Przegląd Polski
1 sierpnia 2008

Kartki ze skażonej strefy

EWA BERBERYUSZ

Żyję długo, ale takiego lata jak obecne nie doświadczyłam. Bardziej przypomina gwałtowne zmiany pogody nad Hudsonem czy nawet w południowo-wschodniej Azji niż klimat środkowej Europy. Nagłe i krótkie ulewy, huragany łamiące drzewa i niszczące domy, burze i powodzie przeplatane krótkimi momentami palącego słońca. Tego w środkowej Europie nie zaznawaliśmy. Bo albo był wyż niosący murowaną pogodę, z poranną wysoką rosą, upalnymi południami i mieniącym się kolorami zachodem słońca, albo też zapadaliśmy w tak zwaną trzydniówkę: siąpił miarowo deszcz od rana do nocy i od nocy do rana.

PAMIĘTACIE PIOSENKĘ W CZASIE DESZCZU DZIECI SIĘ NUDZĄ...? Och, jak ja się nudziłam! Wlepiona w szybę, patrzyłam na strużki wody rysujące na piasku wciąż takie same meandry. Tęskniłam za upałami, hamakiem pod lipami i brzęczeniem pszczół.

A teraz? Skaczące ciśnienie atmosferyczne nie tylko powoduje zawieruchy w przyrodzie, ale i podnosi adrenalinę w życiu społecznym i politycznym. Wszyscy są podminowani. Widać to i w rodzinach, i na szerszych forach. Parlamenty i rządy nigdy nie były krainami spokoju, ale to, co się dziś u nas wyprawia, przekracza wszelkie normy.

Pierwszy przykład: rozmowa prezydenta Rzeczpospolitej z ministrem spraw zagranicznych. Wezwany do prezydenta Radosław Sikorski został zamknięty wraz z Lechem Kaczyńskim w pomieszczeniu-klatce bez okien, oplątanym drutami antypodsłuchowymi. Ministra poinformowano, iż dzieje się to w trosce o całkowitą dyskrecję, ponieważ istnieje przesłanka, iż minister może być postawiony przed Trybunałem Stanu.

Rozmowa miała dotyczyć negocjacji z USA w sprawie zainstalowania u nas tarczy antyrakietowej. Tarczy, dodajmy, której celem ma być obrona nie Polski, lecz Stanów Zjednoczonych. Strona polska negocjowała warunki: chciała w zamian za amerykańską instalację naszego dozbrojenia w postaci stałej obecności w Polsce rakiet Patriot.

Kaczyński usiadł naprzeciw Sikorskiego i zapytał: "Czy pan jest tłumaczem?". Chodziło o telefoniczną rozmowę Donalda Tuska z wiceprezydentem Stanów Zjednoczonych Dickiem Cheneyem właśnie w sprawie tarczy. Sikorski odpowiedział, że nie widzi związku ze sprawą. Pytanie padło parokrotnie. Prezydent zwrócił się do notującego: "Proszę zaprotokołować: odmawia odpowiedzi na pytanie, czy jest tłumaczem". (Oczywiście Sikorski nie był tłumaczem; był nim, zgodnie z protokołem, zawodowy tłumacz Białego Domu).

POCZĄTEK TEGO SPOTKANIA ZNAMY Z PRZECIEKU. Wystarczy, żeby stwierdzić, iż nie była to rozmowa, ale śledztwo. Prezydent nie znosi obecnego rządu, ale szczególną abominację czuje do Radosława Sikorskiego. Sikorski w radiu TOK FM - odnosząc się do sugestii, że nagrywanie rozmów i grożenie Trybunałem Stanu to przejaw braku zaufania ze strony prezydenta - powiedział: "Każdy z nas za swoje grzechy niesie jakiś krzyż. W moim wypadku to jest właśnie to".

Relacje między Dużym i Małym Pałacem, jak media nazywają siedziby prezydenta i rządu, od początku nie były najlepsze. Co zresztą nie dziwi, gdyż prezydent jest bratem bliźniakiem Jarosława Kaczyńskiego, przywódcy PiS-u, partii, która przegrała ubiegłoroczne wybory i dziś jest w opozycji. Ta bliskość jest dla niego znacznie ważniejsza niż "bycie prezydentem wszystkich Polaków". Przecież gdy ogłoszono wyniki wyborów prezydenckich, zawołał do brata Jarosława: "Panie prezesie, zadanie zostało wykonane!".

Podziwiam premiera Donalda Tuska, który potrafi rozmawiać przy winie z prezydentem po kilka godzin. Mimo że są z przeciwnych partii i prezydent, który nie rozumie Zachodu, przysparza co rusz kłopotów. Ale może ma tu znaczenie fakt, że obaj znają się od lat i są po imieniu. Rozmowy te mogą wreszcie doprowadzić prezydenta do podpisania traktatu lizbońskiego, ważnego dokumentu Unii Europejskiej. Prezydent wciąż się droczył, w oczach Zachodu narażając Polskę na miano kraju mało odpowiedzialnego. W końcu jednak zadeklarował prezydentowi Francji Nicolasowi Sarkozy'emu, że w sprawie traktatu może na niego liczyć.

PRZED CHWILĄ WYBRZMIAŁY OSTATNIE TAKTY MARSZA ŻAŁOBNEGO Chopina nad trumną Bronisława Geremka. Położyliśmy go między Jackiem Kuroniem a płk. Ryszardem Kuklińskim w Alei Zasłużonych na wojskowych Powązkach. Mówię "położyliśmy go", bo była tam siła narodu. Pogrzeb poprzedziła msza żałobna w katedrze św. Jana na warszawskiej Starówce, koncelebrowana przez arcybiskupa Kazimierza Nycza, metropolitę warszawskiego, i arcybiskupa Tadeusza Gocłowskiego z Gdańska. Gdańsk był tym miastem, w którym Geremek objawił się jako utalentowany polityk Solidarności.

Wśród ogólnego smutku i wzruszenia zdarzył się zgrzyt. Prezydent Kaczyński przy słowach kapłana: "Przekażmy sobie znak pokoju" pominął Lecha Wałęsę.

Inny zgrzyt - w przeddzień pogrzebu przed kościołem Wizytek na Krakowskim Przedmieściu, w reprezentacyjnym miejscu Warszawy, pojawił się plakat z napisem: "Dzięki Ci Boże że go od nas już zabrałeś!". Na szczęście, na krótko.

Nasz eurodeputowany (któremu zabrakło zaledwie paru głosów, żeby zostać szefem Parlamentu Europejskiego) zginął w wypadku samochodowym. Był przy kierownicy. Poniósł śmierć na miejscu. Wałęsa, gdy się dowiedział, zawołał: "Panie Bronku (zawsze tak go nazywał), niepotrzebnie pan przyspieszał!". Jaka typowa, wieloznaczna wypowiedź Wałęsy!

GDY ROZPOCZĄŁ SIĘ STRAJK W STOCZNI GDAŃSKIEJ, Bronisław Geremek wraz z Tadeuszem Mazowieckim przywiózł list od inteligencji z poparciem dla strajkujących robotników. Strajkujący wpuścili ich za bramę, przyjęli list, i nic. Intuicja, ta genialna intuicja Wałęsy podpowiedziała mu: "Zaraz, zaraz. Panowie zostajecie, będziecie naszymi ekspertami". I tak się to zaczęło.

Pamiętam Geremka z tamtych dni i z I Zjazdu Solidarności w hali Olivii. Miłego, życzliwego, o łagodnym, cichym głosie, którego nigdy nie podnosił. Pamiętam go przy kasie dworca kolejowego w Gdańsku, opartego o blat, krańcowo zmęczonego, w przykrótkich spodniach (nie dbał wówczas o ubranie), ale z życzliwym uśmiechem na twarzy.

Jako polityk szedł przez życie zdobywając wysokie szczeble, ale pozostawał wierny idei pierwszej Solidarności. Przysłużył się naszej polityce nie tylko jako minister spraw zagranicznych (podpisywał dokumenty wprowadzające nas do NATO), ale przez swoje kontakty, zmieniając na korzyść obraz Polaka, którego zachodnia Europa dotychczas nie tylko nie rozumiała, ale i nie poważała. Geremek uczynił wiele, żeby ten obraz zmienić.

Mnie jednak, gdy z nim wielokrotnie rozmawiałam, interesowała tematyka historyczna, którą się zajmował jako naukowiec: byli to ludzie wykluczeni. Zawsze tacy istnieją, ale on badał dzieje wykluczonych w średniowieczu. Trędowatych pomawianych o wszelkie zło; na przykład o zatruwanie wody.

Pogrzeb rozpoczął się w strugach deszczu. Nie zważali na niego mówcy, których było wielu. Wielu też było zwyczajnych warszawiaków. Tłumy. I w pewnym momencie - jak to tego lata - zabłysło słońce.

MAMY W SEJMIE POSŁA EKSCENTRYKA. Nazywa się Janusz Palikot, należy do Platformy Obywatelskiej, jest bogaty, bo przedtem był wytwórcą doskonałych nalewek. Pochodzi z Biłgoraja, ale skończył filozofię. Stworzył w Sejmie komisję Przyjazne Państwo i doskonale w niej pracuje. Ma ona na celu wyrzucenie z prawodawstwa wszelkich śmieci legislacyjnych, zarządzeń i przepisów utrudniających przedsiębiorcom i zwykłym ludziom życie. Ma też "konika", na którym ustawicznie w mediach jedzie: domaga się raportu o stanie zdrowia prezydenta państwa. Wiem, że w wielu krajach - na przykład w USA - jest to wręcz obowiązkiem. U nas wzbudza oburzenie największej partii opozycyjnej, czyli PiS-u. A swoi, czyli "platformersi", błagają go, żeby dla świętego spokoju pozostał przy pracach nad "przyjaznym państwem". Bardzo lubię posła Janusza Palikota.

Warszawa, 22 lipca 2008 r.

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail