Przegląd Polski
8 sierpnia 2008
- Poeci nominaci - Jan Zieliński
- Giną doktryny, zostaje filozofia (w życiu i twórczości prof. Barbary Skargi) - Joanna Rostropowicz-Clark
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
PODINNYM KĄTEM
Poeci nominaci
Statuetka Nike, rzeźba Kazimierza Gustawa Zemły
W półfinale tegorocznej nagrody NIKE, wśród dwudziestu nominowanych książek, znalazły się cztery tomiki poezji: Przelotem Urszuli Kozioł, Pomarańcza Newtona Ewy Lipskiej, Poemat odjazdu Andrzeja Mandaliana i Po tęczy Andrzeja Sosnowskiego. Spróbujmy przeczytać je łącznie, pomimo oczywistych i zrozumiałych różnic.
Jednak dialog
A różni tych czworo autorów bardzo wiele. Najstarszy jest Andrzej Mandalian, urodzony w roku 1926 w Szanghaju i mówiący w dzieciństwie po ormiańsku, potem przez wiele lat po rosyjsku; w latach 50. polski poeta socrealistyczny, czynny następnie jako tłumacz aż do czasu ponownego przebudzenia poetyckiego w latach 70. Po nim idzie Urszula Kozioł (1931), urodzona w Biłgoraju, ale od czasu studiów związana z Wrocławiem. Dalej: Ewa Lipska (1945), urodzona w Krakowie i z tym miastem, gdzie studiowała (malarstwo na ASP), związana stale - jeśli nie liczyć dziesięciu lat spędzonych na placówce dyplomatyczno-kulturalnej w Wiedniu. Wreszcie Andrzej Sosnowski (1959) z Warszawy, anglista, tłumacz i wykładowca literatury amerykańskiej. Łatwo zauważyć, że pierwsi dwoje urodzili się w odstępie paru lat, ale między Kozioł a Lipską i Lipską a Sosnowskim ten odstęp wynosi lat czternaście, a to w życiu literackim sporo.
Przy wszystkich, zrozumiałych, różnicach pomiędzy czworgiem poetów poszczególne wiersze wchodzą niekiedy w zaskakujący dialog. I tak np. retoryczne pytanie Mandaliana ("Ktoś mi powie, co się stało z tymi/dziewczynkami od pierwszej komunii/umajonymi tak kwietnie?") z wiersza Modlitwa za upadłych aniołów odbrzmiewa w wierszu bez tytułu Urszuli Kozioł, rozpoczynającym się od słów "dziewczynka którą byłam/już umarła". Sosnowski z lubością posługuje się terminologią komputerową w kontekście metafizycznym (najlepszy przykład: "Dziwnieśmy dziś sformatowani i skompresowani, Panie"), ale podobne ujęcie pojawia się i u Kozioł w wierszu Absurd: "jednym kliknięciem skasować miał mi czas darowany".
Repetycje
Co najbardziej razi w niektórych z omawianych tomów, to brak redakcyjnej czujności, wyrażający się w niepotrzebnych powtórzeniach. Jeśli Urszula Kozioł pisze w wierszu, zaczynającym się od słów "Czasza nieba aż siwa dziś":
świat w oddaleniu niebieścieje
jak na obrazów starych mistrzów
- to jest to jakieś spostrzeżenie z zakresu optyki, percepcji świata i znajomości sztuki. Można jednak było zrezygnować z tego fragmentu, skoro dalej mamy cały utwór na ten temat, zatytułowany Dystans błękitu:
wolno
ostrożnie stawiam krok za krokiem
jakbym schodziła ze stromej
bardzo wysokiej góry
której szczyt niebieścieje w oddali
- jak na obrazach starych mistrzów [...]
Podobnie u Sosnowskiego. Jako ojciec dwóch DJ-ów i bywalec festiwali Goa Trance oraz Drum & Bass wiem, że jego tomik jest zbudowany na innej zasadzie, przypominającej stosowaną w takiej muzyce metodę samplowania, tym niemniej: dlaczego tekst na s. 11 (skądinąd zręcznie wydobyty z samouczka języka niemieckiego) powtarza się dosłownie, rozszerzony tylko o jedno zdanie, na stronie 13? Dlaczego wyimek ze Szkoły uczuć, zacytowany na s. 5, powraca, opatrzony - nie wiedzieć czemu - numerem (3) i trochę inaczej sformatowany, na stronie 27?
Niechlujność
W przypadku poezji nowoczesnej trudno czasem autorowi zarzucać niechlujność, może się bowiem bronić, że to umyślna deformacja i wyszukana, piętrowa aluzja. Nie dajmy się zwariować. Jeśli Mandalian w wierszu Kanałami pisze:
byle dalej, do dna -
aż pod nim, równie ślepe co kurier Stroganoff,
ludzie - wraki, łodzie podwodne
nurkujemy ponad poziomy.
- to nie jest to żadna wyszukana aluzja kulinarna, tylko niechlujne przekręcenie nazwiska znanego carskiego kuriera Strogoffa (pisał o nim Verne), któremu w tatarskiej niewoli wypalono oczy rozżarzoną do białości szablą.
Jeśli Sosnowski w długim wierszu, rozpoczynającym się od słów "Miką/CzArną frędzlą/tworzyŁy plamy" pisze po jednej literze w środku wersu majuskułą, to jest to chwyt znany w poezji od niepamiętnych czasów, sposób na przekazanie dodatkowej treści, która ujawnia się po odczytaniu tych dużych liter z góry w dół lub z dołu do góry. Nazywa się to mezostych (odmiana akrostychu). Zaszyfrowane może być imię i nazwisko anonimowego autora, utajona dedykacja czy wyznanie, albo jakaś maksyma. U Sosnowskiego jednak ów przekaz ulega zakłóceniu. Owszem, da się odczytać, ale z niejakim trudem. Oto jego treść (wprowadziłem odstępy między wyrazami, uzupełniłem brakujące litery minuskułą): MAŁE LILIOWE KWIATUSZKI PRZYTULONE JEDNE DO DRUgICh TWORZYŁY PLAMY NIERóWNEJ WIELKOśCI A OSYPUJĄCA Się DołEM ZIEMIA ObRZEżAŁA CZARNĄ fRĘDZLĄ SKRAJ POŁYSKUJĄCYCh MIKĄ PIASKóW. Jest to, nawiasem mówiąc, ostatnie zdanie cytowanego w tomie dwukrotnie fragmentu ze Szkoły uczuć Flauberta. Jeśli zważyć, że wiersz jest nierymowany, a duże litery automatycznie, komputerowo scentrowane, zaś autor świetnie zna reguły gatunku - doprawdy trudno wytłumaczyć brak tych dziesięciu liter czym innym, jak nonszalancją.
Z kolei jeśli Urszula Kozioł w poemacie Z okna pisze:
I wytupali z życia mego stryjka Stasia
w Oświęcimiu co wkrótce stał się Auschwitzem
(więc jakaś pani profesor z Jerozolimy
ostro zgromiła mnie w nowojorskim
"Dzienniku Polskim"
że Staś nie będąc Żydem
nie miał prawa umierać tam
gdzie umarł) mój Boże -
przecież nie z jego winy.
- to niechlujstwem jest pomylenie tytułu Przeglądu Polskiego, dodatku do nowojorskiego Nowego Dziennika, z tytułem londyńskiego Dziennika Polskiego (dobrze, że nie z warszawsko-toruńskim Naszym Dziennikiem!).
Kamyczek do ogródka
Skoro już o tym mowa, to przeinaczeń w zacytowanym powyżej fragmencie jest więcej. Zaczęło się od tego, że 16 lutego 1995 roku Przegląd Polski wydrukował artykuł Urszuli Kozioł zatytułowany O Oświęcimiu, o Stasiu i polemizujący z wypowiedzianym w wywiadzie dla Gazety Wyborczej zdaniem Marii Borowskiej (cytuję za Kozioł): "Być Polakiem w Oświęcimiu to była wielka szansa. (...) Chorych Polaków w kwietniu 1943 r. przestano wybierać do gazu, Żydów nie...". Wrocławska poetka opatrzyła ten cytat eksklamacją: "Jeśli tak - to dlaczego Staś nie żyje! Czemu nie miał tych szans on, Polak (i wielu innych, podobnych mu). Skąd wzięli się tam zatem nasi zmarli?".
W odpowiedzi dr Zofia Sokalska z Tel Awiwu (o której nic nie wiem) wystosowała list otwarty, opublikowany w PP 6 kwietnia (ze sprostowaniem 27 kwietnia). List zaczyna się od wyrazów uznania dla twórczości poetyckiej Urszuli Kozioł i ubolewania z powodu strat, jakie poniosła jej rodzina. Meritum sprowadzić można do słów: "istniało wiele sposobów uśmiercania ludzi". List jest grzeczny, skoro jednak poetka poczuła się ostro zgromiona, trudno z jej reakcją polemizować. W drugim liście do redakcji dr Sokalska dodawała na temat listu otwartego: "Będę szczęśliwa, jeśli przyczyni się, nawet w minimalnej mierze, do obopólnego zrozumienia pewnych, wprawdzie zadawnionych, ale dla nas wciąż jeszcze żywych i bolących kwestii". Opublikowany po trzynastu latach poemat dowodzi, że niestety, nie przyczynił się.
Ludzkie historie
Nie chciałbym, żeby ten przegląd wyglądał jak lista zarzutów i pretensji. Szukając elementów wspólnych, chciałbym zwrócić uwagę na to, co można nazwać ludzkim obliczem poezji. Poprzedni tom Mandaliana, Strzęp całunu, był przejmującym pożegnaniem ze zmarłą żoną. Jej postać powraca teraz w wierszu, zaczynającym się od słów: "Od kiedy wykrztusiłeś z siebie ten szloch", który jest skargą Umarłej na swoistą obojętność:
od kiedy napisałeś o mnie te wiersze,
co to niby miały być o mnie
(a kto wie, może nawet i są) -
przestałeś w ogóle ze mną rozmawiać
Tytułowy "odjazd" bywa odjazdem narkotykowym ("- Odjazd, koniec widzenia - błaznuje czaruś na haju"), ale przede wszystkim jest przygotowywaniem się do odejścia, jak w wierszu, którego sam tytuł jest już gotowym wierszem: A więc to jest ten peron, z którego niebawem odjadę. Szykujący się do zanurzenia w ostatnim tunelu mężczyzna obraca się w środowisku ludzi, których przyciąga dworzec kolejowy: bezdomnych, żebraków, pijaków, prostytutek płci obojga, babć klozetowych, wariatów. Opisuje ich nie potępiając, ze zrozumieniem, wręcz z sympatią. "Wędrująca z kotami" (z wiersza pod takim samym tytułem) "ma twarz jak z flamandzkich płócien". "Mańka Skoroświt" (z wiersza pod takim samym tytułem) kroczy "krokiem źrebicy/z hiszpańskiej szkoły jazdy".
Inny ludzki rys zawiera najnowszy tom Urszuli Kozioł: mam na myśli wątek stopniowo postępującej utraty pamięci. W wierszu Dopóki wyraża się on w skierowanej do bliskiego człowieka litanii próśb, z refrenem jak zaklęcie: "kochaj mnie/kochaj kochaj/dopóki jeszcze pamiętam/jak mam na imię". Podobnie w wierszu Gdzie indziej (tym razem powtórzenie nie razi, jest jakby wpisane w sytuację): "dopóki jeszcze pamiętam muszę się udać gdzie indziej". Ta obawa przed dezintegracją łączy się z wątkiem utraconego dzieciństwa (Z okna; wiersz zaczynający się od słów "dziewczynka którą byłam/już umarła"). Podobny motyw pojawia się w pięknym wierszu o Hölderlinie (W Tybindze): "a przecież i ja także/kiedy zapomnę że ktoś na mnie patrzy/dukam pod nosem dziwaczne sylaby". Lęk przed demencją, lęk przed (choćby i natchnionym) szaleństwem.
U Sosnowskiego ten aspekt ludzki jest bardziej ukryty, czasem trzeba poszperać, żeby z cytatów i aluzji wydobyć pasjonującą historię. O prozie, zamieszczonej pod cytowanym tu już nagłówkiem Dziwnieśmy dziś sformatowani i skompresowani, Panie dowiadujemy się z autorskiej Noty, że jest to "tłumaczenie fragmentu niepublikowanej prozy Henry'ego Dargera (pt. The Realms of the Unreal, tom II)". I tyle. A kryje się pod tym opowieść o zdjęciu zaginionej w roku 1911 dziewczynki z rozczapierzonymi jasnymi włosami, Elsie Paroubek, której morderców nigdy nie odnaleziono. Darger przechowywał gazetowy wycinek z tym zdjęciem i bardzo przeżył jego utratę.
Urodzony w roku 1892, dzieciństwo spędził w zakładzie psychiatrycznym, skąd uciekł w roku 1911. Wiódł potem skromną egzystencję szpitalnego stróża i pomywacza naczyń w Chicago. Kiedy wyprowadził się z miasta w roku 1972 (zmarł w 1973), w zapuszczonym, cuchnącym mieszkaniu znaleziono dowód jego drugiego życia: olbrzymie, liczące 15 tysięcy stron dzieło epickie - niekończącą się historię przygód siedmiu małych dziewczynek The Story of the Vivian Girls, in What is known as the Realms of the Unreal, of the Glandeco-Angelinnian War Storm, Caused by the Child Slave Rebellion. Ponadto znaleziono kilkaset ilustracji do tej sagi: barwnych kolaży, zrobionych z wyciętych z czasopism ilustracji. Obecnie kolaże osiągają na aukcjach pięciocyfrowe kwoty. Znaleziono też kilka tomów dzienników i ośmiotomową autobiografię. Do dziś nie wiadomo, jaki był związek między zdjęciem Elsie Paroubek a dziełem Dargera, w którym wiele jest przemocy wobec małych dziewczynek, nie wiadomo, czy Darger był mordercą, czy tylko obsesyjnie wczuwał się w cierpienia dzieci, o których czytał w ilustrowanych pismach. Taka historia kryje się pod fragmentem prozy, zacytowanym przez Sosnowskiego w wierszu Dziwnieśmy dziś sformatowani i skompresowani, Panie.
Faworytka
Prawie nie mówiłem dotąd o tomiku, który spośród tych czterech jest mi najbliższy: o Pomarańczy Newtona Ewy Lipskiej. Pisałem o nim nie tak dawno na tych łamach (PP z 4 stycznia br.) w kontekście rozpadu tradycyjnych wyobrażeń o prawach fizyki i osaczenia przez nowe technologie i formy obyczajowe. Tu dodam, że tom Lipskiej jest spośród czterech nominowanych książek najkunsztowniej zbudowany, że w odróżnieniu od nominalnego poematu Mandaliana jest rzeczywiście poematem.
Pomarańcza Newtona napisana jest w pewnym sensie z perspektywy przyszłości - nie tylko XXI wieku, ale i dalszych stuleci ("Łączy nas farbiarnia wschodów i zachodów słońca/szlifiernia magii słów i ognia"). Tę perspektywę wyznacza wyobraźnia poetycka ("Co może wiedzieć maszyna/o zagadce poezji/która mnie rozwiązuje/już sześćdziesiąt lat"). A także umiejętność swoistej obiektywizacji.
Newton ze spadającego jabłka wysnuł prawo ciążenia. Ewa Lipska sama staje się pomarańczą, rzuconą gdzieś z odległej przyszłości w naszą pełną sprzeczności rzeczywistość. Nie roztkliwia się, nie lamentuje. Patrzy i widzi. Patrzy i wie. Jest. Tkwi w tym poemacie tajemnicza pewność, która onieśmiela i porywa.
