Przegląd Polski
22 sierpnia 2008

Żabką przez Atlantyk

Dar Dary Torres

Marek Kusiba

W Chinach kończy się święto mięśni - długich, płaskich i krótkich, prążkowanych, białych, czerwonych i mieszanych, dwugłowych i trójgłowych. Nie jest to bynajmniej święto głowy - jeśli nie brać pod uwagę głowy chińskiego smoka. Wystarczy posłuchać relacji i rewelacji sprawozdawców sportowych. Liczą medale i miejsca na podium i za podium, i ma być to dla nas, czyli dla mas, odium na wszelkie bolączki. Tymczasem te relacje i rewelacje olimpijskie tylko bolączki pogłębiają.

Igrzyska olimpijskie to bowiem popierane i powszechnie celebrowane dwutygodniowe święto szowinizmu narodowego. Są okazją do wykazania przewagi silniejszych i bogatszych narodów nad słabszymi i biedniejszymi. I nawet jeśli sportowcy okazują sobie solidarność i manifestują braterstwo ludzi bardziej od innych umięśnionych i wytrenowanych, to sprawozdawcy i działacze, oficjele i kibice upajają się kolorami oraz liczbą zdobytych krążków. Liczą jak księgowe, są zatwardziałymi buchalterami, a jak nie daj Boże "nasz" zajmie czwarte lub piąte miejsce, to traktowany jest na równi ze zdrajcą narodu.

Olimpijski szowinizm wzmacniają szowinistyczni kibice, jak i sami sportowcy, wymachujący nieustannie flagami. Nie pamiętam na poprzednich igrzyskach podobnej plagi flag. To widomy znak, że obecnie narody bronią się przed globalizacją, czyli unifikacją i marginalizacją. Zwłaszcza te mniejsze, bardziej zakompleksione, wymachują najbardziej zawzięcie. Polacy trzepią flagi z nazwami swoich miast. To polska specjalność, powodująca tylko śmieszność. Nikomu przecież nic nie mówią nazwy Będzin, Gorzów, Ostrołęka czy Możdżanka. Odmóżdżanka? Z pewnością.

Bo igrzyska to okazja do bezpiecznego politycznie dzielenia świata - na flagi, kraje i medale. Dla udowodnienia własnej przewagi nad innymi niektóre kraje nie cofają się nawet przed oszustwem. Chińczycy, na przykład, trzymają się mocno w gimnastyce - na 12-letnich dziewczynkach ze sfałszowanymi metrykami urodzin. Wszyscy widzą dzieci na macie i wiedzą, że w tych zawodach można brać udział od 16. roku życia, ale nikt na to nie reaguje. Jednak marsowe miny oszukanych w ten sposób i ograbionych ze złotych medali, choć najlepszych na świecie gimnastyczek, Amerykanek Liukin i Armstrong, wystarczyły mi za wszelkie komentarze.

Te igrzyska, jak żadne poprzednie, uświadamiają, że najbardziej liczy się w nich wygrana, a najmniej uczestnictwo. A przecież uczestnictwo w igrzyskach, jak i życiu, ma swoje niezaprzeczalne zalety. Można na przykład docenić w pełni błogosławieństwo emigracji. Podwójne obywatelstwo pozwala cieszyć się sukcesami Polaków, a jak nie wygrywają i nie podbijają serc stadionów i milionów, przerzucić uwielbienie na "naszych" Amerykanów czy Kanadyjczyków - i znowu jest dobrze.

Po przegranej polskich siatkarek krajowi kibice poszli jeszcze dalej - ulokowali swoje uczucia w brazylijskiej Walewskiej. To imię zawodniczki o nazwisku Oliveira, nadane jej przez ojca rozmiłowanego w Napoleonie - na cześć Marii Walewskiej, kochanki cesarza, występującej zatem w nieco innej, niż olimpijska, dyscyplinie... Obok Walewskiej zwróciła moją uwagę siatkarka Fabiana, gdy jeden z komentatorów podał jej wiek: 38 lat. Następnego dnia zobaczyłem na mecie triatlonu słaniającą się na nogach 37-letnią Japonkę Kiomi Niwatę, usłyszałem też o 35-letniej Annie Dogonadze z Gruzji i zacząłem coś podejrzewać. Moje podejrzenia zamieniły się w pewność, gdy zobaczyłem wyczyny 41-letniej amerykańskiej pływaczki Dary Torres, przegrywającej w sprincie na 50 metrów o jedną setną sekundy z młodziutką Niemką.

Tak, te igrzyska zdominowały kobiety: zdobyły najwięcej medali, pobiły najwięcej rekordów i zrobiły to w najbardziej imponującym stylu - by przypomnieć tylko rosyjską tyczkarkę czy australijską triatlonistkę. Historia Dary Torres wiele wyjaśnia w kwestii kobiecej dominacji, zarówno w sporcie, jak i w życiu. W Pekinie startowała po raz piąty na igrzyskach. Debiutowała w Los Angeles w 1984 r., gdy sławnego Phelpsa nie było jeszcze na świecie. Dara ma taki dar do pływania, że biła rekordy już jako nastolatka. Po igrzyskach w 1992 r. zakończyła karierę i została wziętą modelką. Wróciła na basen przed Sydney, skąd przywiozła trzy medale, po czym znów przestała pływać i zajęła się biznesem. Mając 39 lat i małą córeczkę, wznowiła treningi. Będąc w zaawansowanej ciąży, ścigała się w basenie z mężczyznami.

Nadludzkie wyczyny Dary nie wynikają jedynie z wrodzonego daru - talentu, ale przede wszystkim z szaleńczej pracowitości. Trenuje kilka razy dziennie. Na trenerów i masażystów wydaje ponad sto tysięcy dolarów rocznie. To zapewne więcej, niż znajduje się w kasie Polskiego Związku Pływackiego. Podporządkowała wszystko zdobyciu w Pekinie jedynego złotego medalu, jakiego jej brakowało do bogatej kolekcji, a przegrała o jeden centymetr...

Przegrała złoto, ale wygrała z własnymi, starzejącymi się mięśniami oraz z buchalterami od medali. I jest to jednak jakieś pocieszenie...

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail