Przegląd Polski
1 sierpnia 2008
- Kartki ze skażonej strefy - Ewa Berberyusz
- Nowojorska kronika (muzyka) - Roman Markowicz
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
Żabką przez Atlantyk
Obrona Brońskiego
Odszedł Wojciech Skalmowski - jeden z najznakomitszych, a zarazem najmniej znanych umysłów emigracji. Zaczęto o nim więcej pisać i mówić niedawno, po ukazaniu się opasłego tomu jego korespondencji ze Sławomirem Mrożkiem (Sławomir Mrożek, Wojciech Skalmowski, Listy 1970-2003, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2007). Choć przez 30 lat z okładem publikował na łamach paryskiej Kultury pod pseudonimem M. Broński, nikt prawie nie wiedział, kto kryje się za tym nazwiskiem. Mój licealny kolega o nazwisku Broński nawet za bardzo się nie bronił, gdy mu przez lata wmawiano wujka publikującego w Kulturze...
O indywidualnych przyczynach nieobecności w życiu literackim tego znakomitego recenzenta, literaturoznawcy, eseisty, publicysty i tłumacza, będącego z zawodu profesorem orientalistyki - i to wybitnym - mówił w jednym z wywiadów autor Emigrantów: "Skalmowski ustawił się w roli osoby, która jest niewidoczna. Taka jest jego konstrukcja psychiczna. Przyniosło to fatalne skutki. Przecież ten autor w polskim życiu literackim praktycznie nie istnieje. Zdumiewające, bo jest bardzo utalentowanym krytykiem, znawcą twórczości Nabokowa, Orwella, Naipaula. W tych listach można znaleźć jego minieseje - idące pod prąd przyjętym opiniom, przenikliwe, pisane z rozmachem i dużą wrażliwością".
Rzeczywiście, Skalmowski miał odwagę pisać krytycznie i frapująco zarówno o poezji Norwida, jak i prozie Witolda Gombrowicza czy Jarosława Iwaszkiewicza. Miał bardzo indywidualne oglądy i poglądy - parafrazując Teksty i preteksty, tytuł wyboru jego publicystyki z Kultury - na życie i twórczość Czesława Miłosza, Josepha Conrada, Jerzego Kosińskiego, Aleksandra Kota-Jeleńskiego, Mariana Pankowskiego, Teodora Parnickiego, Stefana Kisielewskiego, dwóch Leopoldów: Tyrmanda i Ungera, i wielu innych, nie wyłączając oczywiście Sławomira Mrożka.
Korespondencja Skalmowskiego z autorem Tanga to znakomity bal emigracyjnych przebierańców, ale nie bal maskowy, bynajmniej. Czyta się to z wypiekami na policzkach, bo przecież to po trosze o każdym z nas. Skalmowski: "Im dłużej siedzę za granicą, tym bardziej mi działają na nerwy docierające i tutaj polnische jaselki kulturalne etc. - ten cały teatrzyk, czapkowanie sobie nawzajem, w ogóle ta wielka dęta bzdura, która tak mierziła Gombrowicza - też pewnie zdał sobie sprawę z tego w pełni na odległość. Jakiś więc pożytek z wyjazdu jest, choć też samo-się-zjadający, tak jak wycieczka na Księżyc, z której nie można wrócić na Ziemię: co mi z tego, że widzę to, czego tamci nie widzą, kiedy już nie jestem wśród tamtych i nie mogę tam wrócić. (...) Jest w tym sens, ale jest i sporo bezsensu. Jedzenie ciastka i żal po straconym ciastku".
Z lektury listów Skalmowskiego przebija wszak sens pozostawania na emigracji "niewidocznym" - jak określa tę kondycję Mrożek. Skalmowski: "(...) moje lata belgijskie i w ogóle emigracja to jedna wielka dziura w czasie, niestety, nie widzę nawet drugiego brzegu - więc nawet nie dziura, tylko zatoka, otwierająca się na coś, czego nie ma; widziałem takie pejzaże ostatniego lata w Norwegii - fiord wychodzący na zamglone morze, bez horyzontu, bez niczego, bez określonego koloru nawet".
Mrożek próbuje nierzadko w tej korespondencji bronić Brońskiego-Skalmowskiego przed nim samym, dodając mu otuchy, przekonując do słuszności dokonanych wyborów. Pyta: "Czy dobrze rozumiem, kiedy rozumiem, że uważasz Twoją orientalistykę za Twój błąd? (...) I uważasz swoją emigrację za błąd, wynikający z poprzedniego błędu?". W tym samym liście czytamy dalej takie oto wyznanie Mrożka: "Wiem z całą pewnością, że moje życie w Polsce byłoby bardziej fałszywe, nieudane, niespełnione, obciążone jałowymi obciążeniami, niż jest ono na emigracji, jakiekolwiek ono jest. I byłbym bardziej zatruty, oszalały, okaleczony, niż jestem (a nie wydaje mi się, żebym takim teraz był ponad miarę), bardziej, niż to jest nieuniknione w życiu, które nas zużywa jako takie, gdziekolwiek jesteśmy, a więc i truje, i męczy, i kaleczy, choć nie tylko to robi".
Życie i twórczość Wojciecha Skalmowskiego zasługuje na obszerną biografię i mam nadzieję, że taka powstanie, być może na macierzystym Uniwersytecie Jagiellońskim, gdzie w latach 1951-1956 studiował - przez pewien czas z Mrożkiem - orientalistykę. Przed rokiem w tymże Krakowie miałem okazję uczestniczyć w wieczorze promocyjnym wydanej świeżo korespondencji dwóch pisarzy. Przyszedł tylko Mrożek, Skalmowski nie mógł z Belgii dojechać, był już wtedy bardzo chory. Połączono się z nim telefoniczne. Z głośników płynęły ciche, skromne słowa mędrca niemówiącego o sobie prawie nic, za to podkreślającego zasługi swego przyjaciela. Mrożek także odpowiadał na pytania prowadzącej najskromniej, niemal równoważnikami zdań, równoważąc niejako "niewidoczność" współautora tomu.
Pora najwyższa "uwidocznić" Wojciecha Skalmowskiego i jego rolę w literaturze polskiej.
