Przegląd Polski
12 września 2008
- Nie wiadomo, kiedy się tam osiedlili... - Izabela Joanna Bożek
- Linia podziału - Jan Zieliński
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
PODINNYM KĄTEM
Linia podziału

Andrzej Bobkowski - rasowy pisarz, który nie chciał być pisarzem zawodowym
Andrzej Bobkowski to jeden z tych pisarzy, do których opłaca się wracać. Nawet jeśli aż osiem z jedenastu zamieszczonych w Punkcie równowagi tekstów było już w tomie Coco de Oro (1970), wydanym w Bibliotece Kultury, warto przeczytać całość na nowo, w układzie chronologicznym, smakując tę prozę i odkrywając jej ukryty wzór. Do takiej lektury zachęca sam Bobkowski w tytułowym opowiadaniu: "Jak po latach wraca się w deszczowy wieczór do dawno nie czytanej książki i nagle odczuwa całkiem na nowo i inaczej jej urok, tak on wracał teraz i przeżywał głębiej to wszystko, co kiedyś wymknęło się niedocenione".
Góra - dół
Powiem od razu: niemal w każdym opowiadaniu Andrzeja Bobkowskiego - rasowego pisarza, który jednak nie chciał być pisarzem zawodowym, utrzymując się najpierw, w przedwojennej i wojennej Francji, z pracy w fabryce, a następnie, na dalszej emigracji w Gwatemali, ze sprzedaży modeli latających - wykryć można podskórną linię podziału, która ma charakter społeczny, a trochę także polityczny. Linia ta oddziela, z grubsza biorąc, górę i dół, bogatych i biednych, wykształconych i niewykształconych, cywilizację i barbarzyństwo. Tworzy pewną stałą, przecinającą każdy tekst. Ale jej wartościowanie wcale nie jest do końca jednoznaczne. Warto przyjrzeć się, jak to wygląda w poszczególnych tekstach.
W opowiadaniu Nekyia podsłuchana przez narratora rozmowa duchów francuskich pisarzy i myślicieli XVIII-, XIX- i XX-wiecznych schodzi na kwestię rosyjską. Rousseau powiada, że Piotr Wielki chciał przerobić swych poddanych na Niemców czy Anglików, tymczasem trzeba było zrobić z nich Rosjan. Wtóruje mu Condillac, mówiąc, że Piotr stworzył "marynarzy, konstruktorów, żołnierzy, kupców, artystów", ale nie umiał z nich zrobić obywateli. Rzecz rozstrzyga Michelet - gestem i słowem: "Michelet nie potrafił dostroić się do rozsądnego tonu dyskusji i zwracając się do Condillaca, opuścił w dół obydwie ręce, jakby przecinając coś na dwie połowy.
- Świat Prawa ma swą granicę tam, gdzie była ona w średniowieczu - nad Wisłą i nad Dunajem...".
Gest Micheleta wyraźnie oddziela obywateli od nieobywateli, prawo od bezprawia, Europę od Rosji.
Separacja góry od dołu stanowi wręcz główny, tytułowy temat opowiadania Uśmiech z góry. Tekst ten jest portretem typowej paryskiej kamienicy, z szeroką, wyłożoną dywanem klatką schodową dla "prawdziwych" lokatorów i bocznymi schodami, krętymi niczym sześciopiętrowy korkociąg, dla "tych z góry". Ci prawdziwi są zamożni, ustatkowani, mają wszelkie wygody, "ci z góry" cierpią niedostatek, ale mają przestrzeń i swobodę: "Tam w górze nie ma gazu, nie ma elektryczności. Jest wiatr, słońce, księżyc i gwiazdy. Wzrok kładzie się na bezkresnym morzu dachów". Opowiadanie jest subtelnie poprowadzoną etiudą o interakcji góry i dołu w specyficznych warunkach okupacji miasta (zauważmy, że dokonuje się tu odwrócenie tradycyjnego socjologicznego podziału na zamożną górę i ubogie doły społeczne), aż do puenty: "Uśmiecha się stary Guillou, łagodnie i szczerze. Jak dawniej. Może czuje, że niewzruszone prawdy płyną jedynie stamtąd, znad dachów...".
Ich zapalniczki
Karol Sauczey, bohater opowiadania Siódma, zapisuje w notatniku wymyślony przez siebie aforyzm: "W każdej cywilizacji nie rola dołów jest ważna, lecz rola góry. Cywilizacja rozpada się, gdy góra zaczyna znajdować smak w rozkładzie, gdy sam proces rozkładu zaczyna być identyfikowany z cywilizacją". A ta ugładzona sentencja znajduje potwierdzenie w kapitalnej scenie, kiedy Sauczey nie może sam zapalić papierosa i prosi o ogień stojącego przed nim proletariusza: "Zasmolona ręka sięgnęła do kieszeni, wyjęła coś wielkiego, zapaliła na otwartym powietrzu i podała mu wstecz kopcącą pochodnię. Sauczey odpalił i podziękował, tamten nawet nie oglądnął się. ´Że też te i c h zapalniczki zawsze działająª". Jest w tym sarkazmie wyraźna nuta podziwu dla technicznej i manualnej sprawności ludzi niżej stojących na społecznej drabinie.
Bariera wieku
Ostra linia podziału przebiega niekiedy wedle kryterium wieku. Znakomitym przykładem takiego konfliktu jest tytułowe opowiadanie tomu: Punkt równowagi. Pochwalski, znajomy narratora, wybrał się z Gwatemali do Nowego Orleanu. Ma pieniądze, ma czas. Zwiedza miasto, przygląda się, trochę pije. Następnego dnia lekturę gazety zaczyna od ogłoszeń o pracy - jest ich bardzo dużo. Opowiada: "Nagle zrobiło mi się nieprzyjemnie. Pracy było pod dostatkiem, ale tylko dla młodych. Zacząłem czytać z uwagą, gorączkowo. Trzydzieści pięć lat było tu granicą notowaną bardzo rzadko i z moją czterdziestką poczułem się starcem". Potem, chcąc zapomnieć o tych ogłoszeniach, wybiera się na dancing na statku. Ale tłocząca się na parkiecie młodzież, ci chłopcy "z sypiącym się gdzieniegdzie wąsem", te dziewczęta "jeszcze trochę kanciaste, nieobtoczone i przerażająco świeże" - ten widok budzi w nim ponownie strach: "poczułem, że w żaden sposób nie zdobędę się na poproszenie do tańca ani jednej z nich. Bałem się z góry spojrzenia, które przeczuwałem, które też miałoby coś z ogłoszeń o pracy przeciągających zimno i rzeczowo granicę wieku". Tak, na pozór pratekstem jest dla tego opowiadania Jądro ciemności, ale chyba właściwiej byłoby powiedzieć, że Smuga cienia tegoż Conrada.
Inne granice
W Spotkaniu wyraźnie zakreślona jest granica między światem białej cywilizacji i światem zamieszkanej przez Indian natury. Zwróćmy uwagę na rozmieszczenie akcentów. W takim obrazku, widzianym z góry, cywilizacja jawi się jako więzienie: "Niewielki prostokąt lotniska wyrąbanego w środku dżungli był jak podwórze więzienne otoczone wysokim murem. Wokoło popiskiwały i gwizdały straże, jednostajny jazgot papug, kwik małpek, szelest liści, trzask łamanych gałązek. Powietrze przesycone mieszaniną zapachów lasu tropikalnego było duszne i upalne". Granicą wyznaczającą świat białych jest symbol cywilizacji - światło: "W głębi podwórza majaczyło w mroku kilka nieruchomych postaci. Indianie z ranchos schodzili się popatrzeć i posłuchać, zatrzymując się na granicy światła jak wilki". Poza nią rozciąga się groźny żywioł, jak w Zmierzchu: "Byliśmy też na werandzie i Ewa pierwszy raz w życiu słyszała tropikalny deszcz. Leżeliśmy na leżakach i po chwili milczenia położyła rękę na mojej i powiedziała: ´Boję się. To jest jakby nicość. Można by powiedzieć, że tam jest nic, a my leżymy na granicyª". Sprawa ma nie tylko wymiar egzystencjalny, także teologiczny. Siedząc na tejże werandzie bohater nieukończonej powieści zastanawia się nad życiem: "To życie jest kołem. Wszystko inne jest kwadraturą, próbą wpisywania w nie wieloboku. Można wpisywać je w nieskończoność, ale granicą zawsze będzie koło, rzeczywistością będzie tylko to tutaj". Podobny obraz pojawia się w retorycznym pytaniu: "Czy jakakolwiek wiara nie jest w końcu kloszem, pod który wkłada się samego siebie w obronie przed samym sobą?".
Tak, wygląda na to, że Andrzej Bobkowski był szczególnie wyczulony na pojęcie granicy - w rozmaitych tego słowa znaczeniach - i umiał patrzeć na nią pod sobie właściwym, nietypowym kątem.
Inny świat
Opowiadanie Gdie tak swobodno dyszyt czełowiek..., mówiące o granicznym doświadczeniu końca wojny i początku pokoju, o wyzwoleniu francuskiej wioski przez trzech rosyjskich żołnierzy-piromanów, kończy się mocną sceną bezsensownej eksplozji na morzu:
"Ujrzano z brzegu wielki błysk, powietrze drgnęło w potężnym grzmocie.
- Oni jednak są dzicy - tłumaczył wieczorem proboszcz, popijając małymi łykami wonny grenache u Valentina.
- Inni ludzie, całkiem inny świat - odparł wymijająco mer i wyszedł szybko".
Czytając te słowa z dzisiejszej perspektywy, można się zastanawiać, czy nie były one inspiracją dla Herlinga-Grudzińskiego, który swój Inny świat pisał w latach 1949-50. Wprawdzie motto książki odsyła do Dostojewskiego i jest to, jak pisze Włodzimierz Bolecki, cytat ze Wspomnień z domu umarłych, "mówiący o ´innym, do niczego niepodobnym świecieª obozów przymusowej pracy w Rosji", ale przecież w zakończeniu opowiadania Bobkowskiego tytułowa formuła występuje w mocnej pozycji, w dodatku w formie mianownika. Wprost wpada w ucho. Opowiadanie ukazało się w świątecznym numerze londyńskich Wiadomości w końcu roku 1946. Herling-Grudziński mieszkał wówczas w Rzymie, ale był współpracownikiem tego pisma. W poprzednim numerze ukazał się jego list w sprawie powrotu Gustawa Morcinka do kraju, w tym samym numerze anonsowano jego artykuł o prozie okresu wojny. Nie mógł nie czytać opowiadania Bobkowskiego pod rosyjskojęzycznym tytułem, a w nim tego zdania: "Inni ludzie, całkiem inny świat".
U Bobkowskiego pojęcie "innego świata" funkcjonuje dalej; pojawia się w opowiadaniu List, napisanym w roku 1948, a więc znów przed książką Herlinga-Grudzińskiego. Ubolewając nad wykreśleniem kilku zdań w krajowym przedruku Pożegnania Bobkowski pisze: "Świadczy [to] nie tylko o tym, jak szczupłe są granice tego, co bez wahania i bez cudzysłowu mogę nazwać Polską, a jak rozległe są tereny tego innego świata". I powiada, zwracając się do przyjaciela z dzieciństwa, który wrócił do kraju: "Właściwie dopiero teraz czuję naprawdę i do głębi tę inność twojego świata". Pierwodruk Listu ukazał się w paryskiej "Kulturze". Inny świat będzie się ukazywał najpierw w odcinkach w Wiadomościach, a potem (od drugiego wydania) w serii Biblioteka "Kultury". W obu miejscach Bobkowski był ze swą formułą pierwszy.
Oprawa
Niniejsze wydanie opowiadań Bobkowskiego opatrzone zostało przez Krzysztofa Ćwiklińskiego obszernym posłowiem i rozbudowanymi przypisami. Tekst prozatorski został potraktowany jak dokument, albo jak utwór klasyczny. To dobrze, wieczny buntownik Bobkowski staje się powoli klasykiem polskiej literatury współczesnej. Przypisy są rzeczowe, solidne, niektóre budzą podziw dla dociekliwości edytora - na przykład, do słów "Eliane czytała bezkresne Przeminęło z wiatrem i Muson [...]": "Muson - właśc. La Mousson, francuski tytuł powieści Louisa Bromfielda The Rains Came (1937)". Każdy, kto kiedyś robił przypisy, doceni taką robotę.
Apetyt wszakże rośnie w miarę jedzenia. Przy następnym wydaniu warto poprawić parę błędów w przekładach. Congéstion to nie przeciąg, tylko wylew krwi. Une couronne de fleurs d'oranger to nie korona tylko wieniec z kwiatów pomarańczy (a pamiętajmy, jaką rolę odgrywa wieniec na głowie św. Teresy w opowiadaniu Spotkanie). Warto też dodać parę nowych przypisów.
W opowiadaniu Spadek występują bezludne Islas del Socorro - jeden z bohaterów naśmiewa się z ich nazwy. Z przypisu dowiadujemy się, że chodzi o "należący do Meksyku bezludny archipelag", ale już nie - dlaczego można było się śmiać z nazwy. Tymczasem nazwa ta, nadana głównej wyspie archipelagu w roku 1608, powierzała go opiece Matki Boskiej Nieustającej Pomocy. A zatem coś jakby Wyspa Pomocy, Wyspa Ratunkowa. Nie jest też już, jak za czasów Bobkowskiego, całkiem bezludna. W roku 1957, kiedy powstawało opowiadanie Spadek, założono na niej stację morską, której personel wraz z rodzinami, razem 250 osób, mieszka w małej wiosce.
Kiedy młodociana bohaterka nieukończonej powieści Zmierzch odcina się za nazywanie jej "Efką" słowami: "Efka to są maszyny do pisania Państwowej Fabryki Karabinów. Ja nazywam się Ewa", aż się prosiło, by zacytować w przypisie artykuł Waldemara Brzoskwini "Techniczne przedmioty codziennego użytku" (Sztuka, 6/2003): "Maszyna do pisania to domena mechaniki precyzyjnej, stąd ten profil w produkcji zakładów zbrojeniowych, np. ´Remingtonª. W latach 20. Fabryka Karabinów w Warszawie podjęła produkcję biurowych maszyn do pisania, sygnowanych F.K. lub fonetycznie EFKA. Właśnie na nich pojawił się barwny znak firmowy z postacią łucznika; długo po wojnie nawiązano do tej tradycji w nazwie maszyn do pisania czy szycia produkowanych w radomskiej fabryce broni. Przedwojenny rarytas to maszyna walizkowa ´FK małaª: wyjątkowo zgrabna i lekka, o nowoczesnej stylistyce, z obudową krytą matowym lakierem". Otrzymujemy wówczas za jednym zamachem lokalizację w czasie, konkret, potwierdzenie predylekcji autora do mechaniki precyzyjnej i... pośrednią charakterystykę małej bohaterki, o której u Bobkowskiego czytamy parę stron dalej: "Była ładna i ruszała się w swoim kostiumiku kąpielowym, jak to robią piękne kobiety, które dobrze o tym wiedzą, że są piękne i dobrze zbudowane, jakby miała już normalne piersi, biodra i uda. [...] Trzymałem ją na rękach zanurzoną w wodzie".
Albo, w tej samej powieści, w opisie końca wojny w Paryżu, ten obrazek, kiedy bohater idzie pustą rue de Rivoli: "Przy wejściu do kawiarni Rumpelmeyera tłoczyły się w drzwiach kelnerki w czarnych sukienkach z białymi fartuszkami, spoglądając tęsknie w stronę Pól Elizejskich. Nie dali im wychodnego, pomimo iż cały Paryż był zamknięty i w kawiarni nie było nikogo". Warto by dać przypis, że to istniejąca do dziś, przy tej samej rue de Rivoli 226, kawiarnia Angelina, nazwana tak w roku 1903 na cześć córki przez austriackiego cukiernika Antona Rumpelmeyera, lokal szczycący się tym, że bywali w nim Proust, Coco Chanel i paryska arystokracja. Innej wymowy nabiera fakt, że w takim miejscu bohater powieści, zafundowawszy kelnerkom szampana, wznosi przekorny toast "Za zdrowie zbrodniarzy pokoju!".
Zaiste, z gęsto posplatanej materii zbudowana jest proza Bobkowskiego, tego nowego klasyka XX-wiecznej literatury polskiej.
Andrzej Bobkowski, Punkt równowagi, Wydawnictwo
Literackie, Kraków 2008, s. 417, cena 27 dol. plus 6,50 dol. porto w
przypadku zamówienia z wysyłką (do nabycia w Księgarni Nowego Dziennika)
tel. (212) 594-2386; e-mail: ksiazki@dziennik.com; strona internetowa:;
www.ksiazkionline.com
