Przegląd Polski
8 sierpnia 2008

Żabką przez Atlantyk

Plaga placów

Marek Kusiba

W piątek, gdy ten felieton sięgnie druku, w Pekinie sięgnie bruku ideał, a raczej idea olimpijska. Idee po raz kolejny przegrają z interesami i pomimo - dość letnich - protestów, letnie Igrzyska XXIX Olimpiady rozpoczną się ósmego dnia, ósmego miesiąca, dwa tysiące ósmego roku, o ósmej osiem wieczorem, gdyż w symbolice chińskiej cyfra osiem jest symbolem szczęścia, obfitości, pieniędzy oraz spokoju. Zwłaszcza spokoju na placu Tiananmen, co oznacza Bramę Niebiańskiego Spokoju, przez którą do nieba poszło pięć tysięcy podziurawionych kulami karabinów maszynowych i rozjechanych czołgami dusz studentów. No, ale było to w 1989 r., czyli w ubiegłym stuleciu, i nikt już nie zamierza tego chińskim komunistom wypominać...

Najwięcej na temat ósemkowych symboli mogą powiedzieć liczni mieszkańcy, wyrzucani całymi rodzinami na bruk, by na miejscu ich wyburzonych domów władze mogły zbudować olimpijskie obiekty. Widziałem reportaż o tych ludziach, którzy nie dostali żadnych mieszkań zastępczych, a w razie buntu czeka ich po prostu więzienie.

W piątek widzowie oraz autorzy tego i innych programów o wszystkim zapomną i zajmą się wychwalaniem Chińczyków za przygotowanie najbogatszych igrzysk w dziejach. W ceremonii otwarcia odmówił udziału premier Donald Tusk. Tymczasem Krzysztof Penderecki napisał na zamówienie władz Pekinu oratorium.

Pamiętam trzy długie nocne Polaków rozmowy z kompozytorem i jego żoną, jakie wiedliśmy swego czasu w Toronto. Artysta bardzo dużo opowiadał o swojej drugiej pasji - drzewach, jakie sadzi w swojej posiadłości w Lusławicach. Bolał nad przydrożnymi lipami, masowo, jak się wyraził, w Polsce mordowanymi. Nadciągała bowiem do kraju epoka kamienia brukowego, objawiająca się wtedy niewinną kostką w kolorze flagi Chińskiej Republiki Ludowej, którą wykładano wiele wiejskich i małomiasteczkowych chodników, tnąc przy okazji z zapałem stare przydrożne drzewa. Dzisiaj ta chodnikowa moda przekształciła się w powszechną plagę placów. Wszystkie mniejsze i większe miejscowości brukują na wyścigi, za unijne pieniądze, swoje rynki i ryneczki, rżnąc jak leci cały drzewostan.

Pisze o tym zajmująco Edyta Gietka w ostatniej Polityce. Ale jej reportaż nie jest w stanie oddać grozy sytuacji. Kazimierz Wielki zastał Polskę drewnianą, a zostawił (częściowo) murowaną. Lech Kaczyński zastał Polskę częściowo zadrzewioną, zostawi po sobie Polskę całkowicie zabrukowaną. W myśl ludowej mądrości: nie było nas, był las, nie będzie nas - zniknie las. Czytamy w reportażu Gietki: "Kostka Bauma pojawiła się nad Wisłą wraz z kapitalizmem. Wylała się na parkingi, chodniki, ścieżki rowerowe. Teraz betonowa galanteria rozlewa się na senne rynki polskich miasteczek. Bo najłatwiej od Unii zdobyć dotację na bruk. To się w Unii nazywa Zintegrowany Program Operacyjny Rozwoju Regionalnego albo rewitalizacja. Weźmy Roztocze. Kostką zrewitalizowano już centrum wsi Różanka, park wiejski w Orchówku, gminę Wojciechów, Tyszowce, Krasnobród, Szczebrzeszyn. Albo Świętokrzyskie. Kostka Bauma opanowała Bodzentyn, Słupię, Opatów i tak dalej, dalej".

W czasie naszych ubiegłorocznych peregrynacji z Romkiem Sabo po kraju najbardziej nas właśnie szokowały te rynki czerwone, niebieskie, popielate i nie wiadomo jakiego koloru - w Drohiczynie, Tarnobrzegu, Rzeszowie, Sanoku... Januszowi Szuberowi wybrukowali rynek na bordowo i nazywa go celnie sanockim placem Czerwonym. Wycięto przy okazji kilkanaście starych drzew, bo w Polsce drzewa dla większości mają jedynie znaczenie w postaci desek w tartaku lub drewna na podpałkę. Chłop polski, który potęgą jest teraz i basta, ma swoją filozofię: "Wytniem i będzie na galanto, bo finans z Unii jest". Chłopom wtórują gminni urzędnicy, wedle których drzewa powinny stać w lesie, a w nie w centrum miasta. Tam powinny stać pomniki ich urzędniczej chwały w postaci fontann. W jednym z planów inwestycji czytamy wszak, że "fontanna stanowi przyciągający element ze względu na kojące działanie szumiącej wody...".

Na mądrość ludu polskiego rady nie ma. Zatem na wszystkich brukowanych na gwałt rynkach w miejsce wycinanych lip, klonów i modrzewi stawia się donice z tujami oraz kwiatkami, zakłada fontanny. Niektórym woda sodowa bije do głowy, bo każdy ambitny władca takiego Bodzentyna czy Szczebrzeszyna chciałby mieć swój plac Defilad, gdzie odbierze należne mu honory. W duszach tych urzędników gra także niezagojona rana klasowa. Zwłaszcza drzewa wydają im się burżuazyjnym przeżytkiem, sadzonym przez szlachtę i magnaterię. Nadszedł czas zapłaty za wielowiekowe poniżenia. Nie rozumiem tylko, dlaczego porachunki z przeszłością chłop polski załatwia za pieniądze z Brukseli?

Na rynkach polskich miasteczek sięgają bruku stare drzewa, a w Zakazanym Mieście - stare ideały olimpijskie. Idee i drzewa przegrywają z interesami człekokształtnych, którzy nie tak dawno zeszli z drzew i być może dlatego tak je teraz tępią...

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail