Przegląd Polski
5 września 2008

Przed spotkaniem z historią

O autobiografii Baracka Obamy

JOANNA ROSTROPOWICZ-CLARK

22-letni Barack Obama podjął w 1983 r. swą pierwszą po studiach na Columbia University stałą pracę: społecznego organizatora w dzielnicy Altgeld Gardens w Chicago. Pięknie nazwana, ta wyłącznie murzyńska dzielnica była gettem getta, położoną między wysypiskiem śmieci a oczyszczalnią ścieków enklawą permanentnie bezrobotnych, wylęgarnią gangów i handlu najpodlejszymi narkotykami, pochłaniającymi najwięcej ofiar.

Zaangażował Obamę do tej pracy, w nieznanym mu mieście, chicagowski działacz związków zawodowych Marty Kaufman. Powiedział, że potrzebny mu jest ktoś młody, czarnoskóry, z zapałem. Dobrze, jeśli czuje gniew, bo to jedyna do tego rodzaju zajęcia - za dziesięć tysięcy dolarów rocznie - motywacja.

ZAPAŁ - TAK, GNIEW - RACZEJ NIE. Od dawna czarni koledzy Baracka próbowali rozniecić w nim gniewną murzyńską solidarność przeciwko uciskowi i poniżeniom ze strony całego świata białych. Chcieli, aby jako "mieszaniec" stał się tym bardziej lojalnym bojownikiem o wyzwolenie czarnych z narzuconych im przez białych okowów upośledzenia, a jego wątpliwości pogardliwie nazywali postawą "wuja Toma". Barack dzielił z nimi ich ból, rozumiał gorycz, a jednak nie godził się na uproszczoną wizję podziału na dobre Czarne i złe Białe. Jego matka całym sercem sprzeciwiała się rasizmowi, rodzice zaakceptowali jej małżeństwo z czarnym jak heban Kenijczykiem z miłości do córki, ale także dlatego, że w ich moralnych ocenach nie liczył się kolor skóry. W dzieciństwie żal do ojca, że od nich odszedł, Barack rekompensował fantazjami o jego egzotycznym statusie afrykańskiego wodza.

MIAŁ 10 LAT, KIEDY WIZYTA OJCA - ich jedyne spotkanie - rozwiała mit. Rodzic okazał się sztywnym i irytującym domowników cudzoziemcem. Zrobił natomiast dobre wrażenie w klasie Baracka, gdzie zaproszony przez nauczycielkę, ciekawie opowiadał o Kenii.

Nie był to jednak koniec roli ojca w procesie dojrzewania wybitnie inteligentnego i wrażliwego chłopca. Regularnie przychodziły listy, przypominające o dumnym afrykańskim rodowodzie, o potrzebie samodoskonalenia nie obok, a we wnętrzu czarnoskórej tożsamości. Kiedy nadeszła wiadomość o jego nagłej śmierci, Barack, wówczas student Columbia University, pogrążył się w poczuciu winy. Zdał sobie sprawę, że marzenia o "dorosłej" podróży do ojcowskiego domu, do ich wspólnej Afryki nieodwołalnie przepadły. Dwa lata później odwiedziła go w Chicago przyrodnia siostra - jedna z sześciorga przyrodniego rodzeństwa z innych, białych i czarnych matek. I znów rozsypał się upiększony obraz. Nieudane związki ojca z kobietami, zaniedbane dzieci i alkoholizm ostatecznie zniszczyły wyidealizowany wizerunek.

Dumę trzeba było zastąpić próbą zrozumienia i wybaczenia, w czym pomogła mu afrykańska siostra, ale także wysiłkiem spełnienia ojcowskich przykazań, którym on sam nie umiał sprostać. Bądź sobą, ale nie tylko dla siebie. Postępuj tak, aby twoje dzieci mogły być z ciebie dumne. W miarę swoich możliwości służ przykładem innym, bardziej gniewnym, bardziej zagubionym, o wiele bardziej nieszczęśliwym. Stąd tytuł i główny motyw tej autobiografii: Dreams of my Father. A Story of Race and Inheritance; w polskim tłumaczeniu: Odziedziczone marzenia. Spadek po moim ojcu.

POLSKIEMU CZYTELNIKOWI CHICAGOWSKI ROZDZIAŁ KSIĄŻKI przypomni Siłaczkę i Ludzi bezdomnych Żeromskiego. Nędza i apatia versus młodzieńczy idealizm, praca od podstaw - ale czy nie beznadziejna? Na organizowane przez Obamę i kilkoro miejscowych znużonych społeczników przychodziła początkowo garstka łachmaniarzy skuszonych darmowym kubkiem kawy i ciepłem piwnicznego pokoiku w którymś z okolicznych kościołów katolickich. Obama pisze z wdzięcznością o księżach polskiego i irlandzkiego pochodzenia, gotowych, mimo wieloletnich rozczarowań, służyć pomocą. Mniej chętni byli działacze związków zawodowych, od których Obama oczekiwał poparcia w poszukiwaniu miejsc pracy dla bezrobotnych. Mur biurokracji w ówczesnym Chicago był już wówczas tyleż czarny, co biały. Mechanizmy władzy, podobnie jak ludzka natura, nie rozróżniają kolorów skóry; lekcja, której Obama nie musiał się uczyć, bo miał ją w domu.

Uczył się natomiast, jak rozmawiać z rodzącymi dzieci nastolatkami i jak podnieść medialną wrzawę w kwestii zatrutej azbestem kanalizacji. To był jego pierwszy sukces: zmuszenie władz do usunięcia azbestu. W South Chicago zaczęto mówić z szacunkiem o chudym młodzieńcu, który z uporem maniaka rusza z posad bryłę wiekowej beznadziei.

A NADZIEJA - POWIEDZIAŁ BARACKOWI BUDUJĄCY NOWY KOŚCIÓŁ PASTOR JEREMIAH WRIGHT - aby się spełnić, wymaga zuchwałości. Czynu wspartego modlitwą. Tego także, pokornej modlitwy, laicki dotychczas Obama nauczył się w ciągu trzyletnich "studiów z natury" w strasznych dzielnicach czarnego Chicago. Następny krok skierował ku bardziej formalnej i gwarantującej tradycjonalny prestiż edukacji: w 1985 r. został przyjęty na Wydział Prawa Harvard University.

Przed rozpoczęciem studiów postanawia pojechać do Kenii. Ma to być konfrontacja z dwoma mitycznym elementami jego tożsamości: ojcowskim i plemiennym rodowodem, z Afryką Baracka Obamy seniora i Afryką czarnoskórego Amerykanina. Rozdział poświęcony tej podróży fascynuje połączeniem humoru - charakterystycznego dla zderzeń mitów z rzeczywistością - z gamą bolesnych obserwacji i rozhuśtanych emocji. Witany jak "swój" przez tuziny krewnych, oszołomiony skalą i intensywnością ich problemów i oczekiwań, rodzinnych sporów (o mizerny spadek po ojcu), postkolonialną scenerią Nairobi, która mu przypomina Indonezję z krótkiego okresu drugiego małżeństwa matki - biedny-bogaty (podobnie jak polski emigrant odwiedzający ojczyznę w latach PRL-u), Barack początkowo zupełnie traci poczucie, kim jest i skąd. Ale Barack Obama, który opisuje tę podróż już jako pierwszy czarnoskóry redaktor naczelny The Harvard Law Review, wie, ku czemu zmierza, jak zakończyć ten pamiętnik dojrzewania młodego Amerykanina o dziwnym nazwisku.

Z NAIROBI JEDZIE TRANSAFRYKAŃSKĄ, ZBUDOWANĄ PRZEZ ANGLIKÓW KOLEJĄ w głąb kraju do wiejskiego domostwa, gdzie najmłodsza z trzech żon jego dziadka opowie licznym synom i córkom rodzinną sagę, pełną cierpień, uporu, zaciętego milczenia kobiet, skrywanych upokorzeń mężczyzn, inteligencji i talentów, które w braku możliwości rozwoju wzmagały ból bezsilność wobec losu. "Uświadomiłem sobie - pisze Obama - że to, kim jestem i co jest dla mnie ważne, nie jest tylko kwestią intelektu czy obowiązku, że nie jest to jedynie słowną konstrukcją. Ujrzałem, że moje życie w Ameryce - życie czarnych, życie białych, poczucie odrzucenia w dzieciństwie, frustracje i nadzieje, które oglądałem w Chicago - w całości łączyło się z tym spłachetkiem ziemi za oceanem; że ten związek to coś więcej niż kwestie przypadkowe, takie jak nazwisko czy kolor skóry".

PISZĄC SWÓJ KLASYCZNY BILDUNGSROMAN, Obama był w drodze powrotnej do Chicago. Jeśli jego plany na przyszłość nie były jeszcze sprecyzowane, wiedział, że musi uzyskać pełną samoświadomość, odbyć - jak sam pisze - osobistą podróż wewnętrzną. Wszechstronnie oczytany, czerpał wzory zarazem z arcydzieł amerykańskiej literatury politycznej, Tomasza Jeffersona, Abrahama Lincolna i Martina Luthera Kinga, jak i ze współczesnej prozy Philipa Rotha i Jamesa Baldwina. Krytycy jednogłośnie chwalili powieściowe walory książki i niesentymentalny stosunek do autobiograficznego materiału. "Świetnie skonstruowana, szczera i przejmująca..." - ocenił ją Scott Turow (korzenie rodzinne w Łodzi).

Ale czytając obecnie Odziedziczone marzenia, czytelnik szuka odpowiedzi na pytania o cechy osobowości kandydata do urzędu prezydenta USA. Czy nie jest zbyt introspekcyjny, intelektualny? Czy należąc do dwóch światów, nie należy do żadnego? - jak napisał jeden z krytyków. Czy przeciwnie, akceptacja wielorakiej tożsamości sprzyja urzeczywistnieniu naczelnej idei jego wyborczego programu: godzenia nękających Amerykę konfliktów w imię wspólnego dobra całego społeczeństwa - co dla mnie jest jego wielkim atrybutem.

"Mnie", a nie "mi" - jak niegramatycznie (patrz artykuł Krystyny Olszer o tym błędzie, Przegląd Polski z 13 czerwca br.) powtarza na wielu stronach tłumacz Piotr Szymczak. Np: "Przynosiła dziadkowi szkocką, a mi colę". Jego przekład jest płynny i poprawny, tylko raził mnie tu nadmiar aktualnego młodzieżowego i gazetowego żargonu. Szkoda, ponieważ styl to człowiek, a Barack Obama jest świetnym stylistą.

Barack Obama, Odziedziczone marzenia. Spadek po moim ojcu. Media Rodzina, Poznań 2008, str. 448, cena 28 dol. plus 6,50 dol. porto w przypadku zamówienia z wysyłką (do nabycia w Księgarni Nowego Dziennika)
tel. (212) 594-2386
e-mail: ksiazki@dziennik.com
strona internetowa:
www.ksiazkionline.com

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail