Przegląd Polski
5 września 2008
- Przed spotkaniem z historią. O autobiografii Baracka Obamy - Joanna Rostropowicz-Clark
- Kartki ze skażonej strefy - Ewa Berberyusz
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
Żabką przez Atlantyk
Krzyż po amerykańsku
"To jest amerykański sposób: na krzyż" - rzucił w tłum dziennikarzy prezydent Lech Kaczyński, podchodząc do mównicy przeznaczonej dla Ala Gore'a. W trakcie konferencji prasowej w pałacu prezydenckim w Warszawie politycy przez pomyłkę zajęli miejsca przy nieswoich mównicach, i jest to wiele mówiące zdarzenie: Al Gore zajął mównicę prezydenta Polski, a Lech Kaczyński mównicę obok flagi Stanów Zjednoczonych.
To zdarzenie, błahe na pozór, niewarte aż poematu, ale felietonu jak najbardziej, ma złożoną symbolikę, podobnie jak przywołany przez prezydenta krzyż i jego symbolika, zawierająca dwa podstawowe elementy: sam krzyż oraz ukrzyżowanie, czyli zawiśnięcie na krzyżu. Seria ostatnich wydarzeń na polskiej scenie politycznej pozwala wszak mniemać, że Lech Kaczyński miał na myśli cokolwiek więcej niż tylko prostą zamianę mównic. Mogła to być subtelna aluzja do serii prób obniżania jego autorytetu i licznych ostatnio, a nieudolnych prób uczynienia z niego męczennika sprawy narodowej, a nawet międzynarodowej.
Zaczęło się od pytania o Rona Asmusa. Mało znany amerykański polityk trafił w lipcu na pierwsze strony gazet za sprawą wojenki na górze, toczonej przez prezydenta i rząd. Lech Kaczyński obawiał się, że Radosław Sikorski zawarł z Ronem Asmusem tajne porozumienie w sprawie podpisania umowy o tarczy antyrakietowej. W trakcie rozmowy w Biurze Bezpieczeństwa Narodowego prezydent wymusił na ministrze przyznane się do znajomości z członkiem Partii Demokratycznej.
Pytanie prezydenta: "Czy zna pan Rona Asmusa?" i nie mniej znane zdanie: "Proszę zaprotokołować: zna Rona Asmusa" na stałe weszły do satyrycznego słownika Polaków. Nie wiem, kto doniósł o tym Asmusowi, ale postanowił on ubić na tym polityczny interes i w Brukseli sprezentował Sikorskiemu oprawiony w ramkę plakat, na którym widniał wizerunek Wuja Sama. Zamiast klasycznej frazy: "Chcę Cię w amerykańskiej armii", na grafice umieszczono napis: "A czy Ty znasz Rona Asmusa?".
Radosław Sikorski przyjął prezent z pełnym aluzji, zgryźliwym komentarzem: "Proszę zaprotokołować, że przyznaję się do znajomości z tym panem". Zdaniem posła LiD Janusza Zemkego prezydent Lech Kaczyński ma co najmniej jedną wspólną cechę z marszałkiem Józefem Piłsudskim: obaj nie cierpią Sikorskiego.
Tymczasem CNN zamieściła na swoich stronach internetowych relację z podpisywania umowy o tarczy. Do tekstu dołączone jest zdjęcie Donalda Tuska z Condoleezzą Rice i podpisem: "Prezydent Polski Donald Tusk...". Nie wiem, czy Kancelaria Prezydenta Kaczyńskiego wytoczy stacji CNN sprawę o próbę zamachu stanu, ale sądząc po reakcjach na podobne zniewagi, CNN powinno już zacząć się pocić ze strachu...
Niedługo musieliśmy czekać na kolejny przykład nieustającego oblężenia świętej twierdzy Lecha: na wspólnej konferencji prasowej prezydentów Polski i Portugalii dziennikarz z Lizbony zapytał, czy prezydent Silva przekonał do podpisania traktatu lizbońskiego prezydenta Lecha... Wałęsę! "Byłem kiedyś zastępcą prezydenta Wałęsy, ale jestem zupełnie inną osobą" - odpowiedział bardzo prawdziwie Kaczyński.
W tej ostatniej próbie zamachu na pozycję i powagę urzędu prezydenta RP upatruję próby wzięcia odwetu za wystąpienie Lecha Kaczyńskiego na obchodach kolejnej rocznicy podpisania porozumień sierpniowych. Kaczyński swoim zwyczajem nie zaprosił na uroczystości przywódcy strajku i pominął także jego nazwisko w poczcie bohaterów Solidarności, o sobie wszak nie zapominając.
Lewicowa prasa rzuciła się prezydentowi do gardła, a on po prostu uznał, że nie może być dwóch wybitnych Lechów w historii Polski, przynajmniej za jego życia politycznego. Wałęsy nie ma już w katalogu osób represjonowanych IPN, a obecny prezydent zabiega usilnie o utrwalenie statusu "pierwszego Lecha" z kultowego rysunku Jacka Fedorowicza "Portret nieznanego mężczyzny z wąsem. II połowa XX wieku".
"Cudowne jakieś Lecha pokolenie!" - chciałoby się powtórzyć za Juliuszem Słowackim z poematu Król-Duch. Za sprawą Lecha Kaczyńskiego i jego akolitów Lech Wałęsa powoli staje się duchem, choć był królem. Tymczasem rozmiary dworu Lecha Kaczyńskiego dobitnie świadczą, kto nad Wisłą prawdziwym królem jest. Prezydencka świta Kaczyńskiego liczy już 321 osób, w tym 11 doradców. Lech Wałęsa zatrudniał o połowę mniej pracowników i miał, jak pamiętamy, jednego doradcę, niejakiego Wachowskiego.
Szef Kancelarii Prezydenta twierdzi, że te setki biurokratów są niezbędne, bo kancelaria cierpi na wysyp tysięcy wniosków, "zarówno w sprawach nadania obywatelstwa, jak i ułaskawień". Nie wspomina o wnioskach o rezygnację z obywatelstwa polskiego. Widząc nasilające się konwulsje polskiej sceny politycznej, trudno się dziwić licznym emigrantom, że nie chcą brać dłużej udziału w tym tańcu chochołów. Polska uchodziła do niedawna za Chrystusa narodów, krzyżowanego regularnie na Golgocie Europy. Dziś mamy znacznie poszerzoną ofertę: krzyż na amerykański sposób albo amerykański sposób: na krzyż...
