jest wykładowcą języka i literatury polskiej na Uniwersytecie Columbia.
Motyw ucieczki do Egiptu powraca w jej autobiograficznej (w szerokim i głębokim tego słowa znaczeniu) poezji wielokrotnie. W tomie wierszy (W słońcu listopada) znalazł się utwór Odpoczynek podczas ucieczki do Egiptu, napisany pod wrażeniem tak samo zatytułowanego obrazu Luca-Oliviera Mersona, który wisi w muzeum sztuki w Bostonie. Obraz ten nie miał szczęści do krytyki - J.-K. Huysmans pisał nawet w sprawozdaniu z Salonu Paryskiego w roku 1879, że przedstawia on "Matkę Boską ze Sfinksem i Jezusa w majonezie" (ze względu na jednostajny, prawie monochromatyczny koloryt obrazu). Frajlich z geometryczną precyzją oddaje przedstawioną przez Mersona zagadkową grę spojrzenia i jego braku, jawy i snu, wiedzy i milczenia:
Usnęła Maria u stóp Sfinksa
- losu zagadkę śni -
a Dziecię
oczy ma otwarte - wie
o czym milczy Sfinks.
Oba motywy - perły i wędrówki do Egiptu - łączą się w apokryficznym tekście z początków chrześcijaństwa, spopularyzowanym w Polsce w latach 80. ub. wieku dzięki przekładowi pióra laureata literackiej Nagrody Nobla, Czesława Miłosza, a mianowicie w Hymnie o perle. Jest to relacja orientalnego syna królewskiego, który wyrusza w podróż do Egiptu, żeby zdobyć drogocenną perłę, pilnowaną przez smoka. Wyprawa po nieuniknionych perypetiach i poniżeniach kończy się sukcesem, syn królewski wraca do ojczyzny z perłą, odziany we wspaniałą szatę. W poezji Anny Frajlich to intuicyjne połączenie kobiecej brzemienności i trudu rodzenia z piętnem wygnania i trudem wędrówki dokonuje się na dwóch poziomach: biografii i twórczości.
W jednym z wywiadów Anna Frajlich powiedziała: "Rok 68 był policzkiem, na który trzeba było zareagować. To była największa rana w moim życiu. Rany cięte się nie goją. Zostaje blizna".
Z tej rany, jak z ziarnka piasku w ciele małży, zrodziła się perła poezji. We wcześniejszym wierszu Na perły (który jest jakby poetyckim komentarzem do przywołanego na początku obrazu Vermeera Sznur pereł) poetka pyta:
Ból co dał im początek
przestał już być bólem
czemu więc nieustannej
poddajesz je próbie
czy za blask
taką cenę płacić im wypada
czy za to
że się chłodem
na twej szyi kładą?
Te wiersze, nowoczesne w formie, są bardzo melodyjne, spod na pozór surowej ich szaty przeziera szkielet tradycyjnej struktury metrycznej, a nawet niemodny dziś rym. "Był czas - mówi Anna Frajlich - że wstydziłam się rymów i starałam się je chować gdzieś w środku linijki, tak jak we wczesnej młodości starałam się nosić luźne bluzki, żeby ukryć biust". Czas pereł nizanych na nitkę, małych i jednostajnych, wstydliwie skrywanych, mija. Przetrwa pojedyncza perła poezji, perła zrodzona z urazy, perła, którą kobieta musi w bólu urodzić. Aż powstanie piękno, które roztacza przyćmiony, subtelny blask.
