Przegląd Polski
29 sierpnia 2008
- Człowiek z "szafą". Filmowa sylwetka Romana Polańskiego - Małgorzata Radkiewicz
- Kawalkada rocznic - Jacek Fedorowicz
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
Kawalkada rocznic
Początek wojennej klęski - 1 września 1939 roku...
Sierpień i wrzesień to miesiące wspomnieniowe. Nawet jak byłem młodszy i nie miałem tych - charakterystycznych dla człowieka starszego - skłonności do snucia wspomnień przy kominku, te dwa miesiące nasuwały wspomnienia nieodparcie.
Zaczynało się w lipcu. Był taki niepisany obowiązek pójścia na Powązki w przeddzień rocznicy wybuchu powstania warszawskiego. Za PRL był to obowiązek ściśle przestrzegany, bo obok oddawania hołdu powstańcom pokazywało się komunistom, że na nic ich wysiłki, Polacy mają swoje uroczystości, ważniejsze od oficjalnie nakazanych, i te uroczystości celebrują tłumnie. Chodziliśmy z żoną zawsze wieczorem. Atmosfera była wspaniała. Zapalone znicze pokrywały - wydawało się - cały cmentarz wojskowy, tworząc morze ognia. W stanie wojennym morze było szczególnie wezbrane dookoła Krzyża Katyńskiego i oczywiście przy grobach powstańców 1944 r. Raz zanotowaliśmy wzruszającą scenę. Na jednym z grobów powstańczych przysiadło dwóch starszych panów z butelką i trzema kieliszkami. Przyszli do poległego kolegi i z nim - niespiesznie gawędząc - popijali.
CZY JEST SENS ŚWIĘTOWAĆ HISTORYCZNE PORAŻKI? Jeśli by przyjąć to jako zasadę - nie ma sensu. Zawsze mnie zresztą denerwowało, że nie potrafimy chwalić się sukcesami, a naszym bohaterem narodowym nie może być taki, co wygrał, tylko taki, co przegrał, i to najlepiej z hukiem. Już w naszym studenckim teatrze Bim-Bom mieliśmy scenkę wyrażającą nasz negatywny stosunek do wysadzania się w powietrze (Wołodyjowski i inni), przy czym oczywiście dostrzegaliśmy oczywistość obowiązku czczenia pamięci poległych, natomiast byliśmy przeciwni celebrowaniu porażek kosztem lekceważenia zwycięstw. Inna sprawa, że komuniści pilnie strzegli podziału na zwycięstwa słuszne i niesłuszne. Za czasów PRL właściwie tylko Grunwald był dobrze widziany jako zwycięstwo, inne, szczególnie te na wschodzie, uznawane były za niewybaczalny błąd historyczny, o ile nie za zbrodnię (Piłsudski - jak mnie uczono w szkole - to był jeden z interwentów, którzy usiłowali obalić nowo powstałą władzę radziecką, szczytowe osiągnięcie w dziejach ludzkości). Zwycięstwa oficjalnie czczone uroczystościami rocznicowymi to były, niestety, nasze najdotkliwsze klęski. W dniu 9 maja mogliśmy sobie tylko westchnąć, że nie ma kraju, który by przegrał II wojnę światową bardziej niż Polska, a 22 lipca mogliśmy sobie po raz kolejny uświadomić ze zgrozą, że oto na prymitywny numer Stalina z "suwerenną Polską", która powstała w 1944 roku na mocy "Manifestu", daje się nabierać przez kilka dekad praktycznie cały świat. Może więc świętowania porażek nauczyliśmy się wbrew woli, przyzwyczailiśmy się i już nie potrafimy inaczej?
Ale - by wrócić do pytania o sens - rocznica wybuchu powstania, naszej ewidentnej klęski, czczona była przez nas za komuny w sposób, który ośmielę się nazwać "racjonalnym". Po pierwsze, była to manifestacja, która pozwalała uczestnikom zobaczyć na własne oczy, że w swym antykomunizmie nie są samotni. W czasach, gdy komuna robiła wszystko, by każdy jej przeciwnik myślał, że tylko on jest przeciw, a cała reszta za - miało to wielkie znaczenie. Po drugie, demonstrowanie zbiorowego hołdu dla powstania było swego rodzaju dyskretnym ostrzeżeniem, przypomnieniem, że Polacy to taki dziwny naród, który potrafi się postawić, owszem, może głupio, ale równie głupio by było narażać się na otwartą wojnę z takim narodem. Był czas, że wszyscy zadawali sobie dramatyczne pytanie: wejdą czy nie wejdą?. Moim zdaniem nigdy nie myśleli o wejściu poważnie, bo wiedzieli, że ten dziwny naród gotów jest znowu porwać się na coś, co wchodzącym absolutnie by się w owym czasie nie opłaciło. Czy słusznie oceniali sytuację? Nie jestem pewien, ale to już inny temat.
PRZEŻYŁEM POWSTANIE WARSZAWSKIE. Od pierwszego strzału do kapitulacji - jako siedmioletnie dziecko - drżąc ze strachu po różnych piwnicach, uciekając pod obstrzałem, przemykając z matką i dziadkami (ojciec siedział w oflagu) z miejsca na miejsce, w każdym z nich jakimś cudem unikając śmierci. Rzecz się działa w Śródmieściu między Czerniakowską przy rogu Okrąg a Koszykową przy rogu Marszałkowskiej. Moja rodzina miała chyba jakiś przedziwny instynkt, bo wszystkie miejsca, które opuszczaliśmy, już następnego dnia zmieniały się w zgliszcza. O te zdolności podejrzewam dziadków, którzy mieli już za sobą wielkie sukcesy w sztuce przetrwania, przeżyli bowiem całą rewolucję październikową w centrum Moskwy, a potem podróż przez całą Syberię do Władywostoku, nie wyglądając przy tym w najmniejszym stopniu na słusznych ideologicznie proletariuszy. W czasie powstania instynkt jednak czasami dziadków zawodził i uciekaliśmy dopiero w momencie, kiedy atak niemiecki się zaczynał.
Te przeżycia i koszmarne widoki spowodowały, że przez całe późniejsze życie unikałem wspomnień powstaniowych. To nie do wiary, ale dopiero przed kilkunastoma dniami, z jakiejś audycji telewizyjnej dowiedziałem się, co to było "nakręcanie" tak zwanej krowy, czyli najbardziej złowrogi dźwięk, jaki słyszałem w życiu. Niektórym to "nakręcanie" przypominało ryk - stąd nazwa "krowa". Dźwięk budził paniczny lęk, bo wiadomo było, że po sześciu "nakręcaniach" nieodwołalnie nastąpi sześć wybuchów groźnych pocisków, które nie wiadomo, czy trafią w nas, czy gdzieś obok. Okres między "nakręceniem" a wybuchem to były wieki. Moja niechęć do wspominania była większa niż ciekawość, dlatego dopiero od tygodnia wiem, że "krowa" to był rodzaj moździerza, a "nakręcanie" to było po prostu wystrzelenie pocisku, którego lot trwał pewnie tak gdzieś z dziesięć sekund, nie dłużej.
DZIŚ JUŻ TAK NIE UCIEKAM PRZED WSPOMNIENIAMI POWSTANIOWYMI, choć uroczystości unikam. Jak powszechnie wiadomo, rocznica została upolityczniona. Nie mam zamiaru brać udziału w kłótniach, w których - jak mam prawo podejrzewać - powstanie służy tylko jako pretekst, żeby Lech Kaczyński po raz kolejny mógł oskarżyć Donalda Tuska o służenie tym, którzy wymazywali powstanie z pamięci, czyli III Rzeczypospolitej, temu niesuwerennemu tworowi państwowemu utworzonemu dla utrzymania władzy nad krajem przez - tu dokładnie nie wiadomo kogo, bo może to być Rosja, może być też dawna PZPR, a na pewno tajne służby. To tragiczny przypadek ten nasz prezydent, pytania posła Palikota o jego zdrowie wydają się zasadne, choć nie o cielesne mankamenty akurat bym go podejrzewał. Tragiczne w nim jest to, że siejąc bez przerwy toporną partyjną propagandę, nie pozwala, by jakiekolwiek słowo pochwały pod jego adresem przeszło przez usta. A chciałoby przejść, bo za Muzeum Powstania należą mu się - i niniejszym składam je nie po raz pierwszy - wyrazy najgłębszego uznania.
PO SIERPNIU NASTĘPUJE WRZESIEŃ, też obfitujący w smutne rocznice. Może nie powinniśmy świętować naszych klęsk, ale pewne rzeczy światu przypominać powinniśmy. Szczególnie że ostatnie wypadki pokazują, iż między imperium, które wysłało wojsko "dla obrony obywateli radzieckich zamieszkujących Gruzję", a imperium, które pod identycznie idiotycznym pretekstem napadło na nas 17 września 1939 r. - różnicy wielkiej nie ma. Co źle wróży na przyszłość i dobrze by było, żeby świat o tym jednak nie zapominał.
Na pewno jednak świętować należy zwycięstwa. Nie żeby uczynić zadość narodowej pasji świętowania, ale ze względów - znów - czysto praktycznych. Mamy kolejną rocznicę porozumień sierpniowych, we wrześniu Lech Wałęsa obchodzi 65. urodziny, a niedługo potem będzie świętował 25-pięciolecie przyznania pokojowej Nagrody Nobla. To przecież wymarzona okazja, żeby przypomnieć światu o zwycięstwie nad komunizmem bez jednego wystrzału. Dlaczego symbolem walki metodami non violence jest tylko Mahatma Gandhi? A Wałęsa to co? Owszem, nie był pierwszy, ale jako przeciwnika miał znacznie groźniejsze imperium. I wygrał, a efekty jego zwycięstwa rozlały się na potężny kawał świata.
Dlaczego ludzie na Zachodzie na pytanie o symbol upadku komunizmu bez zastanowienia odpowiadają: the fall of the Berlin wall? Owszem, do rymu to jest, więc zapamiętali, Wałęsa się nie rymuje, poza tym rozwalanie muru to był świetny, dynamiczny obrazek telewizyjny, a podpisywanie jakichś papierów przez jakichś smutnych facetów bardzo efektowne nie jest. Trzeba jednak z tą krzyczącą niesprawiedliwością walczyć. Trzeba tępić zawłaszczanie cudzej własności. Podbieranie nam, Polakom, historycznych zasług w obaleniu komunizmu jest czymś w rodzaju kradzieży kosztownej akcji marketingowej, by posłużyć się współczesną terminologią i systemem skojarzeń. Wiadomo, że każdy kraj, podobnie jak każda firma, musi dbać o swój międzynarodowy image, bo to niesie za sobą określone skutki, przeliczalne także i na pieniądze. Nie ma się co tu obruszać, taki jest świat. Musimy więc dbać o nasz PR i lansować nasze symbole.
MARKETING FIRMY "POLSKA" IDZIE NAM KIEPSKO, to oczywiste, podobnie oczywiste jest, że wynika to nie tylko z lenistwa, niedoceniania znaczenia reklamy we współczesnym świecie, nieumiejętności chwalenia się sobą i z ciągot do obchodzenie z pompą klęsk, ale także z tej naszej - wielokrotnie już opisywanej - bezinteresownej zawiści, która absolutnie nie może się pogodzić z tym, że jakiś rodak miałby się okazać lepszy od innych. Ta obłędna, głupia i nieuleczalna chęć ściągnięcia w dół każdego, kto wyrasta wyżej, właściwa Polakom jako całości, połączona z chłodną kalkulacją niektórych, że jak się zniszczy mit Wałęsy, to może łatwiej będzie Kaczyńskim sięgać po pełną władzę, zaowocowała tym żenującym widowiskiem, które obserwowaliśmy niedawno, a które na razie przycichło, jednak na pewno znów wybuchnie przy jakiejś następnej akcji pseudonaukowców spod skrzydeł prezesa Kurtyki. Dowodzących tym razem, że Lech Wałęsa był nie tylko wiernym do końca agentem SB, ale i NKWD, a potem przerzucił się na Mosad. Tu wtrącę na marginesie, że z IPN-em jest podobnie jak z Lechem Kaczyńskim. Też robi wiele dobrego, ale niestety - to, co wyczynia w służbie doraźnych celów politycznych, szkodząc Polsce w sposób niewybaczalny, nie pozwala na wykrztuszenie dobrego słowa.
Po uczczeniu powstania warszawskiego proponuję więc zatrzymać się na dłużej przy powstaniu Solidarności i temu powstaniu, ze szczególnym uwzględnieniem Lecha Wałęsy, poświęcić cały wysiłek marketingowy. Są szanse, bo mur berliński to tylko beton, a Wałęsa żywy człowiek z naprawdę ciekawym życiorysem, w którym wystarczy tylko nie interpretować tendencyjnie faktów i nie zmyślać.
