Przegląd Polski
12 września 2008
- Nie wiadomo, kiedy się tam osiedlili... - Izabela Joanna Bożek
- Linia podziału - Jan Zieliński
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
Żabką przez Atlantyk
Reporto znaczy donoszę
Andrzej Gawęcki tekstem o tytule pasującym do mojej emigranckiej autobiografii, której nigdy nie napiszę nie będąc aubiografiołem ("Ni to tryumf, ni to zgon", Przegląd Polski z 5 IX 08) uświadomił mi, jakim niezwykłym jestem szczęściarzem. Po prostu urodziłem się w czepku wymoszczonym piórkami Pegaza i żyłem, jak się okazuje, w najlepszych czasach. Dla polskiego reportażu. I szerzej - dla dziennikarstwa prasowego, czyli w tak zwanym Gierkolandzie. A co w tym najśmieszniejsze, to ani Gawęcki, ani ja wcale nie żartujemy. To były naprawdę dobre czasy dla prasy. I niech mi nikt nie próbuje udowadniać, że wtedy cenzura była gorsza niż obecnie, bo podam przykłady...
W czasach schyłkowego Gierka zdejmowano mi po kilka zdań, ale nie zdjęto mi nigdy całego tekstu. Doświadczyłem tej rozkoszy dopiero w polonijnych pismach, po czym zakwestionowane w Toronto teksty ukazywały się w Nowym Jorku, na łamach pisma na szczęście dziennikarskiego, a nie polonijnego, dzięki czemu drukuję właśnie tu, a nie gdzie indziej. I powiem więcej, że niektóre z tych felietonów nie sięgnęłyby druku we współczesnej Polsce, o czym poinformował mnie kolega z krajowego pisma, mówiąc z nieukrywaną zazdrością w głosie: "Masz prawdziwe szczęście, człowieku, że nie musisz pracować w krajowych mediach. Masakra!".
Tymczasem trzy dekady temu obaj z Gawęckim pracowaliśmy w regionie cudu nie tyle gospodarczego, co prasowego, czyli na Podlasiu drugiej połowy lat 70. Z całym szacunkiem dla Kanady, królowej Elżbiety II, Przeglądu Polskiego i jego królowej Julity I muszę wyznać, że praca w białostockich Kontrastach Klemensa Krzyżagórskiego była najwspanialszym okresem w moim życiu. Nie tylko zawodowym.
Przede wszystkim nie musiałem przychodzić do redakcji. A gdy się w niej z jakiegoś powodu pojawiałem, potężny redaktor podnosił się zza biurka, miażdżył mnie wzrokiem i wygłaszał erotemę, czyli pytanie retoryczne: "A co ty robisz w redakcji?! Przecież miałeś pisać reportaż!". Sam był nie tylko znakomitym redaktorem, ale i wybitnym reporterem, doskonale zatem rozumiał, że reportażu, a szerzej - dziennikarstwa nie uprawia się w redakcjach. Że miejscem odpowiednim dla dziennikarza jest teren, ulica, dzielnica, sala szpitalna i sądowa, ale w żadnym wypadku nie brzęczenie redakcyjnego ula.
Reporter miał spotykać nieznanych mu ludzi, a nie kolegów-reporterów, wciągać w nozdrza zapach ulicznego kurzu lub prochu strzelniczego, a nie rozkoszny zapach kawy z Peweksu i rosyjskiego koniaku. Pracowałem w miesięczniku literatury faktu i faktycznie uprawiałem - jeśli nie literaturę, to dziennikarstwo z prawdziwego zdarzenia. A wszystko dzięki mądremu redaktorowi, który dawał swoim reporterom tydzień lub dwa na zbieranie materiału i tydzień lub dwa na pisanie tekstu. W zaciszu własnego M-ileś tam, a nie w redakcji. Po dwóch, trzech tygodniach otrzymywał ponad 20-stronicowy reportaż, dopracowany w najdrobniejszych szczegółach.
Pamiętam przerażenie w oczach kolegów, kładących drżącymi rękami teksty na jego biurku. I nigdy nie zapomnę dnia, w którym oddał mi reportaż z jednym skreślonym zaimkiem zwrotnym "się" i jednowyrazową recenzją, podaną mi wraz z lampką koniaku: "Gratuluję". To jedno "gratuluję" było najlepszą nagrodą z kilku, jakie dostałem za reportaże, pisane pod okiem Krzyżagórskiego. Stwarzał swoim dziennikarzom idealne warunki pracy, co powodowało, że zostać reporterem w Kontrastach było wtedy marzeniem wielu adeptów tego zawodu. Nigdy też Kontrasty nie cierpiały na brak materiałów, a w kolejce do druku czekały pokornie reportaże krajowych tuzów dziennikarstwa, zjeżdżających do Białegostoku na doroczne Turnieje Reporterów. Żaden inny region nie został tak reportersko prześwietlony, czego w końcu miały dość miejscowe władze i nas prześwietliły, naświetliły i - wyświeciły z redakcji.
Krzyżagórski miał też odwagę cywilną, walcząc z partyjnymi bonzami o swoich dziennikarzy. Sam bezpartyjny, potrafił się im postawić i stawiać swoje warunki. Wykłócał się też z cenzurą o każde słowo. Cenzorzy puszczali mu więcej, niż sami chcieli, bo darzyli go respektem nie mniejszym niż dziennikarze. Pokażcie mi dzisiaj w Polsce (czy poza nią) takich redaktorów. Garstka. Trzęsą portkami o własne stołki bardziej niż za komuny, choć grozi im tylko pogrożenie palcem oprawnym w sygnet lub zaPiSanie w kolejce do lustracji.
Gdy kilka razy pytałem Ryszarda Kapuścińskiego o przyszłość reportażu, niezmiennie odpowiadał: "Pisz felietony, dobrze ci radzę, pisz felietony"... Co czynię, przyczyniając się do upadku mojego ukochanego reportażu. Przyszły bowiem czasy form i ludzi krótkich, donosów na rzeczywistość płytkich i przez to byle jakich, brzydkich. Ale pocieszam się myślą, że chyba naprawdę jestem szczęściarzem, bo żyłem w ciekawych dla reportażu czasach zdychającego socjalizmu. Cokolwiek innego zdania mogą być moi Czytelnicy, ale każdy ma prawo do swoich opinii, nie wszyscy w końcu muszą być upadłymi reporterami...
