Przegląd Polski
25 lipca 2008
- Pojedyncza perła. O poezji Anny Frajlich - Jan Zieliński
- Wspomnienia dowódcy Dywizjonu 303 - Witold Ławrynowicz
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
Wspomnienia dowódcy
Dywizjonu 303
Witold Urbanowicz w czasie bitwy o Anglię miał na koncie 17 zwycięskich walk z niemieckimi lotnikami
Książka Witolda Urbanowicza Początek jutra. Wrzesień 1939 oczami dowódcy Dywizjonu 303 zawiera wspomnienia autora z pierwszych miesięcy II wojny światowej.
Witold Urbanowicz jest w historii polskiego lotnictwa postacią wręcz legendarną. Był człowiekiem niepokornym i nielubianym przez sztabowców i polityków. Według jego własnych słów zestrzelił 17 samolotów podczas bitwy o Anglię i 11 na Dalekim Wschodzie. Był jednym z najlepszych polskich pilotów myśliwskich II wojny światowej; nic dziwnego - był instruktorem lotnictwa w szkole w Dęblinie. Jego wspomnienia są reminiscencjami zadziornego pilota, niezrównanego gawędziarza i wspaniale władającego piórem pisarza.
To jego czwarta książka - wcześniej ukazały się: Myśliwcy, Ogień nad Chinami i Świt zwycięstwa. Jest jeszcze jedna, ostatnia - Tych kilku, której dotychczas nie opublikowano. Lektura Początku jutra, tomu napisanego ze swadą starego wiarusa, wiedzą historyka i lekkim piórem, sprawia czytelnikowi przyjemność, a jednocześnie jest ważna ze względu na kontekst historyczny. Autor opisuje swoje przygody we Wrześniu, pobyt w Rumunii i okres bezczynności we Francji. Książka kończy się z chwilą jego wyjazdu do Anglii w styczniu 1940 roku.
PODCZAS KAMPANII WRZEŚNIOWEJ Urbanowicz latał na przestarzałych już wtedy myśliwcach PZL P-7 (za nowoczesne i groźne uchodziły w 1931 r.). Pomimo udziału w licznych lotach przeciwko nieprzyjacielskim wyprawom bombowców nie zestrzelił wtedy samolotu niemieckiego. Potrafił jednak na kartach swoich wspomnień oddać przeżycia pilota myśliwskiego w walce powietrznej. Bardziej interesowała go psychiczna strona walki powietrznej niż jej techniczny przebieg.
Przy okazji różnych opisywanych wydarzeń wtrąca często dygresje na temat pilotów, podchorążych i mechaników. Przytacza wiele zabawnych i charakterystycznych dla Szkoły Podchorążych Lotnictwa w Dęblinie anegdot z okresu przedwojennego, dając czytelnikowi możliwość poznania kolorytu tamtych czasów i miejsc. Nie stroni jednak od opisywania ciemnej strony wojny i latania. Jakże często, niestety, kończy te wtrącenia podając miejsce i okoliczności śmierci wspominanego pilota. Pisze, że tylko jeden na pięciu polskich pilotów przeżył wojnę - są to straty ogromne. W innym miejscu opisuje przykład zachowań niemieckich lotników nad Polską i przeciwstawia im reakcję polskiego pilota w czasie bitwy o Anglię, który znalazł się w podobnej sytuacji. Wyciągnięcie wniosków pozostawia czytelnikowi. Te właśnie dygresje stanowią drugi wątek narracji. Autor pozwala nam poznać wojenne losy wielu oficerów-pilotów nie tylko od strony bojowej, ale również w ich życiu codziennym i w różnych dramatycznych okolicznościach. Okraszone dużą dozą humoru dykteryjki ukazują zupełnie inne oblicze elitarnej grupy pilotów myśliwskich, którzy byli nie tylko bohaterami, ale przede wszystkim ludźmi.
Wrześniowa epopeja Urbanowicza kończy się wymarszem z Dęblina do Rumunii na czele kolumny podchorążych. Miały tam na nich czekać nowe alianckie samoloty. W rzeczywistości przeszli granicę rumuńską i musieli złożyć broń. Wykonawszy rozkaz Urbanowicz wrócił do Polski przez most graniczny, gdzie wpadł w ręce sowieckie i przeżył niebezpieczną przygodę. Tego samego wieczoru uciekł z niewoli wraz z dwoma podoficerami i po trzech dniach dołączył do swojego oddziału w Rumunii, skąd niebawem przetransportowano ich do Francji. Tak rozpoczęła się jego żołnierska tułaczka.
OPISUJĄC SWOJE PRZYGODY we wrześniowej Polsce, wielokrotnie cytuje statystyki. Robi to z premedytacją, chcąc dać czytelnikowi możliwość docenienia trudności walki z przeważającym pod każdym względem przeciwnikiem. Daje w ten sposób obraz ogromu wysiłku lotnictwa polskiego, które w tak trudnych warunkach potrafiło zadać poważne straty Niemcom. Urbanowicz nie krytykuje przedwrześniowej Polski, wie doskonale, ile zostało zrobione w krótkim okresie niepodległości i jakie były możliwości Polski. Jednak słusznie gani tych polskich historyków, którzy pomniejszali w swoich książkach wysiłek wojska polskiego w walce z najeźdźcą.
Po opisie kampanii w Polsce następuje przydługa sekwencja o przeżyciach w Rumunii. W przeciwieństwie do wielu innych pamiętnikarzy, którzy przekazali operetkowy wręcz obraz kraju swego przymusowego pobytu, pokazuje Rumunię prawdziwą, z jej ogromnymi dysproporcjami społecznymi, korupcją i protekcjonizmem. Kwintesencją przygód w Rumunii jest jego pobyt w Polskiej Misji Wojskowej w Bukareszcie, gdzie mógł przekonać się, do jakiego stopnia wygląd zewnętrzny wpływał na zachowanie urzędników Misji. Wspomina, że od tego momentu nigdy nie oceniał świeżo poznanych ludzi po ubiorze, choć doskonale wiedział, że dla wielu stare porzekadło, iż "nie suknia zdobi człowieka", nie ma żadnego znaczenia.
AUTOR GŁĘBOKO ANALIZUJE PSYCHIKĘ ŻOŁNIERZY po doznanej klęsce, ich rozmyślania, wątpliwości i odczucia. Znając różnice w potencjale wojennym obu stron, nie analizuje przyczyn przegranej, odczuwa ją raczej jako nieuniknioną i przekonuje o tym wątpiących. Sam pozostaje niezłomny w dążeniu do powrotu do walki z wrogiem, nigdy nie traci pewności w sprawiedliwe zakończenie wojny. Odrzuca wszelkie oferty pozostania w Rumunii we względnej wygodzie, nie dba o sprawy finansowe i porzuca czasowo bezpieczne schronienie na korzyść wyjazdu Francji.
Francja jawi się w jego pamiętniku nie tylko jako nieprzygotowana do prowadzenia długotrwałej wojny, ale, co znacznie bardziej żenujące, zupełnie nią niezainteresowana. Dostrzega i bezlitośnie wytyka francuski bałagan, pacyfizm w armii i nieróbstwo. Na przykładzie przyjaciela lotnika potrafi prześledzić zmianę nastawienia Polaków - od podziwu dla potęgi militarnej armii francuskiej do głębokiej pogardy dla francuskiego dążenia do wygody i zachowania przedwojennego stylu życia. Kończy wspomnienia w momencie wyjazdu do Anglii i przeciwstawia brytyjską organizację francuskiemu rozgardiaszowi.
JAK PRZYSTAŁO NA PILOTA MYŚLIWCÓW, Urbanowicz miał "rogatą duszę". Otwarcie krytykował przełożonych za błędy i być może z tego powodu w czerwcu 1942 roku został odsunięty od latania przez polskie czynniki wojskowe. W końcu doszło do tego, że jako ochotnik latał z amerykańską 23. Grupą Myśliwską w Chinach przeciwko Japończykom, tak jakby w polskim lotnictwie nie było dla niego miejsca. Między wierszami jego wspomnień można znaleźć kilka uwag, które - znając charakter autora - wskazują na stosunki panujące w sztabie w Londynie. Tylko między wierszami, gdyż Urbanowicz nie zamierzał rozliczać nikogo z postępowania wobec niego. Podobnie nie kłócił się z historykami o liczbę zestrzeleń. Stał ponad swarami, nie czuł potrzeby robienia z siebie bohatera ani poprawiania swojej pozycji w rankingu najlepszych pilotów myśliwskich wojny. Wystarczała mu świadomość, że był jednym z nich.
Początek jutra opisuje najmniej znany fragment odysei wychodźców z Polski, ich peregrynację za bronią, która w wielu przypadkach kończyła się tragicznie. Mało jest w książce opisów walk, więcej przygód i przeżyć w drodze do Francji. Żywa narracja sprawia jednak, że tę książkę czyta się jednym tchem i wraca do poszczególnych fragmentów kilkakrotnie. Tekst jest pozbawiony patosu, jakże często dominującego w słabszych pamiętnikach, ale zaprawiony dużą dozą rzeczywistych odczuć, dobrych i złych, a przy tym opowiedzianych z dużym kunsztem. Stanowi doskonałą lekturę dla starszych i młodszych, bowiem przekazuje prawdziwy obraz czasu, kiedy po klęsce polscy lotnicy ruszyli w poszukiwaniu możliwości dalszej walki z wrogiem.
Witold Urbanowicz, Początek jutra. Wrzesień 1939
oczami dowódcy dywizjonu 303, Wydawnictwo Znak, Kraków 2008, s.
297, cena 26 dol. plus 6,50 dol. porto w przypadku zamówienia z wysyłką
(do nabycia w Księgarni Nowego Dziennika)
tel. (212) 594-2386
e-mail: ksiazki@dziennik.com
www.ksiazkionline.com
