Przegląd Polski
5 września 2008

Kartki ze skażonej strefy

EWA BERBERYUSZ

Jak nasi przegrywali na igrzyskach olimpijskich mecz, a działo się to przeważnie na końcu rozgrywek, w czasie której wydawało się, że już-już są bliscy zwycięstwa - wtedy łzy ciekły mi z oczu. Z zawodu, ze smutku, z wściekłości, że naszym znów zabrakło tej ostatniej koncentracji (bo nie umiejętności!). Że zabrakło tężyzny ciała i ducha. Tak było w czasie meczu siatkówki Włochy - Polska, ale przykładów można by mnożyć.

Premier Donald Tusk (zagorzały piłkarz amator) zapowiedział budowę boisk z prawdziwego zdarzenia dla młodzieży szkolnej w każdej gminie. Już zresztą zaczęto to robić. Ale dlaczego dopiero teraz?! Dla każdego wójta czy burmistrza zawsze bliższe były inne wydatki socjalne (nawet izby wytrzeźwień) niż urządzenia sportowe. Dzieciaki kopały piłkę na nierównych podwórkach, fikały na trzepakach, skakały ze schodów, z dachów... Miały, miały zapał do sportu, ale nie miały ani urządzeń, ani fachowego wsparcia.

O tym się teraz wiele mówi, ale może nie tu tkwi przyczyna? Wiem, że naruszam poprawność polityczną, ale może tkwi w nas jakaś wrodzona ociężałość i zastarzała gnuśność, która nie wytrzymuje tempa końcówki? Narodowa cecha?

Słusznie wini się trenerów i działaczy. Że skorumpowani, skłonni do układów i alkoholizmu. Więc możliwe, że to wszystko razem zbiera się na mizerne wyniki.

Ja jednak nie mogę ustrzec się od przekonania, że sęk tkwi w nas. W czymś, co nawet przy brawurowych wzlotach - w ostatniej chwili wytrąca nam broń z ręki. Nie mamy końcówki.

Dlatego przestałam oglądać igrzyska, gdy grali nasi.

Jest jeszcze jedna rzecz drażniąca: głos sprawozdawców. Ostry jak świder, wysoki, orgiastyczny i bez sekundy przerwy. Co to jest, na Boga?! Czy ci sprawozdawcy dostali bzika?! Czy w ten sposób leczą swoje kompleksy zawiedzionych sportowców?

Jeszcze w zimie mąż zapowiedział: - Zmywaj się z domu, jak w sierpniu będą igrzyska.

Zmyłam się, ale niedokładnie, na niektóre konkurencje zostałam i stąd moje żale.

Igrzyska skończone. Kosztowały nas trzykrotnie więcej niż poprzednie w Atenach. Medali tyle samo - dziesięć. Skandali więcej. Zbierani z trawy pijani olimpijczycy i działacze. Pozostał po nas nie "kurz bitewny" (przepraszam za porównanie!), ale smród alkoholowy.

DOM PRACY TWÓRCZEJ W OBORACH. Opisany wielokrotnie (sama się do tego zresztą przyczyniłam), legendarny; kiedyś tętniący życiem i terkotem maszyn do pisania; gdzie Jerzy Andrzejewski pisał Popiół i diament, gdzie między drzewami Hen z Grochowiakiem grali w siatkówkę i gdzie na ławkach parkowych piło się na potęgę.

Dziś jest to "geriatria", jak mówi mój mąż, który gwałtem chce być młody, w odróżnieniu ode mnie, która do geriatrii doskonale się przypasowuję. To mój świat. I wszystko byłoby pięknie, gdyby zgodnie z nazwą ośrodka "geriatria" tu przebywająca była już może nie twórcza, ale chociaż trochę oświecona.

Ulubionym miejscem rozmów w Oborach są ławki przed gankiem pałacu, u stóp wielkiego gazonu okolonego starym parkiem. Siedzę i patrzę. Dwie nowe panie spacerkiem okalają gazon, kierują się ku bramie wjazdowej i z powrotem. - Zrobiły panie "brandysa"? - pytam. Są zdziwione: - "Brandysa"? A co to jest?

Wyjaśniam. - Aha, to chodzi o człowieka, a kim on był?

Marian Brandys, który w Oborach bywał stałym gościem, miał przykazanie lekarskie, żeby codziennie wykonywać tę właśnie trasę. Stąd, gdy się chodzi tą drogą, mówi się, że się robi "brandysy". No, ale okazuje się, że nowi pensjonariusze Domu Pracy Twórczej nie bardzo wiedzą, co to literatura.

MARZY MI SIĘ TELEWIZJA I RADIO O OGÓLNOPOLSKIM ZASIĘGU, które byłoby rzeczywiście publiczne. Żeby było to oczywistą oczywistością, jak się u nas mówi. Na razie wszystko, co dotyczy spraw bieżących, jest w mediach publicznych "pisowskie". To znaczy, ogólnie rzecz ujmując, wszystko, co w nim słyszymy i widzimy, nie może w najmniejszej mierze naruszyć wizerunku braci Kaczyńskich i ich partii. Więcej: wszystkie bieżące zdarzenia są tak podane, żeby ich upiększyć.

Jasne, że ludzie mają do wyboru inne stacje, komercyjne; w tym najpopularniejszą TVN i TVN 24. Ale stacje te nie obejmują swoim zasięgiem całej Polski. A poza tym mieszkańcy wsi i miasteczek przyzwyczaili się włączać radio i telewizor na pierwszym programie. Słuchają, nie słuchają, niech leci. No i leci. "Kłamcie, kłamcie, zawsze coś z tego zostanie...". Kto to powiedział, koteczku? (że zacytuję Kisiela, naszego mistrza felietonu). Tak też się dzieje z mediami tak zwanymi publicznymi. Nic się z nich nie dowiemy ani o błędach politycznych prezydenta, ani o knowaniach partii jego bliźniaka. Telewizja publiczna pokazuje nam twarz prezydenta w świetnym makijażu; dosłownie i w przenośni. Podobnie jak jego zwolenników. Prosty naród lubi proste przywództwo.

Oczywiście, przejaskrawiam. To z lęku. Żebyśmy w przyszłych wyborach nie przegapili i wybrali jednak mądrze, jak ostatnio.

WARSZAWA W KWIATACH. Tak mówiono za komuny na 1 maja i 22 lipca. Dziś powiemy: Warszawa w billboardach. Zaryzykuję: chyba nie ma miasta na świecie, którego domy i ulice nie są oblepione i obstawione gigantycznymi reklamami. Reklamami prostych towarów, i to przeważnie w najbardziej banalnym, żeby nie powiedzieć: ordynarnym, wystroju. Zaklejeni w billboardowym półmroku mieszkańcy kamienic godzą się na te warunki. Zaszantażowani: zdejmujemy billboardy = podnosimy czynsz. W tramwaju czy w autobusie spuszczam głowę, żeby nie patrzeć na moje miasto.

BYŁAM Z WNUCZKĄ W KRAKOWIE. Znam to miasto od dziecka, ale zawsze ogarnia mnie na jego widok zachwyt. Jestem rodowitą warszawianką, ale po Krakowie brzydota mojego miasta wydaje mi się jeszcze większa. A był moment, że można było to zmienić: po powstaniu warszawskim, kiedy miasto leżało w gruzach, w szufladach zachowały się plany przebudowy stolicy, dokonane przez małżeństwo Skibniewskich, świetnych architektów. Naturalnie, plany poszły do kosza: w budownictwie zaczął obowiązywać socrealizm. Zostaną po nas blokowiska z wielkiej płyty.

GDY BĘDĄ PAŃSTWO CZYTAĆ TEN TEKST, WSZYSTKO JUŻ BĘDZIE WIADOME. Wiadome w sprawie szczytu Unii Europejskiej w Brukseli. Szczytu niezwykle ważnego, chociaż mającego charakter ściśle roboczy. Szczytu w sprawie Gruzji, a ściślej, w sprawie oderwania się od niej dwu prowincji: Osetii Południowej i Abchazji. Oderwały się pod protektoratem Rosji i jej wojsk. Polała się krew.

W Brukseli mają radzić premierzy unijnych krajów. Radzić, a nie wygłaszać buńczuczne przemówienia. Szczyt będzie testem, na ile Unia Europejska jako całość jest silna i merytorycznie mądra. Jest testem na jej tożsamość. Jak również na jej postawę wobec Rosji. Bo przecież, w dalszej perspektywie, chodzi o to, żeby wciągnąć ten wielki kraj w orbitę Zachodu, a nie kierować w stronę Chin czy Korei Północnej.

Wedle ustalonego porządku na szczyt jedzie premier Donald Tusk. Niestety, do Tuska doczepia się (przepraszam, ale nie znajduję lepszego słowa) prezydent Lech Kaczyński. Znany, co prawda, z sympatii do Gruzji, a zwłaszcza jej niezbyt mądrego prezydenta, odwiedzał go wielokrotnie. Ale, jak mówię, na szczycie europejskim nie chodzi o emocje i wymachiwanie szabelką, ale o przemyślaną rzeczowość. Poza tym, dla dwóch mówców z jednego kraju nie będzie miejsca. Ze względu na liczbę państw członkowskich czas jest wyliczony. Tak więc nie tylko moim subiektywnym zdaniem, ale wielu obiektywnych znawców przedmiotu, Lech Kaczyński będzie tam jak Piłat w Credo. Będzie zdumiewającym dla innych krajów dublerem władzy. Ponadto, prezydent odmawia podpisania traktatu lizbońskiego. A jest on arcyważnym dokumentem umacniającym jedność Unii. Nie spodziewałam się, że rząd polski napotka na swojej drodze tak niespodziewanie trudne zadania. Na szczęście, składa się z prawdziwych inteligentów, chociaż różnorodnych osobowości.

Teraz powiem coś od siebie, i prawdopodobnie herezję. Może herezję, a może "doświadczenie Rosji", którego zupełnie nie zaznali ludzie młodszego pokolenia, politycy i dziennikarze. Dla nich "zimna wojna" jest pojęciem historycznym, dla mnie - moim życiem. Niewesołym.

Dlatego myślę sobie: a niechby przystać na oderwanie się od Gruzji tych prowincji! Niech sobie radzą. Byle tylko nie budzić niedźwiedzia. Wiem, że to nie tylko małostkowość i krótkowzroczność z mojej strony, ale również strach. Strach nie o siebie, bom stara, ale o dzieci i wnuki. Czuję potrzebę tę myśl wyznać.

LUDZIE STALE GADAJĄ, ŻE NA MAZURACH BYŁY (SĄ?) REGULARNE WIĘZIENIA CIA, gdzie przetrzymywano, a pewnie i torturowano terrorystów ze Wschodu. Władze mówią, że o więzieniach nie ma mowy, nie było ich, ale nie przeczą, że w lasach mazurskich lądowały samoloty amerykańskich służb specjalnych przewożących jeńców z Iraku i Afganistanu. Nie gorszy mnie ta sprawa: jesteśmy wszak w NATO. Więc współpraca była, więzień nie było. Wyznał to publicznie Aleksander Kwaśniewski.

Warszawa, 25-29 sierpnia 2008 r.

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail